Cztery samochody ojca

screenshot-2016-09-15-18-55-33

Rozmowa odeszła przed przyjściem śmierci. Miałem jedenaście lat, a ojciec rozpoczynał drugą młodość, zanurzając się w życiu zachłannie tak, jakby nie wypełniał nigdy wniosków paszportowych, ani nie musiał uzyskiwać zgody na zmianę miejsca zamieszkania. Żagle „Karolinki” wypełniły marzenia i ambicje, zbyt wielkie i nierealne dla kogoś, kto chciał poznać wszystko i być poetą, idącym aż do końca. Czy ojciec był poetą? Nie, był szalonym naukowcem, który precyzyjne badania kładł na szali równoważonej przez wiarę w cuda. Do dzisiaj pamiętam płonące bibułki, którymi kiedyś owijano pomarańcze, wznoszące się w przestrzeń, jako znak przyszłej nagrody Nobla.

Rozmowa odeszła, a ja chciałem do niej powrócić, rozpocząć ją naprawdę. Pragnienie to towarzyszyło mi przez lata i było tym silniejsze, im bardziej porozumienie okazywało się niemożliwe. Zwykle dyskusję odkładamy na następny dzień, musiałem ją odkładać na lata coraz dłuższe i coraz bardziej pozbawione znajomych miejsc, wspólnie przemierzanych ulic i śniadań jedzonych w pośpiechu, z dni na dnie, definiujące wspólnotę i wieczność.

Najpierw brakowało wyobraźni i odwagi, później prawda wydawała się zbyt brutalna, by po nią sięgać, a w końcu wyobraźnia przejęła władzę nad rzeczywistością i żadne pytania nie miały już mocy nadziei.

Sens można odbudować, składając kartki wyrwane z poszarpanej kroniki, pełnej przemilczeń i ukrytych faktów. Nie będzie już syntezy, zapisanych dialogów, sekwencji kadrów, tworzących jasny, harmonijny przekaz. Skazani jesteśmy na kilka pamiątek i obrazy, sklejone ze skrawków życia, powracające przez sen i niezawodną pamięć, która ocala to, co błahe, a jednak nieśmiertelne.

screenshot-2016-09-15-10-08-03

Historia mojego ojca, to historia czterech samochodów. Przemykają przez pamięć w sznurze pojazdów mknących codziennie na północ ruchliwą Avenue Road. Trudno uwierzyć, że przetrwały w zgiełku ciężarówek, wysokim tonie przyspieszających motocyklów i banalnym szmerze limuzyn dobrobytu.

screenshot-2016-09-15-10-03-10

Pierwszy to błękitna Simca Aronde, z rejestracją SK 0607. Jej charakterystyczna sylwetka samochodu z lat pięćdziesiątych budziła podziw, wyróżniając się wśród nielicznych pojazdów widocznych na ulicach PRL-u. Model, którym jeździł ojciec powstał w roku mojego urodzenia. Kiedy miałem siedem, a może osiem lat, tata posadził mnie na kolanach i pozwolił kierować. Zdarzyło się to w drodze z Białobrzegów do Błeszna. Doskonale pamiętam wyłożoną okrąglakami szosę i miejsce, zaraz za zakrętem do Radzanowa, gdzie autobusy jeździły kilka razy na dzień, a poza tym prawie nie było ruchu – czasem przemknął tylko wiejski motocyklista na Jawie, albo Junaku. Ojciec stwierdził, że będę dobrym kierowcą, co wprawiło mnie w wielką dumę. Nie wiem dzisiaj, co stało się z Simcą? Pewnie została sprzedana przed wyjazdem ojca do Kopenhagi. Była częścią mojego dzieciństwa i rodziny. Błękitna, jak niebo, jakże odmienne od szarych lakierów pokrywających milicyjne Nysy i Warszawy, których drzwiami trzeba było zawsze mocno trzasnąć, by się prawidłowo zamknęły.

Jest jeszcze jedna anegdota, związana z Simcą. rodzice jechali nią kiedyś z Katowic do Krakowa. Gdzieś w okolicy Olkusza – a zdaje się, że przez Polskę jeździło się wówczas, jak dyliżansem przez dziki Zachód – na szosie pojawiła się grupa kilkunastu wyrostków, którzy zagrodzili przejazd. Ojciec zwolnił, włączył migacz, starając się sprawić wrażenie, że się zatrzymuje. Kiedy dojeżdżał do blokujących drogę mężczyzn, ci rozstąpili się powoli tuż przed maską, a wtedy Simca przyspieszyła i całą mocą minęła napastników. Przez tylną szybę i wsteczne lusterko było jedynie widać wygrażające pięści i chuliganów rzucających kamieniami za znikającym autem.

W grudniu 1969 roku, po śmierci babci wyruszyłem po raz pierwszy na Zachód. Biuro paszportowe wydało paszport dziecku, trzymając matkę, jako zakładniczkę. Według mamy żeglarki, najbezpieczniejsza była podróż drogą morską. Zaokrętowała mnie na statek handlowy o wdzięcznej socrealistycznej nazwie „Jedność robotnicza”. Miałem koję w kabinie z „chiefem”, czyli pierwszym mechanikiem.  Pamiętam charakterystyczny, nieco zatęchły zapach, unoszący się pod pokładem statku. Był to zapach przygody, przestrzeni i oczekiwania. Wcześnie rano obudziłem się w porcie w Kopenhadze. Panował jeszcze mrok, chociaż port był już pełen ruchu. Ciemności były także różne od ponurych ciemności, znanych z socjalistycznych miast. Przez bulaj kabiny widziałem ciepłe, obiecujące światło tajemnicy nieznanego świata. Nie pamiętam, jak długo obserwowałem życie portu, w końcu na pokładzie pojawił się ojciec. przyjechał po mnie niewielkim autem NSU Prinz 1000. Samochód był chyba jasno zielony, może wpadający błękit, po dziesiątkach lat nie jestem już pewien takich szczegółów. Zamiast pozostać w Kopenhadze, pojechaliśmy do Niemiec, do Hamburga. Nie było problemu z przekroczeniem granicy bez stosownej wizy w paszporcie. W krajach, uznawanych za kraje wolności patrzono przez palce na podobne komplikacje. NSU Prinz wiózł mnie coraz dalej, ale w miarę przejechanych kilometrów tracił magiczne piękno. Mijaliśmy kolorowe stacje benzynowe: Aral, BP, Esso i schludne, jasno oświetlone sklepy i domy. Ojciec niepewnie trzymał kierownicę, oddalał się od niej, a droga, którą jechał stawała się coraz szersza, nierzeczywista, oddalona od świata oczekiwań i prostych odpowiedzi. Unosiłem się nad nią, jak nad stołem operacyjnym. Wśród pochylonych nad nim chirurgów rozpoznawałem ojca. Trzymał w dłoni skalpel i patrząc w oczy, prosił o milczenie.

screenshot-2016-09-15-10-10-54

Następny etap spotkań z ojcem, związany jest w Volvo Amazone. Po latach tata z lekceważeniem nazywał je „czołgiem” i deklarował, że więcej nie kupi szwedzkiego samochodu. Sam wspominam Volvo z dreszczem emocji: po raz pierwszy byłem w „Egely” – posiadłości z kilkusetletnim dębem, którą ojciec ukochał i uznał za prawdziwy dom i miejsce realizacji wszystkich planów i marzeń. Pod osłoną dębu ojciec wznosił laboratorium, które miało wstrząsnąć światem nauki, pod osłoną dębu, wielkiego, jak „Bartek” chciał ocalić swoje życie i stworzyć miejsce, gdzie rozkiełznana rzeczywistość nie miałaby dostępu. Liście potężnego drzewa pokornie drżały pod podmuchami wiatru znad Północnego Morza, ale nie były dosyć silne, by jak tarcza odeprzeć, zręcznie wymierzane przez życie sztychy. Remontowaliśmy dom i stawialiśmy część, przeznaczoną na naukowe laboratorium. Byłem wtedy poważnie chory i praca nie najlepiej mi służyła. Wysiłek i zmęczenie sprawiał, że nie rozmawialiśmy wiele. Ojciec także nie miał nastroju do poważnych dyskusji z synem. Był pochłonięty realizacją spóźnionych planów, ciężarówką woził materiały budowlane i z pasją używał mechanicznych narzędzi, zagłuszając wątpliwości, uciekając od problemów, w nieskończoność odkładając decyzje i unikając poważnych refleksji. Żyliśmy obok siebie, w niezupełnie tej samej przestrzeni i przypuszczam, że żaden z nas nie wiedział, jak zakończy się ta próba odbudowania rodzinnej więzi, wobec faktów, które wykluczały proste rozwiązania. Uciekałem w miejsca odosobnione, najczęściej do kabiny ciężarówki, gdzie próbowałem rozwiązać sekrety tablicy rozdzielczej. Czasami zostawałem sam w domu. Czułem się niepewnie, patrząc w okna, za którymi nie było nic poza ciemnością i nieznanym. Egely stało niemal na pustkowiu, z dala od farm i innych posesji. Pewnego wieczoru wziałem kluczyki Amazone, zapaliłem silnik i ruszyłem wąską, krętą drogą, uważając, by nie zagubić się w ciemnościach. Padał deszcz, trzymałem mocno kierownicę, naciskałem gaz i miałem wrażenie, że po raz pierwszy sam decyduję o swoim losie. Wycieczka nie była łatwa, parę razy za szybko wszedłem w niespodziewanie ostry zakręt, z trudem ratując się przed zjazdem na pobocze. Powróciłem szczęśliwie, zaparkowałem i chyba nic nie powiedziałem ojcu o swojej samotnej przygodzie. Ciemnozielone Volvo było cichym wspólnikiem tej tajemnicy. Łączył nas ojciec i w milczącym porozumieniu czuliśmy, że w jakiś sposób należymy do siebie: Volvo Amazon, ojciec i syn – wspólnota krwi, benzyny i ciągle przyciągającej się miłości. Po latach, w 2009 roku, pojechałem do Egely jeszcze jeden raz. Nie wiedziałem, że jest to ostatnie spotkanie z ojcem i że dom, który uznał za najbezpieczniejsze miejsce, wzniesiony blisko morza, osłaniany potężnym, magicznym dębem, zostanie sprzedany jeszcze przed jego śmiercią.

screenshot-2016-09-15-10-39-50

Ostatnie samochody ojca widywałem po wywalczeniu paszportów, podczas wypadów z Polski na Zachód, kiedy to zwykle udawało mi się także docierać do zmieniających się miejsc zamieszkania taty. Samochody przestały traktować mnie, jak kogoś bliskiego. Zwykle były Mercedesem o szeroko rozstawionych, wielkich i jasnych reflektorach. Zmieniały się jego modele i na próżno próbowałem słuchać bicia ich cichych silników. Spotkania były z założenia krótkie i niezobowiązujące. Nie udawały się próby zbliżenia z kierownicą, a wszelkie preteksty ojciec bagatelizował, machając ręką i przekonując, że jeszcze będzie lepsza okazja.

screenshot-2016-09-15-18-46-09

Okazji już nie było, tak jak nie było okazji do rozmowy, objęcia się i wspólnego zapłakania nad losem i życiem. Ostatni samochód zmienił właściciela i teraz już wiem, jak zawsze się wie, że jest za późno, a każda chwila była ważna, jak każde słowo, wypowiedziane i zapamiętane.

.

Aleksander Rybczyński

.

Jerzy Antoni Rybczyński

urodzony 1 czerwca 1927, zmarł 7 sierpnia 2016 roku.

To krótkie opowiadanie napisałem, by ocalić chociaż część wspomnień,

które pozostaną ze mną do końca życia.

.

Fotografia Volvo Amazone – Daniel L. Hovdahl

 

Kroniki poetyckie [5]

POETYCKIE 5

Minął tydzień [5]

17.01.2016
kanadyjskie media CBC
relacjonują mord w Burkina Faso
zginęło tam sześciu Kanadyjczyków
z Quebec poprawni politycznie dziennikarze
żałośnie lawirują nazywając misjonarzy Matki Bożej
Nieustającej Pomocy „kongregacją religijną” tylko po to
by nie napisać że islamscy terroryści wymordowali
katolików – w reportażu nie ma zdjęcia krzyża
ani czarnoskórych nowicjuszek w białych
habitach jest ujęcie premiera Kanady
pochylonego w chwili ciszy podczas
wizyty w odbudowanym meczecie
wspomniano także o nienawiści
zwyciężonej przez miłość ani
słowa o religii która winna
jest rzezi chrześcijan

18.01.2016
koalicjanci w wojnie
z państwem islamskim
zaczną debatę w Paryżu
ministrowie obrony Australii
Francji Stanów Zjednoczonych
Wielkiej Brytanii Włoch Holandii
i Niemiec będą próbować znaleźć
wyjście z sytuacji dotąd bez wyjścia
nie zaproszono Kanady więc trudno
to wytłumaczyć tym Kanadyjczykom
którzy byli dumni z udziału CF-18
w wojnie z ISIS wystarczyło parę
miesięcy by waleczną Kanadę
zmienić w niewiarygodnego
sojusznika uśmiechnięte
państwo bez zdania
i stanowczości
klonowy liść
kruuszony
na pył

19.01.2016
przyprowadzono
Polskę do Brukseli
zdrajcy liczyli że padnie
na kolana i powróci w worku
pokutnym ale Polacy są dziwni
jedni krzyczeli na galerii jak Rejtany
a skazana na kompromitację premier RP
mówiła do rzeczy trudno jej było zarzucić
autorytarny terror łamanie demokracji
i manipulowanie konstytucją media
kłamią na całym świecie ciężko
wyrazić zgodę na budzenie
prawdy we wschodniej
prowincji gdzie echo
zawsze zakwitało
a nie rodził się
wolny głos

20.01.2016
równają wieki z ziemią
klasztor świętego Eliasza
zbudowany w 590 roku trwał
ponad tysiąc czterysta lat zwany
Dair Mar Elia był celem pielgrzymek
chrześcijan oraz miejscem schronienia
w czasie wojen w zachowanych ruinach
podczas Wielkanocy modlili się żołnierze
amerykańskiej dywizji lotniczej chronili
historię w imię Chrystusa którego
inicjał wyryto u wrót klasztoru
nie pozostał kamień na
kamieniu obcinający
głowy barbarzyńcy
zniszczą każdy
znak miłości
i wszelkie
piękno

21.01.2016
ślad polonu 210
z czajniczka po herbacie
którą otruto Aleksandra Litwinienkę
prowadzi przez kontynent prosto do Moskwy
brytyjska komisja śledcza wskazała Putina jako
zleceniodawcę morderstwa i sprawcę męczarni byłego
agenta FSB to pierwszy oficjalny werdykt ogłoszony wobec
Rosji przez instytucję rządową i nie pierwsza tragedia
czekająca na wyjaśnienie o zamachu smoleńskim
zestrzeleniu malezyjskiego Boeinga 777 mówi
się szeptem z dala od mainstreamowych
mediów może prawdę o Litwinience
usłyszą obojętni oraz bezmyślni
którzy w samowarach śmierci
parzą swój święty spokój
usprawiedliwienie
każdej zbrodni

22.01.2016
po raz pierwszy
w Kanadzie doszło
do masowego morderstwa
na terenie szkoły media głównego
nurtu nie podają szczegółów czekając
na sygnał co można powiedzieć podobnie
policja ukrywa prawdę dla dobra śledztwa w toku
brytyjska witryna informuje że morderstw dokonano
na terenie rezerwatu zza oceanu głos zabrał premier
wiemy że sprawca jest w areszcie razem z bronią
chodzą słuchy że to nieletni można sprawdzić
kto zamieszkuje indiańską osadę La Loche
rzetelność śledztwa wymaga milczenia
i nie zadawania oczywistych pytań
będziemy czekać na prawdę
by bunt się nie narodził
byśmy nie odchodzili
sprzed telewizora
na ścieżkę
wojenną

23.01.2016
skąd przychodzimy
kim jesteśmy dokąd idziemy
zastanawia się mężczyzna przed
operacją wszczepienia zastawki serca
ma ominąć emocje i rozterki wieku podeszłego
chronić przed pulsowaniem wskrzeszanej młodości
ocalić życie wydłużyć czas na zadawanie pytań
żyjemy spokojnie z dnia na dzień do tchu
ostatniego nie tracąc ani chwili albo
przesiewając piasek przez palce
przewidzieliśmy wszystko
tylko po to by nadal
nie znać dnia
i godziny

.

Aleksander Rybczyński

.

 

Kroniki wigilijne

SONY DSC

 

.

18.12.2015
z całego świata
przychodzimy do stołu
wigilijnego przylatujemy samolotami
zjeżdżamy się z bliska i z daleka przychodzimy
z sąsiedniej ulicy z drugiego końca miasta najbliżej
bliskich i blisko Boga narodzonego w stajence nie wszyscy
dotarli nie wszyscy przeprawili się na drugą stronę dnia
ofiary grudnia górnicy zamordowani przed kopalnią
Wujek zmasakrowani powstańcy wandejscy
w bitwie pod Savenay nie doczekali się
Zbawiciela a kolędy zaśpiewały im
chóry niebieskie i Aniołowie
radujący się poprzez łzy
cierpienia trudne do
zrozumienia
wyroki
losu

19.12.
najbardziej boli
kiedy talerz przeznaczony
dla przygodnego wędrowca przypomina
o najbliższych którzy nie zasiądą z nami przy stole
rozdzieleni oceanem odległości albo morzem
rodzinnych nieporozumień okaleczeni
rozłąką ran których czas nie zagoi
pielgrzymujemy od choinki
do choimki z opłatkiem
kruszącym się na
śnieżnobiałych
obrusach

20.12.
liberalny minister obrony
(cóż za przewrotna gra słów)
potwierdził podczas wizyty w Iraku
decyzję wycofania z Syrii kanadyjskich
myśliwców CF 18 zamiast akcji bojowych
i bombardowania pozycji terrorystów
premier Trudeau wybiera bliżej
nieokreślone akcje na ziemi

o pierwszym kroku kapitulacji
śpiewają już piaski pustyni
najpierw złożymy broń
potem wyburzymy
nasze kościoły
postawimy
meczety

21.12.
białe świerki
sosny jodły choinki
z Colorado i Syberii rosną
na zboczu i szachownicy szkółki
w Whitby taka tradycja Bożego Narodzenia
przyjeżdżamy przed samą Wigilia nie ma nawet
właściciela otwieramy kłódkę i szeroką bramę
deszcz pada jesiennie i koła samochodu
grzęzną w koleinach błota chodzimy
od choinki do choinki deszcz nam
spływa po policzkach ale ponad
marzeniami zawieja śniegu
wbija białe płatki w zieleń
gałązek pogłaskane
pachną miłością
dzieciństwem
radością
chwili

22.12.
dzieciątko
płacze zasypia
a potem budzi się
i śmieje dotykając brody
ojca jakby zobaczyło wszystkie
gwiazdy iskrzące się oraz obojętne
ta jedna przez wieki świetlne wypatrzyła cud
prowadząc do żłóbka trzech króli i kilku
pasterzy nieobecnych samotnych
cichych to ich objawienie jest
w nas jak ziarno wiary
źródło nadziei jak
miecz i tarcza
sens życia

24.12.
Polska śpiewa ci
kolędy mówi przyjaciel
przez ocean i telefon satelitarny
będziemy dzielić się wiadomościami
i opłatkiem owiniętym serwetką w kopercie
niektóre koperty pozostaną puste
opłatek milczenia najtrudniej
przełamać bo tylko słowa
wypowiedziane w porę
będą świadectwem
naszej miłości

.

Aleksander Rybczyński

KRONIKI POETYCKIE (2)

Screenshot-2015-12-16-23.43.07

MINĄŁ TYDZIEŃ [2]

Odeszli piękni kronikarze
raportujący z oblężonego miasta
pozostał świat zjednoczonych królestw
bez króla bez Boga i bez granic chłonący zło
bez zaglądania do paszportów pozostały stacje TV
w chwilach wolnych od reklam cierpienia i śmierci
serwujące wiadomość za wiadomością gdzieś
pomiędzy newsami ukrywa się prawda
w barwnym spectrum fałszu
w mgle niedomówień
stłumiono pieśń
poety

.

09.12.2015
kto rządzi światem
skoro dla liberałów i kat
i ofiara mają swoje argumenty
chór potępienia mówiących wprost
wbrew obowiązującej relatywizacji zła
zbyt jest zgodny zbyt hałaśliwy by szept prawdy
nie okazał się głosem sumienia skazanym
na kpinę szyderstwo hańbę i obelgi
jest ostatnią barykadą wolności
mówi ciszą pełnym głosem
ostatnim krzykiem
rozpaczy

.

10.12.
premier Kanady powitał
pierwszych migrantów z Syrii
przybyli na odnowione lotnisko w Toronto
wbrew wcześniejszym planom zakwaterowania
w bazach wojskowych każdy z przybyszy po krótkich
wywiadach w obozach uchodźców otrzymał wizę pobytową
zakwaterowanie w hotelu i kredyt zaufania nikt nie wie
czy wśród dwudziestu pięciu tysięcy migrantów
ukryją się terroryści państwa islamskiego
nikt też nie pyta dlaczego imigranci
nie składający podania na
pierwszej stronie gazet
czekają na prawo
stałego pobytu
i przywileje
kilka lat

.

11.12.
marsze powstańców
od listopadowej nocy po
styczniowy mróz buty stwardniałe
w mrozie i serce gorejące przelaną krwią
marsze powstańców marsze smoleńskie marsze
niepodległości marsze nadziei marsze protestu marsze
dla Polski ten najważniejszy najbliższy który ma
przynieść niepodległość i będzie próbą
wytrwałości siły charakteru prawdą
o naszym życiu i oczekiwaniu
na właściwy moment
sumienia historii
żywej pamięci

.

12.12.
wydawca Muslim Magazine
i naukowiec Uniwersytetu w Calgary
naucza o szkodliwości sonaty księżycowej
muzyka wypełnia pustkę gdzie jest miejsce Allaha
powinna być zabroniona jako instrument diabła
nie grzeszcie bracia i siostry słabością
wobec geniuszu anielskich chórów
piękno miłość będą zabronione
i spadną głowy zachwytu
a śmiertelna cisza
będzie tulić się
do fal oceanu

.

13.12.
w Kanadzie wybrano
zmianę dla zmiany w Polsce
zmiana jest prawdziwa i Targowica
wstaje uparcie z grobu historii jesteśmy
na przeciwnych brzegach Atlantyku
coraz bliżej nieba piętrzą się dni
naszej nadziei i lata naszego
życia którym staraliśmy się
świadczyć prawdzie
wolności i miłości

.

14.12
zapisujemy słowo po słowie
dla pokrzepienia serc przywalonych
potokiem kłamstw i kneblem łagodnej nicości
brzmią jak hasło wypowiadane w napięciu na linii frontu
może być przepustką na barykadę albo biletem
ucieczki na tyły gdzie wolno nadal żyć
jakby się umarło gdzie łatwo
zatrzasnąc drzwi do małej
stabilizacji szczęścia
bez porywu serca
i pieśni poety
sumienia

Aleksander Rybczyński

 

 

KRONIKI POETYCKIE

kruk

MINĄŁ TYDZIEŃ

Minął kolejny tydzień
nie było czasu na poezję
a każdy dzień miałem ich siedem
nie był lepszy od minut od sekund
ani od lat stojących w jednym szeregu
z każdą chwilą robiliśmy co do nas należy
ale świat był w rękach zbrodniarzy szaleńców
i polityków bez charakteru którzy utracili
nawet umiejętność przemawiania
do rzeczy i do serc

wygrywali banałem
trwonili dorobek cywilizacji
dochodziły do nas wiadomości
fotografie i materiały video na których
wyznawcy islamu rozbijali młotami mury
stuleci i skamieniałe z bólu krzyże
nad brzegiem morza ucinali
głowy naszych braci
tak by rosła
fala krwi

29.11.2015
podrzynają nam gardła
a my organizujemy konferencję
o ograniczeniu emisji dwutlenku węgla
setki aktywistów demonstrują pod Parlamentem
a premier Kanady wznosi toasty na lunchu z prezydentem Francji
myśliwce jeszcze raz podniosą skrzydła w bojowejj misji
ale biała flaga została wywieszona i podejmiemy
z ludobójcami negocjacje oni też mają rację

30.11
Zachód zawsze chętnie rozmawiał z Rosją
nawet jeżeli miała twarz Katarzyny i maskę Putina
język miękkiej dyplomacji unika prawdy i ściska dłoń
ociekającą krwią niepokornych pasażerów Tupolewa 154M
i krwią niewinnych turystów zestrzelonych znad nieba nad Ukrainą
sojusze z tyranami zawsze kończą się Jałtą i zdradą narodów
zbyt małych by powstrzymać okrutny strumień historii

01.12
Quebec żyje pełnią życia potrafi bawić się i śmiać
w przeciwieństwie do innych prowincji Kanady
wkrótce będzie też umierać pełnią śmierci
wybrane szpitale uśmiercą na życzenie
cierpiących nieuleczalnie chorych
ciekawe jak długo potrwa
przygotowanie końca
sztylet kroplówki
czy morfina
w głębię
lęku
?

02.12
gdzie były wszystkie diabły
dzwoniące ogonem w polskim Sejmie
kiedy zgodnie uświęcano kłamstwo smoleńskie
podnoszono dłonie zdrady nie spuszczając nawet oczu
wczoraj pozbawieni wstydu dzisiaj krzyczą o honorze
i wymachują cyrografem w okładce konstytucji
bezradnie drepczą wokół trybuny jak
dziecko pozbawione zabawki
treser pejcza i kiełbasy

03.12
światowe kłamstwo
ma twarz znanych dziennikarzy
posługują się półprawdą i przemilczeniem
usypiają wyciągając politycznie poprawne wnioski
dbając o dobrze płatne posady i samozadowolenie elit
kłamstwo idzie w świat wyposażone w wartką fabułę
ma się dobrze razem ze społeczeństwem
które ocaleje w obłożonych hipoteką
domach i terenowych autach
prowadzone na rzeź
nie jak bohater
Różewicza

Aleksander Rybczyński

Brzegi oceanu (opowiadanie)

Screenshot 2015-11-01 22.08.03

Wychodząc z domu nie oglądał się za siebie. Nie potrafił jednak zapomnieć o postaci stojącej w oknie i machającej dłonią spoza rozłożystej paproci. Tak go zawsze żegnała matka, kiedy oddalał się po krótkiej, lub dłuższej wizycie. Stało się to rytuałem i okno bywało opuszczone tylko wtedy, gdy matka źle się czuła, albo miała o coś żal. Teraz nie było już żalu, a dolegliwości ustąpiły ostatecznie. Czasami wydawało mu się, że spoglądając przez ramię, mógłby nie tylko odtworzyć zanikający obraz, ale także spojrzeć w głąb czasu i zobaczyć dokładnie to, czemu nigdy nie przyjrzał się z należytą czułością.

Pamięć jednak była bezwzględna, odsłaniając raz po raz sceny męki, jakby wcześniej nic się nie wydarzyło, nie było narodzin, nadziei i radości. Wielokrotnie więc schodził po stopniach, krok po kroku, prowadząc matkę do samochodu, by potem zawieźć ją do parku, posadzić na ławce przed otwartą przestrzenią, wyznaczoną przez połacie boisk i wzgórza, prowadzące w cień drzew.

Matka unosiła głowę, jej twarz się rozjaśniała i z przymkniętymi oczami głęboko wdychała powietrze, powiew wiatru, niosący białe cumulusy znad wielkich jezior i oceanu. Żyła tą chwilą, bo było w niej całe piękno życia i nic już nie było poza chwilą. Zrobił wtedy kilka zdjęć. Była wczesna wiosna i drzewa jeszcze się nie zazieleniły. Nie wypuściły nawet pąków liści. Niewyraźny tors z głową z rozwianymi włosami i opuszczonymi powiekami kontrastował z nagą koroną drzew zasłaniającą siatką całe niebo. Splątane, wyostrzone linie wrastały, jak korzenie w nieobecną jasność. To matka była jednak prawdziwie nieobecna i dopiero odbitka czarno – białej fotografii pokazywała, w jakiej harmonii znajduje się z innym światem, niedostrzeganym przez soczewkę obiektywu i powierzchowne, ludzkie oko.

Wracali później do domu; było to jedyne miejsce, gdzie mogli powrócić. Niemożliwe było wychodzenie do bibliotek, na zakupy, ani wycieczki w nieznane miejsca, oferujące przestrzeń i widoki. Jednym z takich miejsc była wieża CN Tower. Nie wiadomo dlaczego, matka zawsze marzyła, by wyjechać na jej szczyt. Domyślał się, że chciała spojrzeć na swoje życie z lotu ptaka, zobaczyć, jak trudno zauważalne są dręczące nieustannie szczegóły i jak wielka przestrzeń roztacza się dokoła i z jakim wdziękiem przechodzi od zmierzchu w rozjarzoną światłami molocha noc. Przesuwał ten wyjazd na szczyt z przesądnością marynarza, naiwnie wierząc, że odkładając ostatnie marzenie na później ofiarowuje nieśmiertelność. Potem było już za późno. Stało się oczywiste, że jedynym sposobem zatrzymania czasu jest trwanie w bezruchu. Trwał więc z dnia na dzień, przykrywając kocem nocnego czuwania szarpane rany własnej duszy. Leżał w ciemności na materacu, próbując zasnąć. Kobieta, syn i śmierć. Spod zamkniętych drzwi sąsiedniego pokoju wymykało się światło. Matka nocami porządkowała rzeczy, przeglądała papiery. Zazwyczaj nie pozwalała sobie przeszkadzać. Nie miała czasu i ten argument przetaczał przez serce całe noce bezsenności.. Światło zatrzymywało się na podłodze w kuchni i wpadało w ciemność, która wydawała się nieprzenikniona i ostateczna. W tej ciemności próbował zapisywać swoje myśli, nie pozwalające ani na wypoczynek, ani na marzenia. Miał przygotowane kartki i pisał po omacku, mając nadzieję, że w świetle dnia niewidoczne znaki nabiorą sensu i ułożą się w kaligrafię znaczeń.

Matka nigdy nie lubiła się fotografować. Uważała, że uwieczniać powinno się tylko piękno młodości. Nie była zwolennikiem teorii prawdy, zawartej w zmarszczkach i głębi przeżyć odbijających się w siwych włosach. Do zdjęć pozowała z daleka, tak, by ślady czasu nie były zbyt oczywiste. Tym większe było jego zdumienie, kiedy niespodziewanie przystała na propozycję zrobienia portretu. Nie tylko zgodziła się, ale wręcz nalegała, by zrobić taką sesję. Pożyczył sprzęt od znajomego fotografa, właściciela studia portretowego. Po konsultacjach dysponował przenośnym zestawem przyzwoitego zakładu. Miał statyw, lampy, parasole i zestaw obiektywów. Wykonał kilka rolek filmu, w błogosławionej nieświadomości prawdziwej sztuki, nie znającej rezultatów do wywołania negatywów i zrobienia kontaktowych odbitek. Mógł rozkoszować się niepewnością i boskim tchnieniem, nieobecnym w fotografii cyfrowej. Zawodowy fotograf pobłażliwie rzucił okiem na odbitki. „No cóż, nie udało się” Niedoskonałość zdjęć wynikała z braku umiejętności właściwego ustawienia światła. Fotografie wydaja się być słabo doświetlone, mroczne, kontrast także pozostawia wiele do życzenia. Dzisiaj jednak patrzy na małe, próbne odbitki i widzi, że nie ma lepszego świadectwa odchodzenia i zanikania. Światło pada na twarz nieregularnie, brakuje jasności, kontury zapadają się w cienie. Matka niepewnie się uśmiecha, można mieć wrażenie, że tylko częściowo jest obecna, tak, jakby soczewka obiektywu ustawiona była na granicy dwóch światów, ulegając niewiadomej, nieopanowanej  i niszczycielskiej mocy. Podobną siłę mają fotografie wykonane po katastrofie jądrowej w Czarnobylu. Radioaktywne promieniowanie było silniejsze od światła, zniekształcając kliszę i obraz. Odkształcenie portretów matki ma jednak źródło mistyczne i niemożliwe byłoby świadome uzyskanie podobnego rezultatu.

Powoli świat zamykał się w czterech ścianach, z trudem podnosił z łóżka, nie wyglądał nawet przez okna, najczęściej przysłonięte, by lepiej oswoić wieczność. Kiedyś przyszedł do domu i na podłodze w kuchni zobaczył ciało, wciśnięte między kuchenkę, a szafkę na naczynia. Matka miała przerażoną, wykrzywioną w bólu twarz, z jej spuchniętych nóg i czoła sączyła się krew. Bezradnie próbowała się podnieść, spazmatycznie szlochając. Podniósł ją i zaprowadził do sypialni, siadając przy niej na łóżku. Powoli uspokoił chorą, opatrzył rany, położył i przykrył kocem. Spojrzał na wiszący na ścianie szesnastowieczny miedzioryt Gerharda de Jode, przedstawiający miłosiernego Samarytanina. Napadnięty przez zbójców leży przy drodze nieprzytomny, pół nagi; pochyla się nad nim podróżny, opatrując rany oliwą i winem. Przy drzewie, odwracając łeb do tyłu, stoi potężny rumak, na którym Samarytanin odwiezie rannego do gospody. Dlaczego właśnie ta grafika znalazła się w jego pokoju, ilustrując scenę opatrywania cierpiącej? Natrafił na nią przecież przypadkiem, wybrał tę spośród wielu innych, nie przewidując, że sam będzie powtarzał odwieczny akt miłosierdzia. Znalazł matkę w tej samej pozycji, utrwalonej w wizji flamandzkiego artysty. Była równie bezradna, ale nie mogła już liczyć na przypadkowego wybawcę, ani na cud. Od tego momentu wiedział, że weszli na ostateczną drogę. Lekarze już od dłuższego czasu sugerowali szpital, hospicjum. Nie chciał się na to zgodzić, gdyż dom był miejscem bardziej bezpiecznym, co ważniejsze czas nie miał do niego dostępu. Nie było limitu cierpienia, można było przeciągać je w nieskończoność. Szpital kierował się nieubłagana logiką. Dni bywały policzone i bardzo precyzyjnie przewidywano tu przyszłość. Umęczone ciała poddawano wszelkim możliwym badaniom i nie kryły już żadnych tajemnic, tylko boskie. Było wiadomo, kiedy serce nie wytrzyma obciążenia i przestanie bić. Kiedy inne organy odmówią posłuszeństwa. Lekarze byli bardzo dokładni. Dwanaście miesięcy, pół roku, może trochę dłużej; rzadko się mylili. Istniały warianty, niuanse, nieoczekiwane, krótkie odrodzenia; szkic historii choroby był jednak gotowy i szpital był miejscem, gdzie powstawała ostateczna redakcja przeznaczenia. Czas, wyznaczony kiedyś przez elektromagnetyczny rezonans i statystyczne tabele kurczył się gwałtownie i nie było warto zastanawiać się, ile ziarenek piasku pozostało w klepsydrze. Zaproponowano kilka miejsc. Nie chciał decydować bez dokładnego rozeznania, wiedział bowiem, czego matka nie znosiła i chciał wyszukać miejsce najbardziej dyskretne. Ważny był widok i otwarta przestrzeń, miejsce nie ograniczone ślepą ścianą, ani skrzydłem sąsiedniego budynku. Czy wszyscy umierający poszukują takiego komfortu? Może niektórzy wolą odwrócić się do ściany, schować głowę w poduszkę. Wiedział jednak, że rozważania takie wcale nie mają najmniejszego znaczenia. Silne narkotyki, maligna stworzą i tak wersje nierealną, nieprawdziwą, balansująca na granicy rzeczywistości, kpiącą sobie z dni i nocy. Minuty będą w niej ciążyć, jak wieczność, a godziny, dni i tygodnie staną się przeźroczyste i lekkie. Znalazł wreszcie szpital, wyglądający raczej jak sanatorium, albo hotel dla pasażerów, czekających na połączenia lotnicze. Liczył na nisko przelatujące samoloty, szczęk otwierających i zamykających się podwozi, wycie silników i szum powietrza w skrzydłach i sterownikach. Godzić się musiał na ciche, wypolerowane sale, odbijające ostatnie promienie słońca.

Tego dnia matka cichutko leżała w swoim pokoju. Nie paliła światła, nie wołała, nie płakała. Było tak, jakby jej nie było i miał przedsmak prawdziwej nieobecności, ciszy rzeczy martwych, zakłócanej jedynie śpiewaniem rur w ścianach i trudnym do wytłumaczenia skrzypieniem podłogi. Obudził matkę, a ona płacząc tłumaczyła się złym samopoczuciem, niedyspozycją. Prosiła, by przełożyć wyjazd do szpitala na następny dzień; nie mógł się zgodzić, niemalże wszak wybłagał, by znalazło się dla niej łóżko na ostatnim piętrze. Jechali taksówką i ostateczność tego kursu była powiększona przez sekwencję scen, przewijających się, jak w zwolnionym filmie. Światła zmieniały się z czerwonych na zielone, brali zakręty i nieodwracalnie zostawiali za sobą przydrożne drzewa i zieleń trawników przed domami. Zbliżała się godzina szczytu, ludzie pospiesznie wsiadali do samochodów, cierpliwie i sennie czekali na przystankach autobusowych. Matka dostała samodzielny pokój z luksusowym, automatycznie zmieniającym pozycję łóżkiem i dyskretna zasłonką. Warunki, o których kiedy w Polsce nie można było nawet marzyć. Izolatka była wtedy darem dla wybranych, gwarancją i warunkiem lepszego traktowania, szansą na szybkie uzdrowienie i powrót do życia. Tutaj była tylko rutynowym potwierdzeniem prawa do ludzkiej godności, którym skwapliwie afiszowały sie rządowe instytucje. Lekarz, patrząc prosto w oczy powiedział: „Podjął pan decyzję w odpowiednim momencie” Nie pytał o szczegóły, nie chciał wiedzieć, jakim kalendarzem posługuje się oddział chorych na raka.

Dwa dni później matka zbuntowała się. Podjęła decyzję ucieczki. Miał doprowadzić do szpitala samochód, sprowadzić ją na dół i odjechać. Próbował oponować błahym, racjonalnym wytłumaczeniem. „Mamo, nie mogę, wiesz przecież, że jutro muszę iść do pracy”

„Ależ ty jesteś głupi” odparła. Sam wiedział, że jego argumentacja jest absurdalna, ale przecież równie absurdalny był cały pomysł ewakuacji; rozniecony przez ból, rozmaite lekarstwa i narkotyki, łączący odmienne światy w jedną logiczną nierzeczywistość. Zignorował nalegania matki, ale kiedy te powtarzały się codziennie z rosnącą natarczywością, zrezygnował. „Ależ gdzie pojedziemy?” „Jak to gdzie? W świat!”

Plan był prosty. W głębi jeziora Ontario stał zakotwiczony żaglowiec „Pogoria” pod dowództwem kapitana Zdzisława Pieńkawy. Pod osłona nocy mieli dotrzeć do niego, zamustrować, po czym wydostać się na szeroki ocean.

Podjechał samochodem pod awaryjne, przeciwpożarowe wyjście. Był już wieczór, pielęgniarki rozdzieliły lekarstwa, zrobiły wszystkie rutynowe badania. Wygaszono światła. Zabrał spod recepcji wózek inwalidzki, ułatwiający przewożenie chorych. Bezszelestnie przemknęli do towarowej windy i zjechali na dół. Matka była bardzo słaba, prawie zasypiała i zamykały się jej oczy. Przeniósł ją z wózka na przednie siedzenie samochodu i przykrył szczelnie kocem. Wózek złożył i wrzucił do bagażnika. Jechali powoli przez miasto, poruszające się o tej porze w zwolnionym rytmie, tak jakby miało zasnąć i więcej się nie obudzić. Matka chciała dojechać do parku nad jeziorem, przy Lakeshore Boulvard. Miał być tam ukryty na brzegu bączek, którym mieli dotrzeć do żaglowca. Dobrze znał wyznaczone miejsce. Był w nim pierwszego dnia, po wylądowaniu w Toronto. Kiedyś ze znajomymi palili tam ogniska i pili wino nad samą wodą. Długie fale jeziora Ontario uderzały o brzeg, przypominając polski Bałtyk. „Synku, gdzie jestem, co się ze mną dzieje?” wyszeptała matka, kiedy dojechali na miejsce i przeniósł ja ponownie na wózek. „Jesteś mamusiu bardzo chora” odpowiedział, by nie ujawnić całej prawdy. Zrozpaczony pchał wózek, nie w pełni nawet zdając sobie sprawę z absurdu przedsięwzięcia, inspirowanego halucynacjami i cierpieniem, którego nie mogła już ukoić najmniejsza nadzieja.

Dotarł nad jezioro, dostrzegając na kamienistym brzegu małego bączka z wiosłem w środku. Nie zastanawiał się, co robi. Wykonywał czynności prawie mechanicznie. Z czułością pochylał się nad ciałem matki, coraz bardziej wiotkim i nierzeczywistym. Przeniósł ją blisko dziobu i odepchnął łódkę w głąb jeziora. Twarz umierającej, dotąd skurczona w bolesnym grymasie, rozjaśniła się nagle i nabrała naprężonej gładkości, jakby dostąpiła szlachetności pieczołowicie cyzelowanych głów galionów, zdobiących siedemnastowieczne żaglowce.  Wydało mu się, że po raz pierwszy od wielu miesięcy mama nabrała pełna piersią powietrza, chłonąc zapach i wilgoć rozbijających się fal. Włożył wiosło do półotworu w pawęży i zaczął „śróbkować” Była to technika, której matka uczyła go kiedyś na obozach żeglarskich. Ona sama była mistrzem takiego wiosłowania. Kręciło się szybko ósemki, uważając, by wiosło nie wypadło z dulki. Łódka tak napędzana posuwała się szybko do przodu i łatwo można było nią sterować. Starał się nie rozglądać. Ucichły odgłosy uderzania fal o burtę. Miał wrażenie, że zanurzyli się w mrocznym, gładkim, jak czarny marmur nurcie i łódka przemyka się lekko i bezszelestnie. Matka cały czas spokojnie oddychała, leżąc bez ruchu na dziobie. Był odwrócony tyłem, skupiony na śróbkowaniu. Kiedy wypłynęli w głąb jeziora, odwrócił się. Na środku akwenu stał oświetlony żaglowiec. Na rejach dostrzegł marynarzy, gotowych do rozwinięcia żagli. Wszystko stało się oczywiste, choć nadal nie wiedział pomiędzy jakimi brzegami się porusza i czy naprawdę jest jeszcze po tej stronie.

Dopłynął do burty. Zobaczył nad sobą wychylone przez  reling twarze. Odwrócił się jeszcze raz. Dinghy była pusta.

.

Aleksander Rybczyński

.

„…choć przemknąłem przed Wami jak cień”

Screenshot 2015-04-17 22.05.17

Przypomnienie tekstu o Jacku Kaczmarskim, nigdy nie opublikowanego w druku, w jedenastą rocznicę jego śmierci – 10 kwietnia 2004 roku

W pięć lat po śmierci Jacka Kaczmarskiego słucham „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego”, tak jakby to było epitafium napisane przez autora dla samego siebie. Kaczmarski nie oszczędzał ani strun głosowych, ani serca. Wszystko po to, by dać świadectwo – czasom, sobie i prawdzie, która zawsze będzie równie trudna, niezależnie od epoki, w której przyjdzie jej poszukiwać.

Jacek Kaczmarski był nie tylko pieśniarzem, był także poetą, umiejącym w precyzyjny i erudycyjny sposób wypowiedzieć los każdego z nas – człowieka, ale także każdego z nas – Polaka. Był Poetą, ale równocześnie był kimś więcej. Bardem narodowym w okresie zniewolenia Poski – i w czasach, kiedy ojczyzna odzyskała niepodległość, obnażając swoje ubóstwo i przywary.

W patriotyźmie Kaczmarskiego nie było nigdy fałszywej nuty. Emigrował dwukrotnie, za każdym razem narażając się na krytykę. Po raz pierwszy opuścił nas solidarnych, by powracać na falach rozgłośni Radia Wolna Europa; po raz drugi – zdawało się na dobre – do Australii, by zbierać muszelki i nie brać osobiście udziału w procesie odbudowy wolnej Polski. W końcu powrócił na zawsze i był to powrót z obrazów Jacka Malczewskiego, gorzki, tragiczny, ramię w ramię z Thanatosem.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych przyjechał do Krakowa na festiwal piosenki studenckiej. Były to wówczas imprezy bardzo popularne, choć mało nagłaśniane w państwowych mediach, dzięki czemu pewnie pieśń Kaczmarskiego „Mury” została uwieńczona pierwszą nagrodą, stając się kamieniem milowym otwierającym szeroką i niezwykłą drogę jego kariery. Była to droga zupełnie nowa w polskim kanonie literackim i estradowym. Śpiewał całym sobą z pasją, głębią i bez kompromisu. Wypełnił wstydliwą lukę w polskiej tradycji; penetrował historię, studiował malarstwo, zaglądał pod dziejowy płaszcz, by odsłonić piękno i słabości polskiej duszy. Nie było to proste: zwykle artyści ubierają się w jaskrawe, komercyjne barwy, albo też odwracają od ojczyzny, znużeni otwieraniem jątrzących się ran.

W emigracyjnej wędrówce zginęły moje, słuchane wielokrotnie kasety z nagraniami Jacka Kaczmarskiego. Było ich mnóstwo, repertuar Poety nigdy się nie kończył, miał setki utworów, z których większość była prawdziwymi perłami. A jego niepokojące pytania o tożsamość narodową, wewnętrzną uczciwość i sens istnienia będą powracać zawsze: by było nam łatwiej trwać i odnajdywać źródło światła – z cienia.

Aleksander Rybczyński