KRONIKI POETYCKIE

kruk

MINĄŁ TYDZIEŃ

Minął kolejny tydzień
nie było czasu na poezję
a każdy dzień miałem ich siedem
nie był lepszy od minut od sekund
ani od lat stojących w jednym szeregu
z każdą chwilą robiliśmy co do nas należy
ale świat był w rękach zbrodniarzy szaleńców
i polityków bez charakteru którzy utracili
nawet umiejętność przemawiania
do rzeczy i do serc

wygrywali banałem
trwonili dorobek cywilizacji
dochodziły do nas wiadomości
fotografie i materiały video na których
wyznawcy islamu rozbijali młotami mury
stuleci i skamieniałe z bólu krzyże
nad brzegiem morza ucinali
głowy naszych braci
tak by rosła
fala krwi

29.11.2015
podrzynają nam gardła
a my organizujemy konferencję
o ograniczeniu emisji dwutlenku węgla
setki aktywistów demonstrują pod Parlamentem
a premier Kanady wznosi toasty na lunchu z prezydentem Francji
myśliwce jeszcze raz podniosą skrzydła w bojowejj misji
ale biała flaga została wywieszona i podejmiemy
z ludobójcami negocjacje oni też mają rację

30.11
Zachód zawsze chętnie rozmawiał z Rosją
nawet jeżeli miała twarz Katarzyny i maskę Putina
język miękkiej dyplomacji unika prawdy i ściska dłoń
ociekającą krwią niepokornych pasażerów Tupolewa 154M
i krwią niewinnych turystów zestrzelonych znad nieba nad Ukrainą
sojusze z tyranami zawsze kończą się Jałtą i zdradą narodów
zbyt małych by powstrzymać okrutny strumień historii

01.12
Quebec żyje pełnią życia potrafi bawić się i śmiać
w przeciwieństwie do innych prowincji Kanady
wkrótce będzie też umierać pełnią śmierci
wybrane szpitale uśmiercą na życzenie
cierpiących nieuleczalnie chorych
ciekawe jak długo potrwa
przygotowanie końca
sztylet kroplówki
czy morfina
w głębię
lęku
?

02.12
gdzie były wszystkie diabły
dzwoniące ogonem w polskim Sejmie
kiedy zgodnie uświęcano kłamstwo smoleńskie
podnoszono dłonie zdrady nie spuszczając nawet oczu
wczoraj pozbawieni wstydu dzisiaj krzyczą o honorze
i wymachują cyrografem w okładce konstytucji
bezradnie drepczą wokół trybuny jak
dziecko pozbawione zabawki
treser pejcza i kiełbasy

03.12
światowe kłamstwo
ma twarz znanych dziennikarzy
posługują się półprawdą i przemilczeniem
usypiają wyciągając politycznie poprawne wnioski
dbając o dobrze płatne posady i samozadowolenie elit
kłamstwo idzie w świat wyposażone w wartką fabułę
ma się dobrze razem ze społeczeństwem
które ocaleje w obłożonych hipoteką
domach i terenowych autach
prowadzone na rzeź
nie jak bohater
Różewicza

Aleksander Rybczyński

Brzegi oceanu (opowiadanie)

Screenshot 2015-11-01 22.08.03

Wychodząc z domu nie oglądał się za siebie. Nie potrafił jednak zapomnieć o postaci stojącej w oknie i machającej dłonią spoza rozłożystej paproci. Tak go zawsze żegnała matka, kiedy oddalał się po krótkiej, lub dłuższej wizycie. Stało się to rytuałem i okno bywało opuszczone tylko wtedy, gdy matka źle się czuła, albo miała o coś żal. Teraz nie było już żalu, a dolegliwości ustąpiły ostatecznie. Czasami wydawało mu się, że spoglądając przez ramię, mógłby nie tylko odtworzyć zanikający obraz, ale także spojrzeć w głąb czasu i zobaczyć dokładnie to, czemu nigdy nie przyjrzał się z należytą czułością.

Pamięć jednak była bezwzględna, odsłaniając raz po raz sceny męki, jakby wcześniej nic się nie wydarzyło, nie było narodzin, nadziei i radości. Wielokrotnie więc schodził po stopniach, krok po kroku, prowadząc matkę do samochodu, by potem zawieźć ją do parku, posadzić na ławce przed otwartą przestrzenią, wyznaczoną przez połacie boisk i wzgórza, prowadzące w cień drzew.

Matka unosiła głowę, jej twarz się rozjaśniała i z przymkniętymi oczami głęboko wdychała powietrze, powiew wiatru, niosący białe cumulusy znad wielkich jezior i oceanu. Żyła tą chwilą, bo było w niej całe piękno życia i nic już nie było poza chwilą. Zrobił wtedy kilka zdjęć. Była wczesna wiosna i drzewa jeszcze się nie zazieleniły. Nie wypuściły nawet pąków liści. Niewyraźny tors z głową z rozwianymi włosami i opuszczonymi powiekami kontrastował z nagą koroną drzew zasłaniającą siatką całe niebo. Splątane, wyostrzone linie wrastały, jak korzenie w nieobecną jasność. To matka była jednak prawdziwie nieobecna i dopiero odbitka czarno – białej fotografii pokazywała, w jakiej harmonii znajduje się z innym światem, niedostrzeganym przez soczewkę obiektywu i powierzchowne, ludzkie oko.

Wracali później do domu; było to jedyne miejsce, gdzie mogli powrócić. Niemożliwe było wychodzenie do bibliotek, na zakupy, ani wycieczki w nieznane miejsca, oferujące przestrzeń i widoki. Jednym z takich miejsc była wieża CN Tower. Nie wiadomo dlaczego, matka zawsze marzyła, by wyjechać na jej szczyt. Domyślał się, że chciała spojrzeć na swoje życie z lotu ptaka, zobaczyć, jak trudno zauważalne są dręczące nieustannie szczegóły i jak wielka przestrzeń roztacza się dokoła i z jakim wdziękiem przechodzi od zmierzchu w rozjarzoną światłami molocha noc. Przesuwał ten wyjazd na szczyt z przesądnością marynarza, naiwnie wierząc, że odkładając ostatnie marzenie na później ofiarowuje nieśmiertelność. Potem było już za późno. Stało się oczywiste, że jedynym sposobem zatrzymania czasu jest trwanie w bezruchu. Trwał więc z dnia na dzień, przykrywając kocem nocnego czuwania szarpane rany własnej duszy. Leżał w ciemności na materacu, próbując zasnąć. Kobieta, syn i śmierć. Spod zamkniętych drzwi sąsiedniego pokoju wymykało się światło. Matka nocami porządkowała rzeczy, przeglądała papiery. Zazwyczaj nie pozwalała sobie przeszkadzać. Nie miała czasu i ten argument przetaczał przez serce całe noce bezsenności.. Światło zatrzymywało się na podłodze w kuchni i wpadało w ciemność, która wydawała się nieprzenikniona i ostateczna. W tej ciemności próbował zapisywać swoje myśli, nie pozwalające ani na wypoczynek, ani na marzenia. Miał przygotowane kartki i pisał po omacku, mając nadzieję, że w świetle dnia niewidoczne znaki nabiorą sensu i ułożą się w kaligrafię znaczeń.

Matka nigdy nie lubiła się fotografować. Uważała, że uwieczniać powinno się tylko piękno młodości. Nie była zwolennikiem teorii prawdy, zawartej w zmarszczkach i głębi przeżyć odbijających się w siwych włosach. Do zdjęć pozowała z daleka, tak, by ślady czasu nie były zbyt oczywiste. Tym większe było jego zdumienie, kiedy niespodziewanie przystała na propozycję zrobienia portretu. Nie tylko zgodziła się, ale wręcz nalegała, by zrobić taką sesję. Pożyczył sprzęt od znajomego fotografa, właściciela studia portretowego. Po konsultacjach dysponował przenośnym zestawem przyzwoitego zakładu. Miał statyw, lampy, parasole i zestaw obiektywów. Wykonał kilka rolek filmu, w błogosławionej nieświadomości prawdziwej sztuki, nie znającej rezultatów do wywołania negatywów i zrobienia kontaktowych odbitek. Mógł rozkoszować się niepewnością i boskim tchnieniem, nieobecnym w fotografii cyfrowej. Zawodowy fotograf pobłażliwie rzucił okiem na odbitki. „No cóż, nie udało się” Niedoskonałość zdjęć wynikała z braku umiejętności właściwego ustawienia światła. Fotografie wydaja się być słabo doświetlone, mroczne, kontrast także pozostawia wiele do życzenia. Dzisiaj jednak patrzy na małe, próbne odbitki i widzi, że nie ma lepszego świadectwa odchodzenia i zanikania. Światło pada na twarz nieregularnie, brakuje jasności, kontury zapadają się w cienie. Matka niepewnie się uśmiecha, można mieć wrażenie, że tylko częściowo jest obecna, tak, jakby soczewka obiektywu ustawiona była na granicy dwóch światów, ulegając niewiadomej, nieopanowanej  i niszczycielskiej mocy. Podobną siłę mają fotografie wykonane po katastrofie jądrowej w Czarnobylu. Radioaktywne promieniowanie było silniejsze od światła, zniekształcając kliszę i obraz. Odkształcenie portretów matki ma jednak źródło mistyczne i niemożliwe byłoby świadome uzyskanie podobnego rezultatu.

Powoli świat zamykał się w czterech ścianach, z trudem podnosił z łóżka, nie wyglądał nawet przez okna, najczęściej przysłonięte, by lepiej oswoić wieczność. Kiedyś przyszedł do domu i na podłodze w kuchni zobaczył ciało, wciśnięte między kuchenkę, a szafkę na naczynia. Matka miała przerażoną, wykrzywioną w bólu twarz, z jej spuchniętych nóg i czoła sączyła się krew. Bezradnie próbowała się podnieść, spazmatycznie szlochając. Podniósł ją i zaprowadził do sypialni, siadając przy niej na łóżku. Powoli uspokoił chorą, opatrzył rany, położył i przykrył kocem. Spojrzał na wiszący na ścianie szesnastowieczny miedzioryt Gerharda de Jode, przedstawiający miłosiernego Samarytanina. Napadnięty przez zbójców leży przy drodze nieprzytomny, pół nagi; pochyla się nad nim podróżny, opatrując rany oliwą i winem. Przy drzewie, odwracając łeb do tyłu, stoi potężny rumak, na którym Samarytanin odwiezie rannego do gospody. Dlaczego właśnie ta grafika znalazła się w jego pokoju, ilustrując scenę opatrywania cierpiącej? Natrafił na nią przecież przypadkiem, wybrał tę spośród wielu innych, nie przewidując, że sam będzie powtarzał odwieczny akt miłosierdzia. Znalazł matkę w tej samej pozycji, utrwalonej w wizji flamandzkiego artysty. Była równie bezradna, ale nie mogła już liczyć na przypadkowego wybawcę, ani na cud. Od tego momentu wiedział, że weszli na ostateczną drogę. Lekarze już od dłuższego czasu sugerowali szpital, hospicjum. Nie chciał się na to zgodzić, gdyż dom był miejscem bardziej bezpiecznym, co ważniejsze czas nie miał do niego dostępu. Nie było limitu cierpienia, można było przeciągać je w nieskończoność. Szpital kierował się nieubłagana logiką. Dni bywały policzone i bardzo precyzyjnie przewidywano tu przyszłość. Umęczone ciała poddawano wszelkim możliwym badaniom i nie kryły już żadnych tajemnic, tylko boskie. Było wiadomo, kiedy serce nie wytrzyma obciążenia i przestanie bić. Kiedy inne organy odmówią posłuszeństwa. Lekarze byli bardzo dokładni. Dwanaście miesięcy, pół roku, może trochę dłużej; rzadko się mylili. Istniały warianty, niuanse, nieoczekiwane, krótkie odrodzenia; szkic historii choroby był jednak gotowy i szpital był miejscem, gdzie powstawała ostateczna redakcja przeznaczenia. Czas, wyznaczony kiedyś przez elektromagnetyczny rezonans i statystyczne tabele kurczył się gwałtownie i nie było warto zastanawiać się, ile ziarenek piasku pozostało w klepsydrze. Zaproponowano kilka miejsc. Nie chciał decydować bez dokładnego rozeznania, wiedział bowiem, czego matka nie znosiła i chciał wyszukać miejsce najbardziej dyskretne. Ważny był widok i otwarta przestrzeń, miejsce nie ograniczone ślepą ścianą, ani skrzydłem sąsiedniego budynku. Czy wszyscy umierający poszukują takiego komfortu? Może niektórzy wolą odwrócić się do ściany, schować głowę w poduszkę. Wiedział jednak, że rozważania takie wcale nie mają najmniejszego znaczenia. Silne narkotyki, maligna stworzą i tak wersje nierealną, nieprawdziwą, balansująca na granicy rzeczywistości, kpiącą sobie z dni i nocy. Minuty będą w niej ciążyć, jak wieczność, a godziny, dni i tygodnie staną się przeźroczyste i lekkie. Znalazł wreszcie szpital, wyglądający raczej jak sanatorium, albo hotel dla pasażerów, czekających na połączenia lotnicze. Liczył na nisko przelatujące samoloty, szczęk otwierających i zamykających się podwozi, wycie silników i szum powietrza w skrzydłach i sterownikach. Godzić się musiał na ciche, wypolerowane sale, odbijające ostatnie promienie słońca.

Tego dnia matka cichutko leżała w swoim pokoju. Nie paliła światła, nie wołała, nie płakała. Było tak, jakby jej nie było i miał przedsmak prawdziwej nieobecności, ciszy rzeczy martwych, zakłócanej jedynie śpiewaniem rur w ścianach i trudnym do wytłumaczenia skrzypieniem podłogi. Obudził matkę, a ona płacząc tłumaczyła się złym samopoczuciem, niedyspozycją. Prosiła, by przełożyć wyjazd do szpitala na następny dzień; nie mógł się zgodzić, niemalże wszak wybłagał, by znalazło się dla niej łóżko na ostatnim piętrze. Jechali taksówką i ostateczność tego kursu była powiększona przez sekwencję scen, przewijających się, jak w zwolnionym filmie. Światła zmieniały się z czerwonych na zielone, brali zakręty i nieodwracalnie zostawiali za sobą przydrożne drzewa i zieleń trawników przed domami. Zbliżała się godzina szczytu, ludzie pospiesznie wsiadali do samochodów, cierpliwie i sennie czekali na przystankach autobusowych. Matka dostała samodzielny pokój z luksusowym, automatycznie zmieniającym pozycję łóżkiem i dyskretna zasłonką. Warunki, o których kiedy w Polsce nie można było nawet marzyć. Izolatka była wtedy darem dla wybranych, gwarancją i warunkiem lepszego traktowania, szansą na szybkie uzdrowienie i powrót do życia. Tutaj była tylko rutynowym potwierdzeniem prawa do ludzkiej godności, którym skwapliwie afiszowały sie rządowe instytucje. Lekarz, patrząc prosto w oczy powiedział: „Podjął pan decyzję w odpowiednim momencie” Nie pytał o szczegóły, nie chciał wiedzieć, jakim kalendarzem posługuje się oddział chorych na raka.

Dwa dni później matka zbuntowała się. Podjęła decyzję ucieczki. Miał doprowadzić do szpitala samochód, sprowadzić ją na dół i odjechać. Próbował oponować błahym, racjonalnym wytłumaczeniem. „Mamo, nie mogę, wiesz przecież, że jutro muszę iść do pracy”

„Ależ ty jesteś głupi” odparła. Sam wiedział, że jego argumentacja jest absurdalna, ale przecież równie absurdalny był cały pomysł ewakuacji; rozniecony przez ból, rozmaite lekarstwa i narkotyki, łączący odmienne światy w jedną logiczną nierzeczywistość. Zignorował nalegania matki, ale kiedy te powtarzały się codziennie z rosnącą natarczywością, zrezygnował. „Ależ gdzie pojedziemy?” „Jak to gdzie? W świat!”

Plan był prosty. W głębi jeziora Ontario stał zakotwiczony żaglowiec „Pogoria” pod dowództwem kapitana Zdzisława Pieńkawy. Pod osłona nocy mieli dotrzeć do niego, zamustrować, po czym wydostać się na szeroki ocean.

Podjechał samochodem pod awaryjne, przeciwpożarowe wyjście. Był już wieczór, pielęgniarki rozdzieliły lekarstwa, zrobiły wszystkie rutynowe badania. Wygaszono światła. Zabrał spod recepcji wózek inwalidzki, ułatwiający przewożenie chorych. Bezszelestnie przemknęli do towarowej windy i zjechali na dół. Matka była bardzo słaba, prawie zasypiała i zamykały się jej oczy. Przeniósł ją z wózka na przednie siedzenie samochodu i przykrył szczelnie kocem. Wózek złożył i wrzucił do bagażnika. Jechali powoli przez miasto, poruszające się o tej porze w zwolnionym rytmie, tak jakby miało zasnąć i więcej się nie obudzić. Matka chciała dojechać do parku nad jeziorem, przy Lakeshore Boulvard. Miał być tam ukryty na brzegu bączek, którym mieli dotrzeć do żaglowca. Dobrze znał wyznaczone miejsce. Był w nim pierwszego dnia, po wylądowaniu w Toronto. Kiedyś ze znajomymi palili tam ogniska i pili wino nad samą wodą. Długie fale jeziora Ontario uderzały o brzeg, przypominając polski Bałtyk. „Synku, gdzie jestem, co się ze mną dzieje?” wyszeptała matka, kiedy dojechali na miejsce i przeniósł ja ponownie na wózek. „Jesteś mamusiu bardzo chora” odpowiedział, by nie ujawnić całej prawdy. Zrozpaczony pchał wózek, nie w pełni nawet zdając sobie sprawę z absurdu przedsięwzięcia, inspirowanego halucynacjami i cierpieniem, którego nie mogła już ukoić najmniejsza nadzieja.

Dotarł nad jezioro, dostrzegając na kamienistym brzegu małego bączka z wiosłem w środku. Nie zastanawiał się, co robi. Wykonywał czynności prawie mechanicznie. Z czułością pochylał się nad ciałem matki, coraz bardziej wiotkim i nierzeczywistym. Przeniósł ją blisko dziobu i odepchnął łódkę w głąb jeziora. Twarz umierającej, dotąd skurczona w bolesnym grymasie, rozjaśniła się nagle i nabrała naprężonej gładkości, jakby dostąpiła szlachetności pieczołowicie cyzelowanych głów galionów, zdobiących siedemnastowieczne żaglowce.  Wydało mu się, że po raz pierwszy od wielu miesięcy mama nabrała pełna piersią powietrza, chłonąc zapach i wilgoć rozbijających się fal. Włożył wiosło do półotworu w pawęży i zaczął „śróbkować” Była to technika, której matka uczyła go kiedyś na obozach żeglarskich. Ona sama była mistrzem takiego wiosłowania. Kręciło się szybko ósemki, uważając, by wiosło nie wypadło z dulki. Łódka tak napędzana posuwała się szybko do przodu i łatwo można było nią sterować. Starał się nie rozglądać. Ucichły odgłosy uderzania fal o burtę. Miał wrażenie, że zanurzyli się w mrocznym, gładkim, jak czarny marmur nurcie i łódka przemyka się lekko i bezszelestnie. Matka cały czas spokojnie oddychała, leżąc bez ruchu na dziobie. Był odwrócony tyłem, skupiony na śróbkowaniu. Kiedy wypłynęli w głąb jeziora, odwrócił się. Na środku akwenu stał oświetlony żaglowiec. Na rejach dostrzegł marynarzy, gotowych do rozwinięcia żagli. Wszystko stało się oczywiste, choć nadal nie wiedział pomiędzy jakimi brzegami się porusza i czy naprawdę jest jeszcze po tej stronie.

Dopłynął do burty. Zobaczył nad sobą wychylone przez  reling twarze. Odwrócił się jeszcze raz. Dinghy była pusta.

.

Aleksander Rybczyński

.

Skowyt wilków

Screenshot 2015-05-26 00.18.53

dla Filipa i  Julii.

Byliśmy na krótkich wakacjach w Algonquin Park. Nad jeziorem Kearney. Na tym samym miejscu biwakowym, gdzie rozbiliśmy się przed pięcioma laty. Miejsce było to samo, numer 237, tylko my zmieniliśmy się. Filip wyrósł, ja trochę posiwiałem.

Wieczorem zjedliśmy szybko kolację, zamknęliśmy namiot i pojechaliśmy do leśnego amfiteatru. Po przygotowawczej prelekcji, uczestnicy mieli pojechać słuchać skowytu wilków. Nie wyobrażałem sobie, jak może to wyglądać. Kiedy zobaczyłem wypełniony po brzegi parking i tłumy ludzi, zacząłem zastanawiać się nad sensem podobnego spędu. Ale wszyscy zachowywali się  jak podczas wyprawy w głąb puszczy: cicho, ostrożnie i z szacunkiem dla Nieznanego.

Szybko nastał zmierzch i sznur około czterystu samochodów ruszył wzdłuż szosy na drugi koniec największego w Ontario rezerwatu przyrody. Dojechaliśmy na miejsce i kawalkada aut zawróciła, łamiąc się w połowie tak, by ludzie stali po obu stronach szosy. Wygaszono światła, ucichły rozmowy, nie było słychać trzaskania drzwi, ani nawet głosów dzieci. Nagle znaleśliśmy się w ciemności z nieprawdopodobnie rozgwiezdżonym niebem nad nami. Towarzystwo innych stało się niedostrzegalne; można było tylko czuć obecność najbliższych, drogich sercu.

W ciszy rozległo się zawodzenie prowadzącego eskapadę naturalisty, potem dołączyła do niego asystentka, imitując głosy stada. Zlokalizowana wcześniej w pobliżu sfora wilków miała zareagować na to wołanie i odpowiedzieć. Ale zewsząd powracała tylko cisza. Cisza z głębi puszczy i pulsująca światłami gwiazd cisza kosmosu. Przez krótką chwilę pojawił się na niebie przelatujący z zachodu na wschód pasażerski samolot. Trudno uwierzyć, jak głośny wydawał się jego lot.

Przepuszczono czekające na przejazd samochody i po kilku minutach próba nawiązania dialogu została powtórzona. I znowu rozległ się ludzki skowyt, najpierw pojedynczy, potem wzmocniony na dwa głosy. I znowu cisza, żadnego wołania, wycia, tylko cisza. Jedynie oddech stygnących silników. Wilków nie było. A może tylko zignorowały nieudolną imitację instynktownej tęsknoty?

Ktoś zapalił światła, ktoś włączył silnik, ludzie szybko zaczęli wsiadać do samochodów. Filip rozpłakał się, był niepocieszony, że wilki milczały, nie dały znaku, nie pozdrowiły nas.

Ja też byłem rozczarowany. Czego oczekiwaliśmy? Porozumienia z innymi istotami, skazanymi na podobny, bezwzględny los? Potwierdzenia, że nie jesteśmy sami w nieprzeniknionej dżungli życia? Przekonania, że można rozmawiać, posługując się zupełnie innymi kodami i sposobami rozpoznawania świata? Lista oczekiwań była długa, jak długa była kawalkada pielgrzymów.

W milczeniu wracaliśmy na pole biwakowe. Powoli rozjeżdżały się samochody przed nami, i te jadące z tyłu. Byliśmy niemal sami, rozświetlając szosę długimi światłami.

Prawie nie rozmawialiśmy, Filip z trudem powstrzymywał łzy. Zrozumiałem, że stojąc pośrodku szosy, z podniesioną głową, nasłuchując, był rzeczywiście na granicy dwóch światów. Trochę w świecie dziecięcych wyobrażeń, marzeń i naiwnych oczekiwań, a trochę już w świecie młodzieńczej transformacji, w przededniu podejmowania decyzji i ponoszenia odpowiedzialności.

Przed powrotem do namiotu umyliśmy zęby. Zaparkowałem i siedliśmy przy wygaszonym tej nocy ognisku. Spojrzałem raz jeszcze na smutną twarz syna i nie zastanawiając się powiedziałem:

– Jeżeli chcesz, możemy tam wrócić i spróbujemy sami.

Chwilę póśniej jechaliśmy opuszczoną już szosą, w okolice gdzie miało być stado wilków. Zatrzymałem się na poboczu, zgasiłem silnik i światła. Stanęliśmy w ciemności, otoczeni tajemnicą i głębią nad nami.

Pierwszy zaskowytał Filip. Dziecięcym głosem, z głębi dwunastoletnich płuc brzmiał wyjątkowo dojrzale. Jego skowyt był wysoki i donośny. Po chwili dołączyłem z całych sił i piersi. Byłem zaskoczony, jak łatwo mi to przyszło, bałem się bowiem, że nie uda mi się wydobyć z siebie żadnego dzwięku.

Wyliśmy na zmianę. W otchłań pomiędzy światełkami gwiazd. W nieprzeniknioną i mroczną ścianę lasu. Nasz głos rozchodził się daleko, pełen tęsknoty, nadziei i oczekiwania. Skowytałem, cały czas pamiętając, jak trudny rok miałem za sobą i jak wiele bólu pochłoną jeszcze nadchodzące lata. Wydawało się, że tracimy powoli wszystko: nadzieja odchodziła, najbliżsi umierali, życie kulało, ukrywając się w cieniu.

Ale w tej chwili nie byłem sam, stał obok mnie syn i z głębi istnienia nawoływał wilki, nawoływał Opatrzność, nawoływał Boga. Odpowiadała cisza, równie głęboka, jak donośne było nasze skowytanie.

Po kilku minutach zrezygnowaliśmy. Znowu jechaliśmy do obozowiska, rozświetlając reflektorami tylko skrawek świata, który próbowaliśmy zobaczyć, usłyszeć i poznać.

– Wiesz co, już mi nie jest smutno – powiedział Filip.

– Nie powinno Ci być, przynajmniej próbowaliśmy, próbowaliśmy z całych sił.

Następnego dnia siedziałem na brzegu jeziora, Filip kąpał się entuzjastycznie, wznosząc fontanny wody. Obok siedziało kilka kobiet. Rozmawiały.

– Pojechaliśmy wczoraj nasłuchiwać stada wilków. Ale pojechaliśmy na darmo. Dopiero w nocy, siedząc przy ognisku, usłyszeliśmy skowyt. Musiały jednak przyjść, odezwały się same, i były niedaleko…

Uśmiechnąłem się i zachowałem tajemnicę dla siebie.

Aleksander Rybczyński

„…choć przemknąłem przed Wami jak cień”

Screenshot 2015-04-17 22.05.17

Przypomnienie tekstu o Jacku Kaczmarskim, nigdy nie opublikowanego w druku, w jedenastą rocznicę jego śmierci – 10 kwietnia 2004 roku

W pięć lat po śmierci Jacka Kaczmarskiego słucham „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego”, tak jakby to było epitafium napisane przez autora dla samego siebie. Kaczmarski nie oszczędzał ani strun głosowych, ani serca. Wszystko po to, by dać świadectwo – czasom, sobie i prawdzie, która zawsze będzie równie trudna, niezależnie od epoki, w której przyjdzie jej poszukiwać.

Jacek Kaczmarski był nie tylko pieśniarzem, był także poetą, umiejącym w precyzyjny i erudycyjny sposób wypowiedzieć los każdego z nas – człowieka, ale także każdego z nas – Polaka. Był Poetą, ale równocześnie był kimś więcej. Bardem narodowym w okresie zniewolenia Poski – i w czasach, kiedy ojczyzna odzyskała niepodległość, obnażając swoje ubóstwo i przywary.

W patriotyźmie Kaczmarskiego nie było nigdy fałszywej nuty. Emigrował dwukrotnie, za każdym razem narażając się na krytykę. Po raz pierwszy opuścił nas solidarnych, by powracać na falach rozgłośni Radia Wolna Europa; po raz drugi – zdawało się na dobre – do Australii, by zbierać muszelki i nie brać osobiście udziału w procesie odbudowy wolnej Polski. W końcu powrócił na zawsze i był to powrót z obrazów Jacka Malczewskiego, gorzki, tragiczny, ramię w ramię z Thanatosem.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych przyjechał do Krakowa na festiwal piosenki studenckiej. Były to wówczas imprezy bardzo popularne, choć mało nagłaśniane w państwowych mediach, dzięki czemu pewnie pieśń Kaczmarskiego „Mury” została uwieńczona pierwszą nagrodą, stając się kamieniem milowym otwierającym szeroką i niezwykłą drogę jego kariery. Była to droga zupełnie nowa w polskim kanonie literackim i estradowym. Śpiewał całym sobą z pasją, głębią i bez kompromisu. Wypełnił wstydliwą lukę w polskiej tradycji; penetrował historię, studiował malarstwo, zaglądał pod dziejowy płaszcz, by odsłonić piękno i słabości polskiej duszy. Nie było to proste: zwykle artyści ubierają się w jaskrawe, komercyjne barwy, albo też odwracają od ojczyzny, znużeni otwieraniem jątrzących się ran.

W emigracyjnej wędrówce zginęły moje, słuchane wielokrotnie kasety z nagraniami Jacka Kaczmarskiego. Było ich mnóstwo, repertuar Poety nigdy się nie kończył, miał setki utworów, z których większość była prawdziwymi perłami. A jego niepokojące pytania o tożsamość narodową, wewnętrzną uczciwość i sens istnienia będą powracać zawsze: by było nam łatwiej trwać i odnajdywać źródło światła – z cienia.

Aleksander Rybczyński

Marek Baterowicz o „INSUREKCJI SMOLEŃSKIEJ”

Marsz Polonia

Trudno byłoby nadać lepszy tytuł nowej książce Aleksandra Rybczyńskiego ( Toronto-Kraków, 2014), poświęconej zamachowi smoleńskiemu. „Insurekcja smoleńska”  jest bowiem w opozycji do tych, którzy „nie zdobyli się na odwagę, by otworzyć trumny naszych poległych, a śledztwo oddali bez najmniejszegp sprzeciwu Rosji” ( str.119 ). Nazwałbym ich nawet sektą tchórzy i zdrajców w odwecie za arogancję obraźliwych insynuacji pod adresem tych wszystkich, którzy kwestionują raporty Anodiny i Millera. Są wśród nich nie tylko niezależni eksperci, ale i ludzie myślący logicznie i potrafiący odróżnić zwykły upadek samolotu od rozrzucenia szczątków na tak rozległym terenie, że tłumaczy to jedynie eksplozja na pokładzie. Opinie niezależnych ekspertów tylko potwierdzają ten oczywisty wniosek, chociaż lepiej jest, gdy wspierają go naukowe autorytety jak prof. W. Binienda, prof. K. Nowaczyk czy dr G.Szuladziński.

„Insurekcję smoleńską” poprzedził wstępem prof.Jan Tomkowski, historyk literatury PAN i autor wielu wspaniałych opracowań jak „Juliusz Słowacki i tradycja mistyki europejskiej” ( 1984), „Mistyczny świat…

View original post 1 454 słowa więcej

Fryderyk Chopin zajmuje miejsce przy oknie

Fryderyk Chopin zajmuje miejsce przy oknie

Dyliżans cicho turkocze na bruku Placu Zamkowego

Polska w rozpaczy zajmuje miejsce przy oknie

zapamiętując najdrobniejsze szczegóły

to ona została wygnana z rulonem

zapisanego papieru nutowego

etiuda rewolucyjna milknie

w skrzypieniu kół w dali

zamglonego gościńca

współpasażerowie

mają paszporty

z prawem do

jednorazowego

przekroczenia granicy

będą powracać tylko w snach

emigrantów – jedną nogą w kibitce

drugą w strzemieniu niepodległej pieśni

zabraliśmy ze sobą biało-czerwoną klawiaturę

i narzędzia cieśli wznoszących most ponad oceanem

wszyscy wysiedli jedynie zakurzony dyliżans wraca pusty

a najwierniejsze serce zwycięży zanurzone w szkatule z koniakiem

 

SONY DSC

 

Milczenie umarłych

 

SONY DSC

milczenie

kiedy chcemy mówić

milczenie

kiedy chcemy śpiewać

milczenie

kiedy chcemy krzyczeć

 

milczenie tych

których kochamy najbardziej

milczenie tych

za którymi pójdziemy

bez dyskusji

bez zastanowienia

 

milczenie duszy

milczenie serca

milczenie myśli

milczenie czaszek

 

milczenie tych

którzy są z nami

odą

etiudą

przesłaniem

 

milczenie tych

którzy trwają przy nas

zawieszonym gestem

kołysanką uściskiem

dłoni i powietrza

 

milczenie wobec radości

którą już nigdy nie będziemy

mogli się podzielić

 

milczenie wobec ciszy

która budzi nas

w środku nocy

 

fot. Aleksander Rybczyński