O autorze

Wojciech Wencel

Rzeczpospolita zbawiona

Może gdzieś tam, wysoko, czekają na nas dusze zmartwychwstałych miast i krain: Lwów, Drohobycz, karpackie polany?

Felieton z tygodnika „Gość Niedzielny” nr 2/2015

Valivade – osiedle polskich zesłańców, którzy na mocy układu Sikorski–Majski wydostali się z nieludzkiej ziemi i znaleźli schronienie w Indiach. Na fotografii z 1943 r. widać grupę kobiet i dziewcząt zgromadzonych wokół kościoła św. Andrzeja Boboli. Nad wejściem do świątyni pokaźny napis: „Boże, zbaw Polskę”. Nie „wybaw z niewoli”, nie „zwróć niepodległość”, nie „pomóż zwyciężyć”, ale właśnie „zbaw”.

Formuła pasująca do pojedynczego chrześcijanina, którego główną troską pozostaje życie wieczne, w odniesieniu do okupowanego państwa brzmi dość dziwnie. A przecież nie jest efemerydą wymyśloną przez kapłanów z Valivade. Ta sama fraza „Boże, zbaw Polskę” towarzyszyła naszym przodkom pod zaborami. Wypowiadano ją podczas patriotycznych manifestacji i wypisywano na sztandarach powstania styczniowego. Do dziś można ją znaleźć na pochodzących z XIX i początku XX w. medalach, monetach, zegarkach, obrączkach, broszkach, dewocjonaliach, pocztówkach czy ilustracjach zamieszczonych w emigracyjnych wydaniach poezji. Nie zapomnieli o tej modlitwie uczestnicy walk o niepodległość w latach 1914–1918, umieszczając ją na charakterystycznej odznace z orzełkiem. Po 1939 r. wróciła na żołnierskich ryngrafach, w mowach dowódców, kazaniach księży, listach emigrantów. Wreszcie po wprowadzeniu stanu wojennego odbiła się echem w podziemnej kulturze „Solidarności”.

W zagranicznych katalogach numizmatów legendarna formuła tłumaczona jest jako „God save Poland”, na wzór angielskiego „God save the King/ the Queen”. Z pewnością naszym przodkom zależało na tym, by Bóg chronił albo zachował Ojczyznę, ale w języku polskim pozostawili nieco inny trop znaczeniowy. „Boże, zbaw Polskę”, a więc daj jej zbawienie, podnieś ją z martwych do życia wiecznego. Realista będzie dowodził, że modlitwy okazały się nieskuteczne, bo po krótkim okresie niepodległości nastała era dwóch okupacji, których skutki odczuwamy do dzisiaj. Obecna Rzeczpospolita nie ma trwałości ani ducha swoich dwóch poprzedniczek. Jako państwo wisi na włosku, a mozolne próby nadania jej wielkości i odbudowania idei jagiellońskiej, są brutalnie przerywane, jak 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem.

Faktycznie, nie ma już dawnej Polski, co zgodnie poświadczają ci, którzy pamiętają jej ostatnie rozbłyski. Choć wielu urodzonych na Kresach Polaków odwiedza Wilno czy Lwów, a wojenni emigranci przyjeżdżają czasem do Warszawy, ich refleksja jest zawsze ta sama: – Miasto, które znałem, umarło. Bieleją jeszcze niektóre budynki, jak wysuszone kości, ale tętniący życiem organizm zniknął z powierzchni ziemi. Nawet w przyrodzie trudno się odnaleźć, zrekonstruować kosmos młodości.

Gdzie się podziała dawna, wielokulturowa, żyjąca w zgodzie z Bogiem i naturą Rzeczpospolita? Jej szczegółowy obraz znajdziemy w literaturze. Najdalszy skrawek Polski przedrozbiorowej, z Bobrujskiem i rozsianymi po lasach polskimi chutorami, trwa w „Nadberezyńcach” Floriana Czarnyszewicza, Kraków przełomu wieków w „Przylądku dobrej nadziei” i „Rubikonie” Zygmunta Nowakowskiego, Drohobycz i Borysław w „Atlantydzie” i „Ziemi księżycowej” Andrzeja Chciuka, międzywojenny Tarnów w „Książeczce” Jana Bielatowicza. Zawsze wierne miasto przegląda się w „Moim Lwowie” Józefa Wittlina, Stryj nad rzeką Stryj we wspomnieniach Kazimierza Wierzyńskiego, Wileńszczyzna w opowiadaniach Józefa Mackiewicza, Warszawa w poezji Jana Lechonia i Stanisława Balińskiego. Wreszcie Wołyń mieni się kolorami i zapachami w „Duszohubce” współczesnego strażnika kresowej pamięci, Feliksa Trusiewicza.

Na tym świecie nie ma powrotu do polskiej Atlantydy, chyba że w marzeniach. Słusznie pisał emigrant Chciuk o swoich ukochanych Karpatach Wschodnich, w których jako chłopak najsilniej odczuwał obecność Boga i które „jak hostię” niósł ze sobą we wspomnieniu po drogach wygnania: „Wszyscy wzdychamy: ach, żeby tam jeszcze raz pójść, żeby jeszcze raz tam być! Po co? Gdybym mógł jeszcze raz mieć dwadzieścia lat, gdyby tamte czasy wróciły i ożyły i wrócili wszyscy tamci ludzie w tej postaci, w jakiej ówcześnie byli – to tak! Ale że to niemożliwe, więc po co?”.

Czytam te książki, zachwycające gawędy o spełnionej polskiej misji, o współistnieniu Polaków, Żydów, Ukraińców, Litwinów. O świętach, szkołach, kamienicach, rzekach, sadach, targowiskach, potrawach, podróżach koleją, nawet o meczach piłkarskich. O życzliwości i uprzedzeniach, śmiechu i łzach, miłościach i zdradach. A w głowie kołacze mi się znajome skądinąd „Boże, zbaw Polskę”. Może Bóg wysłuchał tej modlitwy? Może gdzieś tam, wysoko, ponad kośćmi budynków i literaturą, czekają na nas dusze zmartwychwstałych miast i krain: Lwów, Drohobycz, karpackie polany? I nasze własne ukochane krajobrazy, w których przez chwilę, miesiąc, rok, udało nam się doświadczyć istoty polskiego życia, a więc funkcjonować bezinteresownie, w głębokiej jedności z Bogiem, historią i ludźmi, z porządkiem natury i losem Ojczyzny? Kto wie? Może ma rację współczesny poeta Aleksander Rybczyński, który swój wiersz o 96 poległych pielgrzymach do Katynia kończy przedziwnymi słowami: „wkraczają do nieba/ i wita ich Chrystus/ przejmuje stery i/ ofiarowuje im/ Polskę”?

SONY DSC

Marek Baterowicz

POLSKA  WYKLĘTA

Nowy tomik wierszy Aleksandra Rybczyńskiego – osiadłego w Toronto – „Polska wyklęta” ( Kraków, Arcana 2013) zasługuje na szczególną uwagę, albowiem adresowany jest do tych wszystkich, którzy jak Jan Paweł II Polskę ukochali głęboko, a zarazem ukochali szeroko pojęte człowieczeństwo, co podkreślają Jego słowa : „Mówię w imieniu wszystkich, których prawa gdziekolwiek na świecie są zapoznawane i gwałcone”. Te słowa Wojtyły tworzą motto do pierwszego utworu tomiku „Zwiastowanie”, utworu bardzo osobistego a zarazem usytuowanego w dniach papieskiej wizyty w Kraju w czerwcu 1979 roku. W tej retrospektywnej wizji brzmią jednak i wersy zrodzone z naszej obecnej wiedzy o tej ziemi, którą On kiedyś całował:

.
to ona tylko
nie mogła nadążyć
nie poszła za Nim
nie uniosła ciężaru
bezsilnej modlitwy…

.
Wielki z tych wersów wypływa tragizm, jeżeli i On – a niebawem ma być ogłoszony świętym – nie potrafił natychmiast wymodlić dobrego jutra dla Ojczyzny, uwikłanej w sieciach post-peerelowskich „rybaków” ( co są zaprzeczeniem apostołów ) i uderzonej zdradziecko w kwietniu 2010 wspólną intrygą służb. Mówi o tym następny utwór tomiku „Wszystko włączone”, który prosi wręcz o cytat, gdyż w dramatycznej a zwięzłej wizji ukazuje scenę zamachu:

.
mgła pełznie
do smoleńskiego lasu

po piętach
depczą jej
oddziały OMON
tyraliera specnazu
i kadeci szkoły oficerskiej

powoli otaczają
smoleński las

będą czekać
na polskiego Prezydenta

.

Tym samym wierszem rozpoczynał się wydany w ubiegłym roku w Toronto zbiorek Rybczyńskiego „Pozostało nam krzyczeć”, budząc podobne emocje. I choć od tamtego czasu przybyło nam analiz ekspertów i dowodów na zamach, już wtedy ludzie myślący logicznie i kierujący się rozpoznaniem motywów zbrodni, nie mieli wątpliwości co naprawdę kryje się za tzw. „katastrofą”, mataczoną w polskiej proluraturze i całkowicie sfałszowaną w raporcie MAK-u. W poruszającym wierszu „Ciało Polski” ( dedykowanym Przemysławowi Gosiewskiemu i ofiarom ) czytamy: „ciało Polski leży na moskiewskim stole prosektoryjnym”, a ten stan jakby utrwalił się i przeniósł w wymiar politycznej zależności. Rosjanie „pośpiesznie zaszywają zwłoki/ wrzucając do środka gumowe rękawice…” ( str.14). W następnym utworze jest też odbicie owego chaosu post mortem, wywołanego rosyjską pogardą dla ciał i trumien:

.
nasi polegli nie mają
łatwego życia po życiu
nie odpoczywają w pokoju
i świeci im wiekuisty błysk wybuchu

.
Rację ma Jerzy Gizella pisząc, że wiersze Aleksandra Rybczyńskiego wstrząsają, otwierają ledwie zabliźnione rany pamięci, zmuszają do rachunku sumienia ( chciałoby się dodać tu, że spory odłam społeczeństwa zagłuszył sumienie ). Ten tomik wierszy stanowi jeden z najbardziej osobistych głosów sprzeciwu i rozpaczy po 10 kwietnia 2010 roku, głos obrony dobrego imienia ofiar smoleńskiej tragedii, których ciała i cześć sponiewierano po śmierci, wyszydzono – kontynuuje Gizella. Ich cienie stanęły wśród cieni żołnierzy niezłomnych, oficerów rozstrzelanych przez NKWD, powstańców styczniowych i listopadowych. Po drugiej stronie rozerwanej wybuchem Polski są kaci, ich progenitura, cyniczne naigrawanie się z żałoby, obrzucanie epitetami tak nonsensownymi jak faszysta czy oszołom. Są to – jak trafnie konkluduje Gizella – wewnętrzni Moskale, agenci wpływu, ulubieńcy czerwonych mediów, bluźniercy i kłamcy tumaniący bezczelną propagandą. Ale cóż może dziwić w IIIRP spenetrowanej przez „czerwone dynastie” ? Analizę ich sieci wpływów znamy nie od wczoraj.
A jednak wierzę, że prawda o Smoleńsku zwycięży podobnie jak kiedyś prawda o Katyniu – co do tego nie ma wątpliwości, pomimo że dziś jeszcze „linię frontu wyznaczają/ betonowe bunkry kłamstwa” ( str.16). I nie da się ukryć, że po smoleńskiej hekatombie Polskę przejęli „targowiczanie” i polityczni złoczyńcy, a zatem:

.
pozostało nam krzyczeć
pod pałacem prezydenckim
jakby to była ambasada rosyjska ( str.19)

.
To nie przesada, albowiem grupa trzymająca władzę zadekretowała nam status „Polski wyklętej”, co może nieprzypadkowo łączy się z tytułem tomiku. O tym „wyklęciu” zdecydowało też „zwycięstwo kata nad ofiarą”(str.17), gdy „generał przeszedł do cywila/ zamienił zielony gorset munduru/ na garnitury od Giorgio Armaniego” ( str.29) ‘ W takim kraju nieznani sprawcy profanują pomnik Inki, a szczątki bohaterów z „łączki” ( str.33) nie pasują post-komunistycznym „elitom”, dla których ważniejsze są pomniki „wyzwolicieli”. Warto jednak przypomnieć, że polskość i nasza historia od wielu lat były wyszydzane przez obóz „Gazety Wyborczej”. A dzisiaj Ministerstwo Eutanazji Narodowej działa niczym grupa terrorystów od kultury i w tym zamachu na tradycję usuwa klasyków z programu szkół. I choćby dlatego musimy dzisiaj „krzyczeć po polsku”, aby kiedyś nie doszło do tego, jak sarkastycznie ostrzega nas Poeta, że przed telewizorem:

.
łamaną niemczyzną
będziemy załatwiać
rosyjskie interesy ( str.25)

.
Najnowszy tomik Rybczyńskiego wprowadza nowy ton w jego twórczości, w miejsce subtelnej liryki wtargnął krzyk duszy zranionej, zbyt wielki bowiem był wstrząs po smoleńskiej kaźni, a – jak pisał on sam – wszyscy byliśmy na pokładzie Tupolewa. Oczywiście ci wszyscy, którzy nie stawiają siebie poza kręgiem polskości. W tomiku dominują nuty smoleńskie, ale znajdziemy w nim też reminiscencje z Sierpnia 1980 i stanu wojennego, a także odniesienia do współczesności jak wiersz „Polska wyklęta” czy „Słownik poprawnej polszczyzny”, bo żyjemy w czasach, gdy fałszywi jęzokoznawcy:

.
patriotyzm nazywają faszyzmem
zabór pojednaniem
zbrodnię wypadkiem
odwagę szaleństwem
szczerość obłędem ( str.36)

.
Autor „Polski wyklętej” ma odwagę stanąć po stronie prawdy i wartości, które niestety nie mają znaczenia dla innych – delektujących się „czarną piana gazet” ( str.35) i godzących się na „odznaczanie zdrajców i stawianie pomników najeźdzcom / uginanie karków i powszechną hańbę milczenia” ( str.41). Najnowszy tomik Rybczyńskiego powinien trafić nie tylko pod strzechy, ale i do serc wolnych Polaków.

Marek Baterowicz

http://www.zrobtosam.com/PulsPol/Puls3/index.php?sekcja=15&arty_id=12940

Roman Misiewicz

Czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Polski ?

Aleksander Rybczyński, poeta, publicysta, bloger, laureat Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczównej z roku 1983, obecnie mieszkający w Toronto – wydał w krakowskich Arcanach tomik wierszy pt. „Polska Wyklęta”. Książkę przeczytałem kilkakrotnie. Za każdym razem z innymi odczuciami, coraz bardziej skłaniając się jednak ku temu, że tomik ten, jest przede wszystkim niezwykłym świadectwem naszych czasów.

Już wiersz który otwiera zbiór – >>Zwiastowanie<< – jest dla mnie niesamowity. Został on napisany w roku 1979. Jego niezwykłość wynika z prostej konfrontacji moich własnych odczuć z odczuciami autora. Otóż, kiedy ja, po wyborze papieża-Polaka gorąco wierzyłem, że oto nadchodzi „czas cudów”, że Polacy są najdoskonalszym z narodów, a dla naszego kraju nadszedł wreszcie świetlany okres i zaczynają się spełniać na moich oczach wszystkie przepowiednie mesjańskie – Aleksander Rybczyński pisał – patrząc jak Ojciec Święty wita się ze swą rodzinną ziemią : „tak mocno całuje ziemię tak leniwą / tak bardzo mocno całuje ziemię tak kapryśną”. Przypominam sobie, że ja w tym czasie byłem święcie przekonany, że wszystkie nieszczęścia jakie nas trapią, przychodzą do nas z zewnątrz. Natomiast Rybczyński widział to wówczas całkiem inaczej. Mocne i krzepiące słowa Jana Pawła, który przylatuje do Polski, aby na Placu Zwycięstwa wypowiedzieć niezwykłą prośbę do Ducha Świętego, wprawdzie „wypierają obumarłe komórki naszej wiary”, ale poeta, w odróżnieniu ode mnie, wie jednak już, że nie można z bezkrytyczną nadzieją patrzeć w przyszłość, bo przyszłość przed nami wcale nie jest ani taka pewna ani jasna. Pisze on – „daleka droga rozpisana na Twój donośny głos daleka droga do / naszego ucha zagłuszona złośliwym sumieniem”.

Kolejny wiersz, który mocno odcisnął się w mojej pamięci to – >>Kresy pamięci<<– podwójna, wzajemna spowiedź umierającej matki i siedzącego u jej boku – w szpitalnej sali – syna. Wspomnienia matki biegną ku szczęśliwym momentom ich wspólnego życia – przywołuje ona obrazy z dzieciństwa i wczesnej młodości dziecka. Myśli zaś patrzącego na jej agonię potomka, krążą wokół największego dramatu współczesnej historii. Mówi on – „zaraz otworzy się brzuch samolotu i skrzydła Polski runą w pustkę.” Patrząc na jej śmierć pragnie on odejść jako pierwszy. Nie chce widzieć tego, jak będzie cierpiała „z powszechnego kłamstwa / klęcząc na kresach pamięci”.

Innym przejmującym wierszem jest >>Ciało Polski<<, które „leży na moskiewskim stole prosektoryjnym” I chociaż – według Gazety Wyborczej – aż 70 % naszego społeczeństwa czuje się w obecnej sytuacji geopolitycznej bezpiecznie – to Rybczyński pozbawia nas złudzeń: „sekcja nie trwa długo / ciało prawie martwe / i nawet nie wierzga” – komentuje z bolesnym sarkazmem. Trudno się z tym nie zgodzić – bezbronni, oddani przez sojuszników w obszar wpływów Moskwy , w skorumpowanym, zdemoralizowanym i rozszabrowanym kraju – powoli przestajemy być państwem, stając się spopielonym przedpolem Europy. Możemy być co najwyżej obiektem kpin i pogardy świata, za to, że tak lekkomyślnie roztrwoniliśmy naszą wolność. Dlatego też rosyjscy patomorfolodzy mogą bez żadnych konsekwencji pozwolić sobie na pogardę – „pospiesznie zaszywają zwłoki / wrzucając do środka gumowe rękawice / kawałki kory drzew i zlodowaciałe płuca zesłania.” Według Rybczyńskiego bowiem trwa oto dziwna wojna – „na zdjęciach satelitarnych / nie widać żadnych ruchów wojsk / tylko po zamarłych gościńcach ciągną / konwoje zalutowanych trumien bohaterów” (Wojna).

Obrazy przedstawione przez poetę przybijają. Kiedy czytam ten tomik pytam sam siebie – czy jest dla nas jakaś nadzieja? Co mamy robić w tej sytuacji? Autor próbuje odpowiedzieć na te pytania: „ pozostało nam krzyczeć / pod pałacem prezydenckim / jakby to była ambasada rosyjska / … / jakby mur berliński nie został zburzony/…/ pozostało nam upominać się o prawdę / zdzierać z niej płachtę codziennej gazety” – woła. Po co ? Po to – odpowiada poeta – „by ci którzy przyjdą po nas „nie musieli żyć bez słowa / z gorzką świadomością / że zamknięto nam usta / i zagłuszono sumienia ”.

Aleksander Rybczyński, choć sam jest poetą nie wierzy współczesnym wierszopisom, którzy ” pakują walizki na kolejne literackie / sympozjum i festiwal ogni sztucznych”, którzy nie sprzymierzyli się z prawdą, ale z obozem władzy celebrycko-biznesowej, z tymi którzy „odznaczają poetów / natchnionych próżnią ”. Może więc właśnie dlatego, że w swej większości, współcześni artyści, podążając za własną egoistyczną korzyścią, zdradzili sprawy wspólne i nie są godni, aby być naszymi duchowymi przewodnikami – „powtarzamy pieśni poetów którzy wybrali wolność nad sławę” (Marsz Dąbrowski). Poetów z przeszłych pokoleń.

Roman Misiewicz

http://www.fronda.pl/blogi/dobre-nowiny/czy-jest-jeszcze-jakas-nadzieja-dla-polski,34512.html

Dariusz Jarosiński

Pozostało nam krzyczeć

Pierwsze wiersze o tragedii smoleńskiej powstały jeszcze 10 kwietnia 2010 roku. Pojawiły się na portalach internetowych – powielane krążyły w cyber przestrzeni niczym cienie poległych pod Smoleńskiem.   Nie po raz pierwszy w polskiej historii poezja stała się „instytucją narodową”, do której odwołujemy się w obliczu dramatu – i ci piszący, tworzący tę poezję, i ci czytający, przeżywający ją.

Pominąwszy, póki co, ocenę wartości literackich, artystycznych, poezja ta, nazwana już poezją smoleńską, stanowi  niezwykle cenny materiał, świadczący o kondycji moralnej, psychicznej Polaków – bo zawsze wiersz pozostanie wydobytą z najgłębszego dna duszy intymną, osobistą formą ekspresji emocji, zwierciadłem wartości.

Najbardziej wyrazistym wierszem smoleńskim jest wiersz Jarosława Marka Rymkiewicza „Do Jarosława Kaczyńskiego”  – wiersz między innymi bijący w „łajdaków”, którzy chcą „cywilizować” Polskę, „bo z tymi moherami to się żyć nie daje”. Słowa: „To, co nas podzieliło – to się już nie sklei” pozostaną zapewne na wiele lat gorzką diagnozą naszej sytuacji  politycznej. Długa jest lista poetów, którzy dali świadectwo wspólnocie losu polskiego po tragedii smoleńskiej. Powstały m.in. wiersze Krzysztofa Koehlera, Leszka Długosza, Romana Misiewicza, Jacek Trznadla, czy najbardziej wyróżniające się z tej plejady, wiersze Wojciecha Wencla zebrane w tom „De profundis” (Nagroda Literacka im. Józefa Mackiewicza za rok 2011). Wojciech Wencel stworzył w tym tomie niezwykłą panoramę polskich losów – powstańców, żołnierzy wyklętych.

Otrzymałem niedawno przesyłkę z Toronto od Aleksandra Rybczyńskiego, poety, historyka sztuki. Jest to  bibliofilsko wydany tomik wierszy zatytułowany „Pozostało nam krzyczeć”. Nosi numer 19., a ukazało się 50 egzemplarzy. Czytelnikom „Arcanów” na pewno zapadł głęboko w pamięci jego wiersz „Prezydent Lech Kaczyński wkracza do nieba”. Moim zdaniem jest to jeden z najbardziej poruszających utworów poetyckich w polskiej literaturze.

Krakowski niegdyś poeta, debiutujący w latach 70., od  ponad dwudziestu lat mieszka w Kanadzie w Toronto.  W roku 1982 krakowskie „Wydawnictwo Literackie” wydało mu, o dziwo,  zbiór wierszy „Jeszcze żyjemy”. Stało się to zapewne z cenzorskiego niedopatrzenia, bo tomik złożony został w roku 1981. W wierszach są zarejestrowane  doświadczenia końca lat 70., jak też karnawału „Solidarności” z lat 1980 – 1981. Przytoczę fragment wiersza „Zwiastowanie”, będącego poetycką relacją pielgrzymki Ojca Świętego, Jana Pawła II do Ojczyzny w 1979 roku.

Zwiastowanie

tak mocno całuje ziemię tak leniwą
tak bardzo mocno całuje ziemię tak kapryśną
to ona tylko
nie mogła nadążyć nie poszła za Nim
nie uniosła ciężaru
bezsilnej modlitwy
Ojcze nasz któryś jest z nami
błogosław nadzieję która wyparła
z naszych oczu
starczy cień

mam dwadzieścia cztery lata dyplom języka obcego tak bardzo
w kieszeni głowę na drewnianym karku tak wrażliwą na środki
uśmierzania przekazu tak boli mnie szyja i chciałbym odwrócić
oko kamery od tej ściany odrapanej od tych twarzy wybranych
od tej zamazanej przestrzeni pokażcie to co widać tak dobrze
z głębi zamglonej historii każdy obraz wybrany przez słońce

Wiersz poeta zadedykował swojej Mamie, a powstał w czerwcu 1979 roku, po mszy świętej na krakowskich Błoniach. Aleksander Rybczyński  był wówczas jednym z porządkowych studentów kurii biskupiej. Niedawno napisał w felietonie wspominając to wielkie duchowe przeżycie osobiste i polskiego narodu: „Fachowcy z telewizji sprawnie montowali obrazy, tak by nie było widać młodzieży i ludzi młodych. Stwarzano wrażenie, że na papieskie msze przychodzą głównie księża, zakonnice i starcy. W rezultacie, by na bieżąco brać udział w nauczaniu Karola Wojtyły, należało nasłuchiwać zagłuszanych audycji Radia Wolna Europa z Monachium.”  Fachowców telewizyjnych nie zabrakło i w III RP, znacznie bardziej rozbudowali swój arsenał socjotechnicznych oszustw.  Na zamówienie biura propagandy montowane są obrazy przy okazji pokazywania  Marszu Niepodległości 11 listopada 2011 roku, manipuluje się obrazami ludzi przeżywających żałobę na Krakowskim Przedmieściu , nie pokazuje się radosnego święta niepodległości Węgrów, w którym uczestniczą Polacy, członkowie Klubów Gazety Polskiej. W związku z istnieniem Internetu, obywatelskiego dziennikarstwa, manipulacja stała się bardziej wyrafinowana.

Kiedy Aleksander Rybczyński wybiera emigrację, osiedla się w Toronto, jeszcze tutaj tworzą poeci, pisarze ze starej emigracji, m.in. Florian Śmieja, Wacław Iwaniuk. Jest wielu pisarzy nowej, solidarnościowej emigracji. Poeta dosyć szybko znajduje pole do twórczego działania. W roku 1993 zaczyna redagować „List Oceaniczny” (dodatek literacki ukazującej się w Toronto „Gazety”). „List Oceaniczny” staje się w krótkim czasie znakomitym pismem literackim, w którym publikują twórcy z kraju i z emigracji.  W roku 2000 kończy się niestety przygoda Aleksandra Rybczyńskiego z „Listem Oceanicznym”, przychodzą nowe wiatry,  a Toronto, choć bogate w pisarzy polskich, i to świetnych, zostaje pozbawione ważnego, kulturotwórczego pisma.

Ale sięgnijmy do tomiku Aleksandra Rybczyńskiego „Pozostało nam krzyczeć”. To ledwie siedem wierszy, powiedziałby ktoś. Ale jakich wierszy – ileż dostarczają nam one przeżyć, wzruszeń. „De profundis” Wojciecha Wencla to też „tylko” kilkanaście wierszy. Tomik otwiera wiersz „Wszystko włączone”. Wiersz jest krótki, więc przytoczmy go w całości.

Wszystko włączone

mgła pełznie ponad

kwietniowym brzaskiem

po piętach

depczą jej

oddziały OMON

i tyraliera specnazu

powoli otaczają

smoleński las

będą czekać

na polskiego Prezydenta

To poetycka wizja zbliżania się katastrofy. Poeta tworzy atmosferę grozy, przygotowań specjalnych wojsk rosyjskich do lądowania polskiego prezydenta. Nie ma tu mowy o zbrodni, zamachu, choć słowa „wszystko włączone” każą wątpić w pokojowe nastawienie oddziałów OMON i specnazu. Pewnie zaraz rzucą się do pióra Poety (by nie powiedzieć: do gardła) czujni tropiciele nieprawomyślnych słów, gestów, zachowań „ludu smoleńskiego”. Któremu odmawia się mieć inne zdanie aniżeli to, które wypowie rząd i usłużni mu propagandyści.

I wiersz „Prezydent Lech Kaczyński wkracza do nieba”. Pozwolę sobie na dłuższy fragment tej znakomitej poezji. Notabene, wiersz ten publikowaliśmy w „Debacie”.

Prezydent Lech Kaczyński wkracza do nieba

doborowym dowodził oddziałem i wszyscy idą wyprostowani
niebieską aleją jakby manewr „odchodzimy” powiódł się
i nie było wybuchu który miał zmienić ciało Polski w proch
a ich rozszarpać na kawałki by nie było ani śladu ani nadziei
tak chciano ich ośmieszyć i każdą kroplę krwi zamienić
w kroplę farby drukarskiej niosącej kłamstwo za kłamstwem
tak chciano ich ośmieszyć z każdej nitki ich mundurów
snuć odwieczną szatę zdrady narzucać ją na usłużne plecy

lecz statek ich powietrzny rzucony na złom na deszcz na rdzę
w Feniksa się zamienił by w górę serca unosić niepokorne
a Oni wkraczają teraz do nieba: dwaj Prezydenci generał
Błasik Anna Solidarność Janusz Kurtyka kapitan Protasiuk
admirał Karweta i pozostali zrównani w szarży bohaterstwem śmierci
wniebowzięci w blaski ideałów bo tylko wiara w nie czyni cuda
gotowi przyklęknąć i pochylić głowy przed potęgą ofiary najwyższej
odznaczonej dziurą w nagiej oblepionej katyńską ziemią czaszce

witają ich w milczeniu odziały powstańców
podchorążowie Wysockiego zwycięska kawaleria
polegli w potyczkach i dobici bagnetami
kto służył ojczyźnie odnajdzie ją w niebie
nie widzą już smoleńskiej mgły
ani plugawego spektaklu umywania rąk
odznaczania zdrajców i stawiania pomników najeźdźcom
uginania karków i powszechnej hańby milczenia

To najbardziej poruszający wiersz, jaki powstał ostatnimi laty. Wiersz – elegia, tren. Gdyby doszukiwać się powinowactwa w polskiej  literaturze: jest i Norwid ze swoim opłakiwaniem walecznych wodzów, jest i Herbert -„wszyscy idą wyprostowani”. Powstanie listopadowe, zbrodnia katyńska, katastrofa smoleńska  – nieprzypadkowy ciąg  zdarzeń historycznych. To wiecznie zagrażający polskiej państwowości, niepodległości Moskal, którego imperialnej polityce przeciwstawił się Prezydent Lech Kaczyński.  Ileż emocji, potężnego ładunku patriotyzmu, potępienia zdrajców niosą w sobie te strofy. I co ważne – to wiersz optymistyczny, chrześcijański „kto służył ojczyźnie odnajdzie ją w niebie”. Wiara, że śmierć nie pójdzie na marne, że połączone siły patriotów w niebie przyniosą nam na ziemi prawdziwą wolność i niepodległość. Aleksander Rybczyński nawiązuje do wydarzeń politycznych, których nie sposób nie łączyć z tragedią smoleńską: wyszydzania, drwienia z prezydenta Lecha Kaczyńskiego,  stawiania pomnika bolszewikom w Ossowie poległym w roku 1920 na zlecenie Bronisława Komorowskiego.

Wiersz tytułowy, czyli „Pozostało nam krzyczeć”, zadedykował poeta uczestnikom demonstracji 6 grudnia 2010 r. – chodzi o demonstrację, która odbyła się w Toronto.

pozostało nam krzyczeć

pod pałacem prezydenckim

jakby to była ambasada rosyjska

pozostało nam wołać o wolność i niepodległość

jakby wszystko trzeba zaczynać od nowa

jakby mur berliński nie został zburzony

jakbyśmy nie brali udziału w wyborach

nie mieli paszportów na cały świat

Aleksander Rybczyński nawiązuje w swoich wierszach do kanonu kultury europejskiej, do najlepszej tradycji polskiej poezji. Kanonem tej kultury są  wartości –  bez wartości nie ma żadnej kultury. Bo w istocie spór tych dwóch postaw, nazwijmy to  „smoleńskiej” i „antysmoleńskiej”, urósł do rangi starcia świata wartości i antywartości. Nie można rozstrzygać tego sporu li tylko na polu polityki, jakby chcieli niektórzy publicyści, bo jest to spór o imponderabilia; o to czy Rzeczpospolitą mamy budować według porządku moralnego, czy na kłamstwie i zdradzie. Rybczyńskiego głęboko boli sposób wyjaśniania przyczyn katastrofy, boli też lekceważenie przez rząd ludzi  chcących poznać prawdę o tej tragedii. Do wierszy Aleksandra Rybczyńskiego dołączona jest płyta DVD z  recytacją wierszy przez autora, muzyką m.in. Henryka Mikołaja Góreckiego, Gabriela Faure, Michała Lorenca, Jana Kantego Pawluśkiewicza. Są obrazy z manifestacji w Toronto, zdjęcia ze stanu wojennego (autorstwa Jerzego Bartonezza), a także amatorski film nakręcony wkrótce po katastrofie, kiedy jeszcze wrak samolotu płonął.

Czy rzeczywiście pozostało nam krzyczeć? Coraz częściej wydaje się, że tak. Polski rząd, który oddał śledztwo smoleńskie Rosjanom, Putinowi, pozostaje w roli petenta.

Na koniec jeszcze oddam głos Poecie, jest to jego „wyznanie wiary”, które zapisał na swojej stronie internetowej: „Wiersze piszę już trzydzieści lat. Od tego czasu poezja stała się najważniejszą częścią mojego życia; nie sposobem robienia kariery, ale niezmienną potrzebą otwierania przestrzeni i poszukiwania prawdy. Nie był to tylko odwrót od wszechobecnego kłamstwa i fałszu, lecz także próba odnalezienia sensu i potwierdzenia wartości, które wydawały się niezmienne i nieskończone”.

Dariusz Jarosiński

Aleksander Rybczyński, Pozostało nam krzyczeć, Oficyna FJ, Toronto 2012

Tekst ukazał się w olsztyńskiej „Debacie”

JAK NIE ZAPOMNIEĆ O POLSKIEJ KRWI

Stanisław Srokowski

Żyjemy dzisiaj szybko, gorączkowo, w napięciach i nerwach, w psychicznych skurczach i rozkurczach, jakbyśmy chcieli prześcignąć swój czas.   Jakiś nieuświadomiony, potężny i ciemny  strach nas goni. Tylko poeci unoszą do góry rękę i wzywają do opamiętania: przystańmy na chwilę, zastanówmy się nad sensem naszego życia i sprawdźmy, co jest ważne i wielkie, a co miałkie, puste i głupie. Znajdźmy miarę naszych dni.  Tylko poeci przenoszą nasz czas przez epoki. Czas lęków, przerażeń, bólu i krwi. Minęła druga rocznica tragedii smoleńskiej. Ten dramat przedostał się już do strof poetyckich, metafor i symboli języka. Jedynie  w ten sposób zachowa się w pamięci i zbiorowej wyobraźni przyszłych pokoleń. To, co było tragedią, przez sztukę zacznie przemieniać nasze dusze, przeobrażać umysły, przekształcać życie. Zło poprzez sztukę przemienia się w dobro. Niewinna, tragicznie przelana polska krew zacznie mówić poprzez poetycką pieśń do naszych synów, wnuków i prawnuków. Oni odczytają głębszy wymiar tego narodowego dramatu z ust poezji, z jej szeptów, gestów i min.  Poezja nadaje wyrazistsze  znaczenie naszym dniom, uzmysławia, że należymy do jednej, wielkiej rodziny ludzkiej, która zmaga się z własną hipokryzją, cynizmem i zbrodnią.  By ją pojąć, musimy wejść w świat kultury. A poezja jest  najbardziej subtelną formą kultury. Dlatego jej najczulsi i najbardziej sumienni twórcy natychmiast zapisują swoje doświadczenia, nie pozwalają, by to, co nas  boli, odeszło w zapomnienie. Dlatego Kochanowski pisał pieśń o spustoszeniu Podola, Mickiewicz o powstaniu listopadowym, a  lwowski twórca Hemar o Katyniu, mówiąc„ Tej nocy zgładzono Wolność/ W katyńskim lesie../ Zdradzieckim strzałem w czaszkę/ Pokwitowano Wrzesień”… Pamięć nie dała się oszukać, zniszczyć, ani zgładzić. Poezja niesie dalej wieść  o zbrodniach, przenosi ją ponad epoki.  Wojciech Wencel  też pisze o Katyniu, a we wstrząsającym trenie „In hora mortis” o katastrofie smoleńskiej:    „Jeszcze Polska nie zginęła póki my giniemy/póki nasi starsi bracia wędrują do ziemi”… Przedostaje się przez granice inny ważny, mocny i mądry głos polskiego poety z Kanady, Aleksandra Rybczyńskiego, który w bardzo osobistym tomiku  „Pozostało nam tylko krzyczeć”,  wyznaje:  „ Prezydent Lech Kaczyński wkracza do nieba/doborowym dowodził oddziałem i wszyscy idą wyprostowani/niebieską aleją jakby manewr „odchodzimy” powiódł się/ i nie było wybuchu który miał zmienić  ciało Polski w proch”… I dalej:  …”witają ich w milczeniu oddziały powstańców/podchorążowie Wysockiego zwycięska kawaleria/polegli w potyczkach i dobici bagnetami/ kto służył ojczyźnie odnajdzie ją w niebie”.  Siłą tej  poezji jest jej ekspresja, sugestywne obrazy. Fakty przetwarza Rybczyński w uniwersalne metafory, które można będzie przetłumaczyć na  języki obce. W ten sposób to, co rdzennie polskie, stanie się własnością świata. Jeśli w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku wiedzą ludzie coś o Polsce, to dzięki naszej heroicznej postawie zawartej w sztuce, poezji, powieściach, filmie, muzyce, malarstwie, a nie w polskiej gospodarce.  Rzeczywistość zaklęta w metafory jednoczy pamięć i wyobraźnię społeczności międzynarodowej.  Dlatego jest tak ważne, czym się zajmują poeci, błahymi sprawami, czy też wielkimi polskimi i ludzkimi problemami. Rybczyński zmaga się z ciężarami historii, ale też podnosi wysoko sztandar współczesnej  polskiej rzeczywistości.  W poruszającym wierszu „Polska wyklęta”  z gorzką ironią wyraża to, co czują miliony  Rodaków na świecie: „znowu nazywają nas faszystami…/ponieważ uparcie wracamy do lasu/i utracone sny przykładamy/do kolby niepodległości”. Kanadyjsko-polski  poeta woła czystym i przekonującym głosem:  „pozostało nam krzyczeć/pod pałacem prezydenckim/jakby to była ambasada rosyjska/ pozostało nam wołać o wolność i niepodległość/jakby wszystko trzeba zaczynać od nowa. W ten sposób wyraża nasz gniew, przerażenie  i bunt.

http://www.srokowski.art.pl  

( pierwodruk „Gazeta  Warszawska”, 6 kwietnia 2012)

Jacek Łukasiewicz

Aleksander Rybczyński: Kaligrafia w ciemności. Oficyna FJ. Toronto-Poznań 2009.; s. 52, 6 nlb.

Warto przeczytać tę pięknie wydaną książkę.  Aleksander Rybczyński, mieszkający w Toronto polski poeta średniego pokolenia, przez lata wydawca ciekawego prywatnego pisma „List Oceaniczny”, jako poeta odzywający się rzadko, ale zawsze interesująco, pozostający  poza poetycka giełdą – wydał  tom świadczący o wciąż  wzrastającej randze jego wierszy. Jest w – tym tomie pewność ręki, a także siła wzruszenia. Poetycka kaligrafia wzmacnia tę siłę ujmując ją w karby.  Forma przylega do uczuć, nie niszczy ich, ale je uwyraźnia. Szczególnie to widać w dwóch świetnych wierszach zrobionych na zasadzie carmina figurata.  Żałobny wiersz Mama ma kształt ostrza  skierowanego  p o z a.   W wierszu Tyle tytuł został obudowany ze wszystkich stron sekwencjami wyliczeń okaleczonych wartości („snu bez wytchnienia… miłości bez serca…, lat bez historii…). Forma graficzna z wyraźnym centrum dobitnie przeciwstawia się temu katalogowi braków.

Ale ów dystans, zmienny a prawie zawsze właściwy,  znać też w powściągliwości intonacji  krótkich wierszy, w  wyrazistości motywu, rysunku połączonego z rytmem własnej frazy: „świt słońce suche liście / niesione wiatrem / ponad nagie / gałęzie” (Na kolanach). Nie jest to jednak w wierszach Rybczyńskiego kontemplacja izolowanego szczegółu (jak w poetykach Dalekiego Wschodu), lecz ów szczegół wpleciony zostaje w akcję; ściśle z nią związany, staje się obrazową kodą dramatu uczuć i myśli. To poezja dojrzała, poruszająca. Lektura tej książki, co rzadko się zdarza, w pełni uwiarygodnia zdania z okładki: „Wiersze piszę już trzydzieści lat. Od tego czasu poezja stała się najważniejszą częścią mojego życia; nie sposobem robienia kariery, ale niezmienną potrzebą otwierania przestrzeni i poszukiwania prawdy”.

(opublikowane w „Odrze”)

Krzysztof Lisowski

Nowa książka Kanadyjczyka z Krakowa

Aleksander Rybczyński, poeta, historyk sztuki, dziennikarz, animator życia kulturalnego torontońskiej Polonii, pod koniec ubiegłego roku spotkał się ze swoimi czytelnikami i przyjaciółmi w Księgarni Hiszpańskiej w Krakowie, gdzie prezentował wiersze z najnowszej książki Kaligrafia w ciemności.

Przypomnijmy parę faktów z niecodziennej biografii artysty: ukończył historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zajmuje się – obok pisania poezji – krytyką artystyczną i pracą dziennikarską, od 1993 roku redagował interesujący periodyk „List Oceaniczny”, na którego łamach spotykali się twórcy krajowi i pisarze emigracyjni. Debiutował w Wydawnictwie Literackim tomem Jeszcze żyjemy (Kraków, 1982), do dziś opublikował sporo zbiorów liryki (w tym wiele książek wysmakowanych graficznie i typograficznie, w niewielkich nakładach). Kaligrafia w ciemności jest jedenastą książka w dorobku tego autora – także żeglarza i zdolnego fotografika.

Książka to niezwykłej piękności, dramatyczna i przejmująca, bo poświęcona przede wszystkim zmarłej w połowie 2007 roku matce poety, związanej także przez wiele lat z Krakowem Annie Wojdyło-Rybczyńskiej, znanej żeglarce, autorce książek, międzynarodowemu sędziemu regatowemu, instruktorowi żeglarstwa i członkowi Komisji Historycznej PZŻ:

kiedy umarła

wyglądała jak Nike

albo galion na dziobie statku

podniesiona głowa i rozchylone usta

jakby wdychała przestrzeń i chłonęła pył oceanu

zwycięstwo nad śmiercią było tak oczywiste /…/

(Mama)

Tom Rybczyńskiego jest niewątpliwie zbiorem „rozliczeniowym”, wspomnieniowym, epitafijnym, rodzajem trenu po Matce, ale i utrwaleniem w przestrzeni słowa zmarłych przyjaciół, bliskich, widoków i krajobrazów minionego życia.

„Odłożyłem pióro/ można dać świadectwo/ tylko cząstce cierpienia” – konstatuje poeta, można być bliskim, naocznym, codziennym świadkiem czyjegoś odchodzenia, ale i tak nie pojmie się do końca istoty człowieczej „osobności”. Trauma tej osobliwej sytuacji sprzyja jednak snuciu refleksji o sobie, dotychczasowych poczynaniach, ziemskich przygodach i uwikłaniach w los, kiedy artystę, niestrudzonego w marszu przez morza i kontynenty, przez sezony miłości i śmierci uwodzi nieustannie „nieskończona obietnica horyzontu”.

Gdyby dokonać opisania charakterystycznych tonów tej odrębnej, pięknej dykcji należałoby powiedzieć, że jest to wysoce liryczna opowieść o ciągłej wędrówce, osobności i wielu odmianach samotności; poezja gorzkiego często doświadczenia, klarowna i prosta w stylistyce wyznania, opowiadająca ściszonym głosem także o wielu stopniach „dorastania” do życia, samowiedzy:

objechałem pół świata

lecz dzisiaj przyszedł dzień powrotu

i nie ma miejsca gdzie mógłbym zawitać

w pokutnym worku schodzonych butach porwanych marzeniach /…/

(24 września)

Przypomnijmy autoprezentację zapisaną na tyle okładki zbioru:

„Wiersze piszę już trzydzieści lat. Od tego czasu poezja stała się najważniejszą częścią mojego życia; nie sposobem robienia kariery, ale niezmienną potrzebą otwierania przestrzeni i poszukiwania prawdy. Nie był to tylko odwrót od wszechobecnego kłamstwa i fałszu, lecz także próba odnalezienia sensu i potwierdzenia wartości, które wydawały się niezmienne i nieskończone:.

Pamiętajmy o Rybczyńskim i jego książkach. To ważny i mało znany jeszcze poeta, który ma nam wiele istotnego – także o naszym życiu – do powiedzenia!

Aleksander Rybczyński:

Kaligrafia w ciemności, Oficyna FJ, Toronto-Poznań 2009.

SONY DSC

Dariusz Muszer

Zaklinacz stron świata

Aleksander Rybczyński (rocznik 1955) odbiera swój pobyt w Kanadzie klasycznie – jako tułaczkę. Nie wybrał tego, co ma – los nim pokierował. Jeśli los, to dlaczego tak boli? W przypadku tego autora jestem skłonny zgodzić się z istnieniem (literackiego) przeznaczenia: co by człowiek nie pisał, i tak nie uniknie wyroków losu. Kto mówi o wyborze? / Los, oto wszystko. („List do Leszka Aleksandra Moczulskiego”) Doświadczenie, jakiemu został poddany, okazało się zapalne. Jego najnowszy zbiorek jest kolejną wielką pieśnią na temat latania nad Atlantykiem, powracania i zostawania. Autor przemieszcza się w „Świtłoczułości” ze wschodu na zachód / z zachodu na wschód – w „Niebo, rzeka, ocean” kierunki zostają powtórzone, dochodzi jeszcze ruch z północy na południe. Podobne powtórzenia odnajduję w innych wierszach, np. „Bliskość” kończy się słowami: jedyna rozłąka / to brak czułości, które są jednocześnie początkiem „Znaku” (zapisane tym razem w jednym wersie). Zabieg ten nieśmiało kojarzy mi się z zaklinaniem, z czarowaniem. Te wiersze to listy oceaniczne, to uprawianie poezji w tym sensie, w jakim rozumiał to Blaise Cendrars. A jeśli już padają nazwiska, to warto wspomnieć o innym nieśmiałym tropie. Czytam utwory A. Rybczyńskiego od lat i ciągle towarzyszy mi przy tym myśl o Robercie Bly i innych poetach skupionych wokół „Deep Imagism” – „Głębokiego imagizmu”. Wzruszenie u A. Rybczyńskiego jest zawsze szczere i subtelne, nigdy nie wydumane. Obrazy, jakie przywołuje, są rzeczywiste i wiarygodne, proste i prawdziwe. Jego poezja powstaje z okruchów rzeczywistości, obok których inni przechodzą mimo. Używa niewyrafinowane, ale treściwe, głębokie metafory; nie oszałamia i nie omamia czytelnika wspaniałymi wodospadami, tylko pokazuje mu leniwie płynącą wodę i zachęca go, aby się jej przypatrzył. Istota rzeczy leży nie w tym, co powabne, tylko w tym co zwyczajne. Zwyczajność zauważona staje się magią. „Jesteśmy wszyscy uśpieni w zewnętrznym człowieku”, napisał kiedyś Jakub Boehme. Autor „Naprzeciw Atlantyku” (1986) kontempluje swój czas na Ziemi, starając się odnaleźć w sobie wewnętrznego człowieka. Szuka więc tego, co uniwersalne, co nas, ludzi, łączy, a nie dzieli, i stara się przemienić to w wiersz, dzieło sztuki. Próbuje nazwać nienazwane. Przyznaję, że w połowie mu się to udaje. A to już bardzo dużo. Przyznaję również, że nie tyle wiersz jako taki mnie interesuje, co moment przemienienia, chwila transformacji. Nawet najbardziej celna metafora jest bladym odbiciem olśnienia.

Autor „Znaków na niebie” znajduje się w stolicy prowincji Ontario, a chciałby być gdzieś indziej. Jednocześnie próbuje sam siebie przekonać, że właściwie jest mu dobrze: powrócić by stracić / jeszcze więcej („Sen o powrocie”). Nie dowiaduję się, dokąd chciałby powrócić – mogę tylko niejasno domyślać się, że chodzi o jakieś nieokreślone miejsce w Polsce. Mężczyzna z wierszy A. Rybczyńskiego jest istotą osiadłą, którą los zmusił do wędrówki, a ta jest mu nie bardzo w smak. Przemieszcza się, a chciałby gdzieś zakorzenić się, a nawet osiąść na stałe. Osiąść jednak nie może, gdyż nie ma dla niego miejsca. Gdyby w końcu udało mu się osiąść, z pewnością tęskniłby za podróżą. I tu kłania nam się Bruce Chatwin, nomada, tułacz z wyboru, którego życie było jednym z najdłuższych i najpiękniejszych listów oceanicznych, jaki dotarł do współczesnego czytelnika.

Redaktor „Listu oceanicznego”, dodatku „Gazety” ukazującej się w Toronto, zdradza często objawy choroby, którą nazwałbym białą melancholią – coś na kształt poetyckiej choroby alkoholowej wędrowców. Można ją zagłuszyć, ale nie można jej nigdy wyleczyć. Zagłusza się ją np. pisząc wiersze. W ten sposób zaraża się czytelnika. Melancholia to jedna z nielicznych chorób roznoszona za pomocą słów, tych wypowiedzianych i tych zapisanych. Przekładam przyszłość / z kąta w kąt // to co najważniejsze / nie powtórzy się nigdy – wyznaje w „Starych papierach”. Jakoś się żyje i pewnie już nigdy lepiej nie będzie / lato wkrótce powróci i nie zagrzeje tu miejsca / nie liczę już dni / bo nie ma lekarstwa / i czas niczego nie goi („List do przyjaciela”). W zakończeniu wiersza „Allen’s” znajduję nagle panaceum na białą melancholię: opierając się o powietrze / unikamy końca świata. Wiem jednak dobrze, że poezja, tak samo jak medycyna, nie zna panaceów.

A. Rybczyński – zajmujący się obok twórczości poetyckiej krytyką artystyczną, reportażem, publicystyką telewizyjną i dziennikarstwem – ma przemożną słabość do plastyków, i to nie tylko z racji wykształcenia (jest absolwentem historii sztuki na Uniwersytecie Jagielońskim). Plastycy zawsze towarzyszą jego wierszom. Z tego, co pamiętam, Jacek Jędo poprzekreślał „Przejście dla pieszych” (Poznań, 1986), Seweryn Reszka i Leszek Wyczółkowski rozkwadratowali „Zmiany czasu” (Toronto, 1993), Lucjan Kowalewski upiórczył „Zmiany miejsca” (Katowice, 1993), Kazimierz Głaz pokrzyżował „Znaki na niebie” (Toronto, 1995). Z kolei „Strony świata” przyozdobił delikatną kreską – często niecodziennie erotyczną – Jerzy Nowosielski. I wcale nie należy się martwić, że rysunki pomieszczone zostały w innych miejscach niż chciał autor. To przecież tylko kwestia logistyki nadwiślanej i krakowskiego hejnału, który na zawsze pozostanie nie dokończony.

„Strony świata” są najważniejszym i najbardziej znaczącym zbiorem wierszy wydanym współcześnie przez autora polskojęzycznej diaspory. Tylko niewielu będzie mogło się z nim zapoznać, wydany został bowiem w nakładzie 300 egzemplarzy. I tyle musi wystarczyć. Słowa zostały zapisane / obłoki unoszą („Przygotowanie do wieczoru Kena Kesey’a”). Zostaje więc dalsze zaklinanie stron świata.

Dariusz Muszer

Aleksander Rybczyński: Strony świata; wiersze z lat 1987 – 1998. Fundacja Nowosielskich, Kraków 1998

“To tylko świat zawrócił”

Z Aleksandrem Rybczyńskim rozmawia Edward Zyman

(Wywiad z 7 marca 2010 roku opublikowany w Przeglądzie Polskim w Nowym Jorku)

– Najnowszy tom „Kaligrafia w ciemności”, bardzo osobisty, penetrujący intymne sfery psychiki podmiotu lirycznego, potwierdza konsekwencję twoich artystycznych wyborów. Jest kolejnym przykładem poezji jako lirycznego zwierzenia, której bohater nie tyle wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu, co odkrywa jego odrębność, obojętność, czy wręcz obcość. Jeśli w twoich poprzednich zbiorach był on wędrowcem, poznającym nowe kontynenty w sensie geograficznym i kulturowym, to w książkach ostatnich jego marszruta wiedzie  jednoznacznie w głąb duchowego wnętrza jednostki, której coraz trudniej porozumieć się z otaczającym ją światem.  To w dużej mierze definiuje  jej psychiczną kondycję, lecz – sądzę – w nie mniejszym stopniu także sytuację samej poezji. Ona  również zdaje się prowadzić skrajnie samotniczy, nie wzbudzający specjalnych emocji społecznych „tryb życia”.

A.R. – Tak pewnie jest, ale nie to tylko kwestia porozumienia. Wobec samotności jesteśmy obojętni jedynie do pewnego momentu: prawdziwe przeżycie i dramat znajdują rezonans w innych wrażliwościach. Chyba na tym polega sens literatury: bardzo osobiste przeżycia i przemyślenia przekazać innym, którzy podobnie czują, ale może nie potrafią tego umiejętnie wyrazić. Życie poezji ma charakter indywidualny, jest z natury mało społeczne. Trudno oczekiwać, by poezja lśniła na wielkich scenach. Jej miejsce jest pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy potrafią się porozumieć pomimo zgiełku panującego dokoła.

–  Zgoda, poezja czuje się najlepiej między dwojgiem ludzi, którzy odnajdują się w chaosie współczesnego świata. Rzecz w tym, że twoje wiersze mówią mniej o szczęściu, w zdecydowanie większym natomiast o pustce, niespełnieniu, goryczach rozstania. Mógłbym przytoczyć wiele wierszy, bądź ich fragmentów, potwierdzających tę tezę. W wierszu „Nie ma chwili” możemy na przykład przeczytać: „nie ma ani chwili/ tylko przeszłość/ ciężkie zasłony rozpaczy”.

A.R. – W tym kontekście, mój głos nie jest chyba bardzo odosobniony. Wiadomo, że chwile piękna i szczęścia goszczą w naszym życiu tylko przelotnie. Tym bardziej bolesne wydają się później banalne, choć okrutne oczywistości: przemijanie, cierpienie, pustka, która powoli nas osacza. Nie chodzi o to, by załamywać nad sobą ręce, ale by patrzeć z  właściwą perspektywę na świat i nasze miejsce wśród innych. Nie ma ludzi niezastąpionych, ale pustki po nich, kiedy odchodzą nie da się zapełnić. Im bardziej kurczy się obecność najbliższych w naszym życiu, tym większa staje się samotność.

– To jedna z perspektyw, w jakiej można czytać twoje wiersze. Ale jest także inna, wykraczająca poza doświadczenia związane z powiększającą się pustką wokół nas, o której mówisz. Myślę o tym stanie świadomości, który jest przypisany każdej myślącej jednostce. Thomas Merton wyraził to w stwierdzeniu, że „człowiek i ziemia  żyją i krążą samotnie”. W twojej najnowszej książce znajduję zbliżoną w swej wymowie myśl: „nic tak nie boli/ jak wieczność”. W jednym z twoich wcześniejszych tomów pisałeś:” niepewność/ paradoks/ niespełnienie/ budowały jedność świata”. Choć mam wiele uznania dla twoich poetyckich realizacji ilustrujących perspektywę pierwszą, nie będę ukrywał, że ta druga wydaje się być intelektualnie bardziej inspirująca i tym samym jest mi znacznie bliższa.

A.R. – Myślę, że te perspektywy się na siebie nakładają. Im więcej punktów widzenia, tym obraz staje się ciekawszy, bardziej pełny. Sztuka, nie tylko poezja nie mówi wszystkiego do końca. Pozwala to na twórczą interpretację i odkrywanie coraz to nowych znaczeń. Bohater moich wierszy nie lubi stać w miejscu, najlepiej czuje się w drodze, w otwartej przestrzeni i intymnej bliskości dwojga ludzi.

Przejście dla pieszych, Naprzeciw Atlantyku, Zmiany miejsca, Zmiany czasu, Strony świata – to tytuły twoich niektórych zbiorów. Można powiedzieć, że bohater poezji Aleksandra Rybczyńskiego jest w nieustającej podróży. Co jest jej celem?

A.R. – Z jednej strony celem jest sama podróż. Podróż, jako pochwała wolności, jako wyraz zachwytu nad pięknem świata. Kiedyś podróż była formą buntu, nie mieliśmy paszportów, granice były pilnie strzeżone. Poetycka lista nazw geograficznych była więc nie tylko hołdem dla Cendrarsa, ale także manifestem indywidualizmu, ucieczką od tłumu, szeregu, ideologii. Idąc naprzeciw Atlantyku, szukałem wielkich przestrzeni, pozwalających na głęboki oddech. Podróż jest także formą poznania, poszukiwaniem własnego miejsca, poszukiwaniem innych, poszukiwaniem bliskości, która w kontekście ogromu świata nabiera szczególnego wymiaru.

Jako autor nigdy nie lubiłeś występować w grupie. Nie interesowały cię szkoły i trendy. Prowadziłeś ze światem  – i z samym sobą – dialog ściszony, do którego zapraszałeś czytelnika precyzją i subtelnością portertowania ludzkiej osobności. 

A.R. – Lubię być tak postrzegany. Wychowałem się w sprzeciwie wobec prl-u i od początku byłem outsiderem – aby przetrwać. Z czasem doszedłem do wniosku, że to bardzo dobra sytuacja. Pozwala na zachowanie dystansu i ostrzejsze spojrzenie. Podobnie czuję się na emigracji, choć nie zawsze z wyboru.

To znaczy?

A.R. – Mało komu udaje się funkcjonować na emigracji w pełnym wymiarze. Są pewne bariery kulturowe, językowe i środowiskowe. W pewnym momencie zrezygnowałem z próby zaczynania wszystkiego od nowa i naginania się do obowiązujących wymogów z pozycji początkującego autora. Jedyną szansą pisarza nie piszącego w języku angielskim, czy francuskim jest przejście przez krąg uniwersytecki. Świadomie natomiast stanąłem na marginesie życia polonijnego.

–  Twoja postawa nie jest, zwłaszcza wśród twórców wyjątkiem. Środowsiko polonijne lubi „przebywać” w nieco innym niż oni obszarze, poezji w nim niewiele. Ale nie jest to wyłączna właściwość polskiej diaspory. Nie odnosisz wrażenia, że funkcja poezji, literatury, sztuki uległa we współczesnym świecie drastycznej redukcji? Że świat żyje swoim, przeglądającym się w tabloidzie życiem?

A.R. – Może nie jest aż tak źle. Niebywały rozwój technologii spowodował wprawdzie komunikacyjny chaos, gdzie tabloid jest najbardziej widoczny, ale dzięki internetowi mamy równocześnie nieograniczony dostęp do kultury i informacji. Wielka sztuka i poezja zawsze miała ograniczony zasięg. Poszukujący, jeżeli tylko stać ich na samodzielne myślenie mogą dotrzeć prawie wszędzie: do literatury, do filmu, do malarstwa. Choć z drugiej strony masz rację: świat nie zostawia na to wiele czasu; jest zbyt zajęty codzienną krzątaniną.

W twoją twórczość, podobnie w jak każdą inną stanowiącą istotny dyskurs ze światem i jego tajemnicą, wpisana jest wielość definicji poezji. Miałbym ochotę zapytać, czym jest ona dla ciebie, lecz uprzedziłeś moją ciekawość, zamieszczając na okładce ostatniego tomu takie oto wyznanie:”Wiersze piszę już trzydzieści lat. Od tegto czasu poezja stała się najważniejszą częścią mojego życia; nie sposobem robienia kariery, ale niezmienną potrzebą otwierania przestrzeni i poszukiwania prawdy. Nie był to tylko odwrót od wszechobecnego kłamstwa i fałszu, lecz także próba odnalezienia sensu i potwierdzenia wartości, które wydawały się niezmienne i nieskończone”. Spróbowałbyś nazwać te wartości?

A.R. – To są wartości podstawowe, o których nie wypada dzisiaj mówić, by nie narazić się na śmieszność, albo na atak. Wierność własnym przekonaniom, ideałom, wierność tym którzy odeszli, zostawiając świadectwo. Ciągłe poszukiwanie i potwierdzanie: prawdy, wolności, dobra i miłości. Przekazywanie dalej magicznych słów, których nauczyli nas mistrzowie. Nie sposób tutaj nie powrócić do motywu wspomnianej wcześniej podrózy – „bądź wierny, idź.”

– Szukając trafnej pointy naszej rozmowy, sięgam raz jeszcze do twojego ostatniego zbioru. Mimo ciemnej, nasyconej bólem i cierpieniem tonacji, jest on nie tylko przejmującym rodzajem poetyckiego requiem, lecz także, to nie paradoks, źródłem ożywczej nadziei. Powiadasz w jednym z wierszy: „najchętniej/ wracamy tam/ dokąd zmierzamy/ w dolinę pamięci/ i uchwyconego piękna”. A więc wciąż są jeszcze takiego miejsca?  

A.R. – Takie miejsca są tylko w nas; to tylko życie i pamięć. Chwile, w których doświadczamy piękna i czujemy dłoń Opatrzności. Będą do nas stale powracać, nadając sens wędrówce.

„http://www.rybczynski.ca” 


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s