List oceaniczny

Felietony dla portalu Solidarni 2010 

 

Insurekcja smoleńska

 

 

Insurekcja smoleńska_2

 

W czerwcu 1989 roku daliśmy się nabrać na wolną Polskę. Przemiany były tak oszałamiające, że wzięliśmy przynętę prosto w otwarte serca. Byliśmy złaknieni marzeń i zmęczeni dziesiątkami lat trwania reżimu i kolejnych odwilży. Ci, którzy nieufnie przyglądali się rozmowom okrągłego stołu, zakładając, że za kulisami obrad komuniści rozstawili już kwadratowy stół, przy którym jak zwykle postawią na swoim, szybko zapomnieli o swojej przenikliwości. Imperium zaczęło się sypać na dobre, zburzono symbol podziału świata – mur berliński, otworzono granice. Pojawiły się wielkie możliwości – można było sądzić, że dla wszystkich. Zachwyceni kolorowym światem zachodu, zmieniającym szare ulice i place polskich miast w tętniące życiem europejskie enklawy, nie zwracaliśmy uwagi, kto inwestuje w tę największą w historii prl „odnowę”. Pierwszym sygnałem ostrzegawczym, zgrzytem w tej kreślonej niepodległym piórkiem polskiej przyszłości, powinna być osławiona polityka „grubej kreski”, pochowanego przy dźwięku dzwonu Zygmunta pierwszego premiera III RP. Wielu z nas burzyło się wewnętrznie przeciw tej niesprawiedliwości wobec ofiar i pokrzywdzonych, ale przeważyła naiwna konstatacja: „niech sobie mieszkają w tych swoich pałacach, a my będziemy mieli wolność”.

 

Trudno oceniać minione dwadzieścia kilka lat z perspektywy emigracji. Wyjechałem w trakcie trwania rozmów okrągłego stołu i przez dłuższy czas żałowałem, że los nie zatrzymał mnie – w nareszcie wolnej Polsce. Emigracja wciąga i nie jest łatwo odwrócić zmieniające bieg życia decyzje. Pozostałem w Kanadzie i zająłem się redagowaniem ‚Listu oceanicznego”, pisma literacko-kulturalnego, które miało potwierdzić radosną nowinę, że kultura polska jest wreszcie jedna i literatura emigracyjna straciła rację samodzielnego bytu. Do Polski wracałem, podobnie jak większość Polonii na wakacje, starając się nie angażować za bardzo w politykę. Wszystkie bulwersujące wiadomości, takie jak upadek rządu Stefana Olszewskiego, zablokowanie lustracji i rezygnacja z dekomunizacji, wybory komunistycznych aparatczyków na stanowisko prezydenta były wielkim rozczarowaniem, ale nadal sądziliśmy, że gra toczy się według demokratycznych zasad, poza kontrolą obcych mocarstw.

 

Czy podobnie myślała i czuła większość z nas ? W Polsce i w najdalszych zakątkach Ziemi, tam gdzie zatrzymał nas, albo rzucił los ? Myślę, że tak. Przez długi czas wierzyliśmy, że partie polityczne, wywodzące się z solidarnościowej tradycji, być może się różnią, ale w gruncie rzeczy chodzi im o tę samą, wolną i niepodległą Polskę. Myśleliśmy, że prowadzą – czasami skorumpowaną, nieuczciwą i błędną –  ale suwerenną politykę, której celem jest mimo wszystko dobro narodu. Te spostrzeżenia, tak dzisiaj wydające się naiwne i niemądre, byłyby nadal powszechne, gdyby nie doszło do tragedii smoleńskiej. To ona, zabierając życie Prezydenta i jego najbliższego otoczenia, zmieniła życie i świadomość wielu Polaków. W jej rezultacie, dopiero po 10 kwietnia możliwa i oczywista stała się wypowiedź poety Jarosława Marka Rymkiewicza ( w wywiadzie, udzielonym Joannie Lichockiej):  „Istotą prl (trwającego według JMR do dzisiaj) było i pozostaje to, że był on i jest nadal kawałkiem moskiewskiego imperium, kawałkiem zarządzanym na sposób moskiewski przez ludzi wyznaczonych lub przynajmniej zaakceptowanych przez Moskwę.”

 

Początkowo mało kto odważał się nawet sugerować, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Media zdecydowanie karciły za takie myśli, a politycznie poprawni zwolennicy cywilizacyjnych przemian Rosji z politowaniem rozkładali ręce: „a jaki by oni mieli w tym interes, by zabić Kaczyńskiego. Szans nie miał na ponowny wybór!” Po czym przywoływano wyniki sondaży wyborczych, które, jak dzisiaj wiemy, mogły być dowolnie manipulowane. Czas jednoznacznie zweryfikował rzekomy brak korzyści, wynikających z eliminacji z polityki Lecha Kaczyńskiego, generalicji NATO, czołowych osobistości i bezkompromisowych patriotów. Polska dramatycznie oddaje się pod wpływy Rosji, traci pozycje na arenie polityki międzynarodowej, ograniczając się do basowania możnym. Zaniechano podjętych przez Lecha Kaczyńskiego prób stworzenia silnej koalicji państw Europy Środkowej, należących niegdyś do bloku sowieckiego. Nikt już nie sprzeciwi się kontynuowanej inwazji na Gruzję, nie padną zdecydowane słowa prawdy podczas uroczystości na Westerplatte. Na naszych oczach, przy akompaniamencie gładkich, pustych przemówień rozkradany jest dorobek całych pokoleń.

 

Katastrofa smoleńska otworzyła oczy tym, którzy mają odwagę poznać prawdę. Stała się jednym z wielkich wydarzeń historycznych budzących narodową świadomość.  Przywołujących do marzeń, odrzucających iluzję i zdradę. Przypomniała o tych, o których zbyt często zapominaliśmy – zdradzonych o świcie, poległych na dalekich frontach w walce o wolną ojczyznę, chwytających za broń w imię honoru i godności.  Uzmysłowiła nam, że tak jak nasi przodkowie, powinniśmy „zachować się przyzwoicie”.  Zamach w Smoleńsku podciął nasze zwinięte skrzydła. Teraz zranieni i rzuceni na kolana zaczynamy rozumieć, do czego służą.

 

 

 

 

„Śladami Katarzyny” do Smoleńska

Image

Jednym z głównych argumentów zatwardziałych wyznawców teorii zwykłej katastrofy lotniczej w Smoleńsku jest przekonanie o braku powodów i braku korzyści, jakie potencjalni zamachowcy mieliby odnieść. To naiwne, niepobożne życzenie umysłów leniwych i niechętnych niewygodnym faktom świadczy tylko o braku podstawowej znajomości historii i zasad działania rosyjskiej polityki.

Ignacy Matuszewski, którego „dzieło musi być udostępniane tym wszystkim, którzy walczą o wolność a przede wszystkim młodemu pokoleniu Polaków” (ze wstępu do ‚Wyboru pism”, wydanego przez Instytut Piłsudskiego w Ameryce w 1952 roku) miałby pewnie wiele do powiedzenia na temat wydarzeń 10 kwietnia 2010 i prowadzących do nich politycznych intryg. Jego obszerny artykuł „Śladami Katarzyny”, opublikowany w odcinkach w czerwcu i lipcu 1944 roku w „Dzienniku Polskim” w Detroit brzmi niepokojąco współcześnie. Analogie pomiędzy carską Rosją Katarzyny, a stalinowskim Związkiem Sowieckim w sposób logiczny prowadzą także do putinowskiej Rosji.

Wybitny polski polityk i patriota nie idzie fałszywym tropem mitu o „bezhołowiu” i wszechobecnym bałaganie, tak chętnie wskazywanych jako jedne z przyczyn katastrofy smoleńskiej. Historyczne, przenikliwe rozważania Matuszewskiego są pretekstem do ukazania zasad działania precyzyjnego mechanizmu zniewalania narodów, traktowanych przez Rosję, jako część imperium, niezależnie od tego, czy panuje nad nimi car, pierwszy sekretarz komitetu centralnego partii, czy „wielka demokracja” Putina.

„Jak postępowała Katarzyna, by doprowadzić do rozbioru Polski, do oddania resztek rzekomo niepodległego Państwa pod rosyjski protektorat i do uzyskania pozornej zgody Polaków na tę zbrodnię? Przygotowania zaczyna Imperatorowa od poszukiwania wspólników. Zbrodnia nie wywołuje reakcji jeśli ci, co mogą reagować sami wezmą w niej udział lub rozgrzeszą ją z góry.”
Katarzyna „wyzyskiwała uparcie zmiany w sytuacji międzynarodowej” tak, by „izolacja Polski została dokonana” i by „miała zgodę mocarstw na to, czego chciała.”
(Warto pamiętać, w jaki sposób doszło do rozdzielenia wizyty polskiej delegacji rządowej do Katynia w 2010 roku i wysłania samolotu z elitą polskiego państwa i sztabem generałów NATO w smoleńską pułapkę. Zakulisowe rozmowy z rosyjskimi władzami, gry służb specjalnych, mające na celu odizolowanie i upokorzenie Prezydenta Kaczyńskiego świadczą, że wspólnicy zostali zwerbowani, a rozgrzeszenie z góry udzielone. Oddanie śledztwa w sprawie katastrofy Rosji było nie tylko zgodą na szerzenie międzynarodowego kłamstwa. Była to deklaracja całkowitej rezygnacji z suwerenności Polski)

„Pakt lipcowy Sikorski – Majski ( przywracający stosunki dyplomatyczne między Polską i Rosją Sowiecką) był rozgrzeszeniem krzywdzącego przez pokrzywdzonego, bez naprawienia krzywdy. Był to pierwszy i wielki krok Sowietów w kierunku odosobnienia Polski w opinii i dyplomacji sojuszniczej. Tak już bowiem jest, że kiedy przeciętni ludzie widzą, iż pokrzywdzony nie żąda naprawienia krzywdy, jako warunku zgody z krzywdzicielem, to skłonni są przypuszczać, że widać krzywdy w ogóle nie było. (…) Naiwnie rycerscy Polacy sądzili, że darowując krzywdy a na później odkładając ich naprawę oddają usługę sprzymierzonym i tym bliżej wiążą się z nimi. Mylili się. (…) Przez zawarcie paktu lipcowego z Polską, paktu, którego redakcja była dwuznaczna, intencje zaś zaborcze, Sowiety wyodrębniły stosunki polsko-rosyjskie z całości stosunków rosyjsko – sojuszniczych. „


(Na pobojowisku smoleńskiego lotniska nie było już żyjących, rycerskich Polaków. Tym łatwiej przyszło im dać się nabrać na niepoparte faktami deklaracje i nagłośnione przez media obietnice opublikowania utajnionych dokumentów katyńskich. Odrzucając oferty pomocy Zachodu w śledztwie w sprawie katastrofy, rząd III RP pokazał z kim jest naprawdę w aliansach i przed kim upadł na kolana. Trudno się więc dziwić, że w trzy lata później sekretarz generalny NATO Anders Rasmussen, w czerwcu anno dommini 2013, na pytanie dziennikarza „Gazety Polskiej”, „czy możemy liczyć na jakiekolwiek wsparcie w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej, w której zginęli prezydent państwa członkowskiego i cała kadra dowódcza armii państwa Sojuszu, odpowiedział, że to bilateralna sprawa w stosunkach polsko-rosyjskich.”)

„Kiedy ( na konferencji moskiewskiej w październiku 1943 roku ) ukazała się wspólna deklaracja angielsko-amerykańsko-sowiecka Art. 6 tej deklaracji różnił się od projektu o trzy słowa. Brzmiał mianowicie: ‚Podpisane Mocarstwa oświadczają…że po zakończeniu działań wojennych..nie będą stosować siły zbrojnej na terytorium innych państw.” (…) Dla każdego, kto zna metody dyplomacji sowieckiej dodatek ten oznacza, że w czasie trwania „działań wojennych” (czyli w czasie nieokreślenie długim, zważywszy, że zakończenie działań wojennych zależy od samych Sowietów) Sowietom wolno używać swoich sił zbrojnych „na terytorium innych państw”.


(Jak w świetle tej sprawdzonej strategii brzmią deklaracje, że wrak, czarne skrzynki i większość materiałów dowodowych ze Smoleńska pozostanie w Rosji „do czasu zakończenia śledztwa”? Po akceptacji kłamliwego raportu MAK na żądania jest już za późno, a nieudolne prośby o zwrot polskiej własności i żenujące poszukiwanie protektorów, by szepnęli Putinowi ciepłe słówko są tylko upokarzającym świadectwem kapitulacji. )

„Ujarzmienie wolnego narodu, pozbawienie niepodległości suwerennego państwa uzyskuje pozory legalności tylko wtedy, jeśli przedstawiciele tego narodu, jeśli reprezentanci tego Państwa wyrażą swoją zgodę na gwałt, dokonywany przeciw ich narodowi i Państwu.”


(Można śmiało powiedzieć, że ta zgoda na gwałt rozpoczęła się zaraz po 10 kwietnia uściskiem Putina z Tuskiem na miejscu tragedii, oraz natychmiastowym, pozbawionym racjonalnych podstaw, odtrąbieniem pojednania z Rosją. Przypieczętowały go wylewne deklaracje przedstawicieli „elit” w mediach, masowe odznaczanie „zasłużonych” w Smoleńsku funkcjonariuszy oraz stawianie pomników bolszewickiej armii z 1920 roku.)

Wielostronicowe rozważania Ignacego Matuszewskiego kończy zwięzłe przesłanie dla Polaków:

„Każdy z nas stoi przed wyborem: hańba albo chwała. I każdy musi wybierać.”

 

Powstanie ludzi przyzwoitych

– w 150 rocznicę powstania styczniowego

SONY DSC

Niektóre fragmenty wspomnień uczestników Powstania Styczniowego czyta się, jak wielką, narodową literaturę. Warto przeczytać porywającą relację z jednej z pierwszych potyczek powstania w okolicach lasów świętokrzyskich:

“Wstępujemy na pagórek, a tu, jak okiem sięgnąć, błyszczą bagnety moskiewskie. Chmara ich na przełaj sunie na nas, a z drugiej strony już kozacy rozsypali się i z karabinów strzelają do nas z zamiarem widocznym wstrzymania naszego pochodu. Już kule świszczą i furczą, lecz jeszcze nas nie rażą. Rozsypaliśmy się w tyralierkę i na strzały odpowiadamy ciągle, zarazem posuwamy się naprzód – to samo czynią nasza kawalerya, ciągle ku kozakom szle kule.

Wtedy zoczyliśmy, że dragoni moskiewscy sformowali się i całym pędem na nas, a właściwie na naszą konnicę walą, aby jej czasu nie zostawić do przygotowania i zebrania się na przyjęcie tego ataku. Atoli nasi w jednej chwili uszykowali się i w największym porządku na spotkanie dragonów, co koń wyskoczy, z kopyta ruszyli. Już w szalonym rozpędzie są są coraz bliżej… i bliżej siebie… jeszcze kilka skoków… a straszne, zarazem imponujące zderzenie i zwarcie się nastąpiło – a w błyśnięciu i szczęku szabel chwila piekielnego zamętu! I stało się coś nadspodziewanego i cudownego prawie… Jak huragan, co wdarł się do lasu, siłą swego naporu toruje sobie drogę, kładąc drzewa z hukiem i trzaskiem jedne na drugie – tak zuchy nasi podobnym naporem złamali linię dragonów i gdy wpadli w środek, rąbiąc w prawo i w lewo szablami – jak huragan drzewa – tak oni Moskali kładli. Ci ostatni w jednej chwili rozbici, rozsypali się na wszystkie strony, prócz tych, co się na ziemię zwalili.”

(Wspomnienia z powstania 1863 roku i z życia na wygnaniu w Syberyi – spisał Konrad Zielonka, wydano we Lwowie w Bibliotece Macierzy Polskiej, 1913)

Te piękne i wzniosłe karty polskiej historii będą w tym roku, w 150 rocznicę wybuchu powstania, pobłażliwie wertowane przez prorządowe media, kwestionujące zasadność wybuchu i sens prowadzenia nierównych walk z przeważającymi siłami wroga. Narracja ta, bełkotliwie i pseudonaukowo, formułowana z podobną namolnością także przy okazji innych narodowych zrywów niepodległościowych, nie jest nawet wymysłem rodzimych sprzedawczyków. Przyszła prosto z Rosji, ojczyzny nicowania faktów i historii. Czytam właśnie “Korespondencję dotyczącą Powstania w Polsce w 1863 roku” zaprezentowaną w obu Izbach Parlamentu Jej Królewskiej Mości w 1863 i opublikowaną drukiem przez londyńską oficynę. Księga jest zbiorem korespondencji urzędników królewskich, wyborem artykułów prasowych, dekretów i innych dokumentów, dotyczących powstania i losu Polski. Zasługuje na dokładną lekturę i osobną analizę!

Dzisiaj chcę tylko zwrócić uwagę na mały akapit, przedruk z wydawanego w języku francuskim w Petersburgu, pod skrzydłami Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji, pisma “Journal de St.-Pétersbourg” Przedstawia ono “Priwislianskij kraj”, jako siedzibę wywrotowych sił w Europie gdzie “emocje patriotyczne i przekonania religijne” sprowadziły część populacji na manowce. Tę populację, duchowi, dziewiętnastowieczni ojcowie dominującego trendu współczesnych polskich mediów nazywają “mało oświeconą”, kultywującą najgorsze tradycje “średniowiecza”. To właśnie w Petersburgu, sto pięćdziesiąt lat temu, zaczęto walić w bęben, w rytm którego nazywa się dzisiaj polskich patriotów “ciemnogrodem”!

Już ponad dwa lata przed wybuchem powstania policja rozpoczęła inwigilację ludności. Szpicle i donosiciele dostarczali informacji na temat patriotycznie zorientowanej części społeczeństwa. Tak zgromadzoną listę carscy namiestnicy postanowili wykorzystać, ogłaszając “brankę” do wojska sprawnych mężczyzn i młodzieńców, podejrzanych o niepodległościowe sympatie. Służba w rosyjskim wojsku trwała dwadzieścia lat i trudno było liczyć, by wielu “zwerbowanych” nieszczęśników powróciło kiedykolwiek do domu. Ten bezwzględny manewr był bezpośrednią przyczyną wybuchu rewolty. Był to jeden z licznych w naszych dziejach momentów tragicznej sytuacji bez wyjścia. Nasi przodkowie, bohaterowie decyzji walki z bronią w ręku o godność, wolność i niepodległość ojczyzny zasługują na największy szacunek. To oni należą do powstańczych oddziałów przyzwoitych ludzi, którzy stanęli w obronie “zdradzonych o świcie”, wleczonych na wieloletnią zsyłkę, w mundurach wrogiej armii, do najdalszych kresów imperium.

W tym kontekście śmiało można powiedzieć, że historia Powstania Styczniowego ma swoją gorzką, aktualną analogię. Trudno porównywać katastrofę smoleńską do narodowego powstania, ale sposób, w jaki traktujemy poległych pod Smoleńskiem w 2010 roku definiuje wrażliwość wobec poczucia patriotycznej wspólnoty oraz umiejętność uszanowania cierpienia i ofiary, poniesionej w imię obrony suwerenności Polski. Ci, którzy “mają już dosyć Smoleńska” są zapewne zwolennikami teorii, że Polska nie może istnieć samodzielnie. Podobnie, jak niegdyś ich przodkowie chcieli spokojnie prosperować pod carskim protektoratem, tak chcą dzisiaj ułożyć sobie życie w ramach ‘Unii Europejskiej” bez granic, być cichymi konsumentami przemilczeń, budujących wyniszczające narodową tożsamość kłamstwo.

Po drugiej stronie jest Wielka Rodzina Smoleńska: nie tylko Rodziny ofiar, ale także wszyscy nie potrafiący pogodzić się ze zdradą, półprawdami i życiem w upokorzeniu. To właśnie oni mają moralne prawo palić w tym roku znicze na kurhanach Powstańców i modlić się o wolność Polski w kościołach, niegdyś zamykanych pod strażą rosyjskich bagnetów, a dzisiaj plugawionych i ośmieszanych antykatolicką propagandą.

Na zakończenie powróćmy do korespondencji angielskich lordów: chłodnej, racjonalnej, z przerażającym dystansem i flegmą relacjonujących dramatyczne wydarzenia 1863 roku. Zapewne współcześni dyplomaci także wymieniają noty na temat Smoleńska i upadku pozycji Polski w Europie i świecie. Poznamy je za kilkadziesiąt lat. Dla pokrzepienia serc wspomnę tylko o przedrukowanym w “Korespondencji” liście szwedzkiego “Komitetu dla Polaków”, założonego 24 marca 1863 roku w Sztokholmie, solidaryzującego się w pięknych słowach z powstańcami i wolnościowymi aspiracjami Polaków. Sygnatariusze listu deklarują pomoc, która miała być kierowana poprzez organizacje emigracyjne w Paryżu do naszej Ojczyzny. W czasach, kiedy świat milczy o Smoleńsku i sprawach Polski, wymieńmy nazwiska owych szwedzkich sprawiedliwych, sprzed 150 lat: Skarbnicy: A.C. RAAB, AUG. BLANCHE; Sekretarze Komitetu: F.W. STAEL von HOLSTEIN, P.R. TERSMEDEN, EMIL von QUINTEN, J. MANKELL, PER. NILSSON (of Espoe), A. SOHLMAN, A.W. UHR, J. ANDERSSON (of Oestergoetland), HORALD WIESELGREN.

Wszyscy byliśmy na pokładzie Tupolewa

wrak Tu154M

Wszyscy byliśmy na pokładzie Tupolewa i część naszej Polski spadła razem z nami bezpowrotnie w otchłań. Nad zawieszonym we mgle smoleńskim lasem rozpadły się podstawy wielu mitów, na których budowaliśmy wiarę w nasz świat, iluzje, z których tworzyliśmy obraz pięknej, wolnej Ojczyzny i szlachetną wizję bohaterów naszej młodości, tworzących kształt niepodległości i suwerenności Polski.

Jak niepewny i nieprawdziwy był to obraz, przekonaliśmy się dopiero po 10 kwietnia, kiedy okazało się, że mgła znad smoleńskiego lotniska była także rozpylona nad całym “pookrągłostołowym” pejzażem.

Napisał do mnie przyjaciel: “Palę w kominku stare “Tygodniki Powszechne”, jeszcze zostawiłem sobie “Tygodniki Solidarność” z okresu karnawału.” To nie tylko ulubione tygodniki spłonęły na pogorzelisku po wybuchu. Niewiele zostało też z archiwum dobrego samopoczucia. Okazało się, że politycy usiedli przy stołach prosektoryjnych, ramię w ramię z oprawcami. Legendarni przywódcy strajkowi na dobre zajęli się pisaniem donosów, a wielu poetom wieńce laurowe opadły ze skroni.

Wolność okazała się warunkowa, a kłamstwo obowiązującą walutą. Spłonęły europejskie złudzenia i kawiarniane ogródki, w których tak beztrosko rozmawialiśmy przy piwie. Z pozoru krajobraz się nie zmienił, bo medialni propagandyści gorliwie uczestniczą w malowaniu potiomkinowskich fasad.

Jak jest naprawdę? Czy płonie cała rzeczywistość? Ideały, wyobrażenia o boskim porządku świata, jednoznacznych prawdach, ocenianych według tradycyjnej, czarno – białej skali wartości? Nasze serca trawi martwy, zimny płomień, umiejętnie podsycany, byśmy już nigdy nie odtworzyli i nie otworzyli rozerwanych na strzępy skrzydeł.

W milczeniu i upokorzeniu nie odnajdziemy prawdziwej ojczyzny. Musimy odbudować wiarę, sens i odwagę wyobraźni. Może wtedy w popiele obojętności i konformizmu zabłysną znowu prawdziwe diamenty.

 

Wigilia emigrantów

SONY DSC

Wigilia emigrantów

Kazimierz Wierzyński i Jan Lechoń zapewne nie chodziliby na Wigilie dla samotnych do siedziby Kongresu Polonii Kanadyjskiej przy ulicy Beverly w Toronto. Otoczeni przyjaciółmi i wielbicielami, nie musieli doświadczać najbardziej brutalnego rodzaju samotności, nie tylko z dala od Ojczyzny, ale także z dala od bliskich, z dala od znajomych, z dala od życia, dzielonego wspólnie.

Zachowane w archiwalnych nagraniach rozgłośni polskiej Radia Wolna Europa wigilijne felietony i życzenia Jana Lechonia, dają świadectwo dramatycznej tęsknoty, z którą wielcy polscy emigranci musieli sobie radzić. Jakiekolwiek odwiedziny Polski nie były możliwe. Nie mogli uciułać na bilet i wybrać się za ocean, by spędzić święta pod gwiazdą betlejemską młodości i niepodległości. Powrót mógł być tylko decyzją propagandową, ostateczną i nieodwracalną.

Owszem, mogli wrócić do Polski, kuszeni reżimową intrygą, zmierzającą do legitymizacji zniewolenia Polski pod sowieckim butem. Wielu pisarzy dało się omamić szatańskimi obietnicami twórczej swobody i pozycji na świeczniku kulturalnym prl. Wracali więc: Tuwim, Słonimski, Wańkowicz, Cat-Mackiewicz. Zapłacili wolnością, dewaluując równocześnie przelaną na wszystkich frontach II wojny światowej krew polskich żołnierzy, którzy zwyciężając w potyczkach i bitwach, oddając zdrowie i życie, zostali zdradzenie w ostatecznej batalii o wolną Polskę.

Lechoń, Wierzyński, Zygmunt Nowakowski i wielu innych przyzwoitych artystów wiedziało, że miejsce poetów jest z dala od komunistycznych wieżyczek strażniczych; tam, gdzie prawda: po stronie godności, honoru i niezłomnej postawy, nazywającej zdradę – zdradą, a zbrodnię – zbrodnią. Trwali więc na obczyźnie, na emigracji, a ich przesłanie dociera do nas po latach, w czasie rozwianych złudzeń, po tragicznym przebudzeniu ze snu o wolności i potędze, poprzez mgłę smoleńskiego lasu.

Dzięki internetowym ofertom antykwariuszy z całego świata miałem okazję wyszukać i zamówić sygnowany przez Kazimierza Wierzyńskiego tomik „Róża wiatrów”  z 1942 roku. Intrygującą perełką tej przesyłki miała być także kartka, z dedykacją Lechonia! W najśmielszych wyobrażeniach nie zgadłbym jednak, co naprawdę dostanę. Porywający tom Wierzyńskiego, dedykowany jest odręcznie Mieczysławowi Zagajskiemu, polskiemu milionerowi, Żydowi, który zdołał wyjechać z Polski przed zagładą II wojny światowej. Przed rokiem dotarł do Polski obraz, zamówiony przez Mieczysława u słynnego malarza Zygmunta Menkesa, przedstawiający portret ojca adresata dedykacji poetów, Herszla Zagajskiego – kieleckiego radnego i filantropa, posiadacza przedwojennych, świętokrzyskich wapienników. Jaką rolę pełnił Zagajski w życiu polskich poetów? Możemy przypuszczać, że był z jednym z wielu mecenasów, wspierających polskich poetów w Stanach Zjednoczonych.

Sygnowana „Róża wiatrów”, sama będąc białym krukiem, kryła jednak prawdziwy skarb: ręcznie wyklejoną kartkę świąteczną z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, z wydrukowanym na czerwonym papierze wierszem Lechonia „Matka Boska Częstochowska” i życzeniami wigilijnymi, podpisanymi przez autora wiersza. Dedykacja była zapewne przeznaczona dla Mieczysława Zagajskiego (nazwanego  „drogim Panem”), a kartka wydrukowana przez „Polish Women’s Relief Committee” nosi odręcznie przez Lechonia napisaną datę 24/XII 1942. Dokładnie siedemdziesiąt lat temu!

Wersja opublikowana na świątecznej kartce różni się od tych, dostępnych w internecie; różni się także od redakcji w antologii „Madonna Poetów”, wydanej przez „Oficynę Malarzy i Poetów” w 1966 roku. Nieco odmienna jest interpunkcja, a ostatni wers różni się od powszechnie znanego: „Tego dzwonka sygnaturki, co Cię wiecznie chwali”. Większość współczesnych publikacji „Matki Boskiej Częstochowskiej” Lechonia pozbawiona jest dwóch, ocenzurowanych wersów:

„Jeszcze zagra, zagra hejnał na Marjackiej wieży,
Będą słyszeć Lwów i Wilno krok naszych żołnierzy.”

Wiersz pisany był w trakcie II wojny światowej, po inwazji sowieckiej na Polskę, w wyniku której, zajęte zostały Lwów i Wilno. I w tym kontekście historycznym, trzeba odczytywać słowa Poety, bez wprowadzania „politycznie poprawnych” korekt do autorskiej wersji i kompozycji. Nikt nie ma prawa poprawiać wielkich poetów – to oni znali prawdziwą wartość słowa.

Może właśnie ta, zamieszczona poniżej wersja wiersza powinna zostać przez historyków literatury uznana za redakcję autorską Jana Lechonia? Tekst jest odręcznie podpisany przez poetę, a wiadomo, że poeci na ogół są bardzo czuli na wszelkie pomyłki w druki i często odręcznie dokonują autorskich korekt. Nie sądzę, by Lechoń był inny. W wierszu na Boże Narodzenia 1942 roku nie ma żadnej erraty.

MBC

Matka Boska Częstochowska
Matka Boska Częstochowska ubrana perłami.
Cala w złocie i brylantach modli się za nami.
Aniołowie podtrzymują Jej ciężką koronę
I Jej szaty, co jak noc są gwiazdami znaczone.
Ona klęczy i swe lice, gdzie są rany krwawe,
Obracając, gdzie my wszyscy, patrzy na Warszawę.
O Ty, której obraz widać w każdej polskiej chacie
I w kościele i w sklepiku i w pysznej komnacie,
W ręku tego co umiera, nad kołyską dzieci
I przed którą dniem i nocą wciąż się światło świeci.
Która perły masz od królów, złoto od rycerzy,
W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy,
Która widzisz z nas każdego cudnemi oczami,
Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami!
Daj żołnierzom, którzy idą, śpiewając w szeregu,
Chłód i deszcze na pustyni a ogień na śniegu,
Niechaj będą niewidzialni płynący w przestworzu
I do kraju niech dopłyną, którzy są na morzu.
Każdy ranny niechaj znajdzie opatrunek czysty
I od wszystkich zaginionych niechaj przyjdą listy.
I weź wszystkich, którzy cierpiąc patrząc w Twoją stronę
Matko Boska Częstochowska, pod Twoją obronę.
Niechaj druty się rozluźnią, niechaj mury pękną,
Ponad Polskę błogosławiąc, podnieś rękę piękną
I od Twego łez pełnego, Królowo, spojrzenia
Niech ostatnia kaźń się wstrzyma, otworzą więzienia.
Niech się znajdą ci, co z dala rozdzieleni giną,
Matko Boska Częstochowska, za Twoją przyczyną.
Nieraz potop nas zalewał, krew się rzeką lała
A wciąż klasztor w Częstochowie stoi jako skała.
I tyś była też mieczami pogańskiemi ranną
A wciąż świecisz ponad nami, Przenajświętsza Panno.
I wstajemy wciąż z popiołów, z pożarów co płoną,
I Ty wszystkich nas powrócisz na Ojczyzny łono.
Jeszcze zagra, zagra hejnał na Marjackiej wieży,
Będą słyszeć Lwów i Wilno krok naszych żołnierzy.
Podniesiemy to, co legło w wojennej kurzawie,
Zbudujemy Zamek, większy, piękniejszy w Warszawie.
I jak w złotych dniach dzieciństwa będziemy słuchali
Cichy dzwonek sygnaturki, co Cię wiecznie chwali.

JAN LECHOŃ

(wersja, opublikowana na wigilijnej kartce świątecznej, sygnowanej przez Jana Lechonia w 1942 roku; zachowano oryginalną pisownię, wersyfikację oraz interpunkcję)

Czytam wiersz, patrzę na datę i nie mogę powstrzymać się od myśli, że kartka ta czekała równo siedemdziesiąt lat, bym mógł ją przeczytać i podzielić się jej przesłaniem z wszystkimi dla których wolność Polski, godność i prawda są wartością najwyższą.  Tak, jak dla wielkich polskich poetów emigracyjnych, którzy kolejne Wigilie spędzali w sprzeciwie wobec zdrady, z dala od Ojczyzny. Trwali na obczyźnie także po to, by dać świadectwo. W nadziei i wierze, że Matka Boska Częstochowska będzie miała nas i Polskę pod swoja opieką.

 

Zbrodnia i bezkarność

Mija trzydziesta pierwsza rocznica wprowadzenia stanu wojennego i każdy kolejny rok coraz bardziej dewaluuje naszą Solidarność, każdy kolejny rok wytłuszcza grubą kreskę, którą rząd Tadeusza Mazowieckiego przekreślił kartę współczesnej historii Polski. Echo nierozliczonych zbrodni rezonuje Trzecią RP i poniesie się dalej, złowrogim wstrząsem w niepewną przyszłość naszej Ojczyzny. Nie ukarano zbrodniarzy stalinowskich, a odpowiedzialnych za wojnę, wypowiedzianą narodowi 13 grudnia nazywa się ludźmi honoru. W tę sekwencję cynicznego wyrzekania się potrzeby elementarnej sprawiedliwości wpisują się haniebnie okoliczności tak zwanej katastrofy smoleńskiej. Nie ma mowy o jakiejkolwiek winie, a godność reprezentuje rzecznik rządu, przepraszający po rosyjsku prawdopodobnie za to, że „nie wsie pogibli”.

Obejrzałem norweski film „Into the White” , opowiadający historię angielskich i niemieckich lotników, którzy po podniebnej potyczce, awaryjnie lądują w skutych zimą norweskich górach. Trafiają razem do drewnianego szałasu, gdzie otoczeni przez śnieżne zawieje, zmuszeni są współistnieć, oficjalnie podtrzymując fikcję konwencji obozu jenieckiego. Zwróciłem uwagę na scenę, w której panujący chwilowo nad sytuacją niemieccy lotnicy, przygotowują posiłek i stawiają miski na podłodze, w części „angielskiej” „obozowego” schroniska. Anglicy odmawiają jedzenia w takich warunkach, oświadczając, że poddani Królowej, nie będą posilać się na podłodze. Po tym oświadczeniu, przyjętym przez wrogów z zakłopotaniem, ale też z szacunkiem i zrozumieniem, wszyscy rozbitkowie jedzą wspólnie przy jednym stole.

Czy Polacy są mniej dumnym od Anglików narodem? Myślę, że polscy oficerowie w podobnych warunkach, także nie zgodziliby się jeść na podłodze. Takie naturalne poczucie godności jest podstawą wizerunku, ceniącego własną wartość prostego człowieka, nie mówiąc już o budowanej wspólnie narodowej dumie. Co by zrobił aktualny rząd III RP? Rozsiadł by się na deskach i potulnie złapał za łyżki, by „nie drażnić” „przyjaciół”. Podobna logika prowadzi do największych upokorzeń i szargania godności najwybitniejszych obywateli i bohaterów. Na niej skonstruowano strategię prowadzenia „śledztwa” smoleńskiej katastrofy. W rezultacie milczy się, kiedy na podłodze Rzeczypospolitej szulerzy przesuwają ciała ofiar i trumny, jak figury w grze w trzy karty, nie pozwalając nawet zgadywać, kto gdzie i zamiast kogo został pochowany.

Przypominamy sobie znowu rocznicę stanu wojennego i czujemy się podobnie oszukani, podobnie okłamywani i podobnie odzierani z godności i życia. Nie wszyscy potrafimy zamknąć się w małych prywatnych gettach obojętności, w Europie bez granic i bez prawdy, w lunaparkach i stadionach narodowych, gdzie nie ma miejsca na historię i pamięć. Bezradni demonstranci jeszcze raz pojawią się pod domem generała, wyruszą na marsze protestu, upominać się o upokarzaną w polskich sądach sprawiedliwość. Tylko sprawiedliwość pozwala bowiem przebaczać, budować zgodę, którą próbuje się ogłaszać, bez zwracania uwagi na poległych, których ciał nie obmyto nawet ze smoleńskiego błota. Kiedy kłamstwo zostanie nazwane kłamstwem, zbrodnia zbrodnią, kiedy winni zostaną ukarani, będziemy mogli „przestać jątrzyć”, odnaleźć spokój w sercach i Polskę sprawiedliwą. Czas wiosny, wolności i prawdziwego pojednania. Dopiero wtedy stan wojenny przejdzie na dobre do historii.

idioci nie maja masek p. gazowych

fot. Jerzy Bartonezz

Lot and smoleńską granicą

Rządowy samolot z delegacją wolnej Polski rozpadł się nad Smoleńskiem feralnego 10 kwietnia. Wybuch rozrzucił szczątki na rozległej powierzchni lasu. Ciała ofiar wywieziono na ciężarówkach do Moskwy, gdzie zostały złożone i zalutowane w podmienionych trumnach. Powyginane w wyniku eksplozji części wraku spychaczami zepchnięto na betonowe pole w pobliżu lotniska, a pozostałe pobojowisko zaorano (na metr w głąb), zacierając ślady.

Ten zaorany kawałek gruntu śmiało można nazwać pasem granicznym, który skutecznie podzielił Polaków na dwie, zupełnie obce sobie społeczności.

Po jednej stronie, obok zrozpaczonych rodzin, wdów smoleńskich i niedobitków oddziału przyzwoitych polityków stoją wszyscy, identyfikujący się z cierpieniem i krzywdą, która została wyrządzona. Ci, nie potrafiący pogodzić się z kłamstwem i cyniczną propagandą „zwykłej katastrofy lotniczej”. Którzy przestali normalnie funkcjonować, wstrząśnięci rozmiarami zbrodni. Grupa ta przypomina Cnotę z wiersza Herberta: „obciachową” płaczliwą, starą pannę z ustami zasznurowanymi milczeniem. Powtarzającą swoje wielkie „Nie” w sprzeciwie wobec upokorzenia i pojednawczego przytupywania barbarzyńców na grobach.

Hałaśliwa, roześmiana grupa po drugiej stronie przypomina „Umarłą klasę” Tadeusza Kantora à rebours. Czarne garnitury i suknie zastąpione zostały kolorowymi szmatkami z salonów projektantów mody; sztywne gorsety elastyczną logiką salonów III RP. To „kolorowa Niepodległa”, albo, jakby powiedział Herbert: „wspaniałe życie / rumiane jak rzeźnia o poranku”. Siedzi przy barach, rozprawiając o podróżach, interesach, radości chwili i planach na przyszłość. Wśród jej uczestników można rozpoznać znajome twarze zaprzyjaźnionych prezenterów telewizyjnych, bezkompromisowych artystów, wybitnych dziennikarzy i autorytetów moralnych. Czasami jednak, ich wartkie rozmowy urywają się nagle i zaczynają zmienionym głosem powtarzać w kółko absurdalne, mechaniczne sentencje, jakby dyrygował nimi sam Mistrz Ceremoni, z piekła rodem.

„Brzoza, brzoza, skrzydło, skrzydło uderzyło, uderzyło. Jak walnęło, to urwało, jak urwało, to nie wyląduję, jak nie wyląduję to mnie zabije, zabiją.” Tragiczna reinkarnacja „gęsi kapitolińskich” z „Umarłej klasy”. Ich dobrego samopoczucia nie zakłóca nawet uparta obecność po drugiej stronie granicy. Ten kłopotliwy wyrzut sumienia jest skutecznie ignorowany. Trwa groteskowy chocholi taniec, farsa życia do utraty tchu, bez pamięci i bez historii. Trwa w natchnionym przekonaniu, że inaczej być nie może, że liczy się tylko „tu i teraz” oraz „nie-polskość-normalność”. Jakby nie było Boga, który cały czas patrzy na nas, na naszą granicę, słyszy skrzypiące na cyrografach pióra.

Swobodna żegluga

Mama nauczyła mnie pokory wobec serca oraz romantycznej percepcji świata. Czy nauczyła mnie patriotyzmu? Na pewno, przemilczając często rzeczywistość, starała się odgrodzić dziecko od totalitarnego zła i zagrożenia. Patriotyzm i światopogląd przyswoiłem sobie raczej nie z tradycji, ale z doświadczenia.

Po wyjeździe ojca za granicę, Mama wychowywała mnie sama. Trudno dzisiaj w to uwierzyć, ale była systematycznie nękana przez SB za „ucieczkę” ojca z kraju internacjonalistycznej szczęśliwości. O tym dowiedziałem się po latach, ale dopiero brutalne przeżycie inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację (gdzie w sierpniu 1968 roku spędzaliśmy wakacje u rodziny) szybko otworzyło mi oczy – pomimo tego, że byłem zaledwie dorastającym chłopcem.

Wspominam o tym jakby na marginesie, bo rzecz ma być o żeglarstwie, pasji, której moja Mama poświęciła właściwie całe swoje życie. Czy może być większy romantyzm od tego pod żaglami? Większa metafora wolności, niż widok żaglowca, tnącego fale oceanu, płynącego poza niekończącą się granicę widnokręgu? Ten naturalny zachwyt i marzenie wolnej duszy „ludowa” ojczyzna dławiła w samym zarodku: na morze nie wypuszczano nikogo, a cała polska, żeglarska miłość trwała w żelaznym uścisku pilnie strzeżonych akwenów Zatoki Gdańskiej, Zalewu Szczecińskiego oraz Mazur i Pojezierza Suwalskiego. Mama porzuciła więc myśli o dalekomorskich rejsach, poświęcając się szkoleniu żeglarzy, być może także dlatego, że żeglarstwo poszerza wyobraźnię i zaraża przestrzenią, która gardzi przybrzeżnym pływaniem. W tym świecie jedynym reżimem była etyka żeglarska, bliska rycerskiej zasadzie wierności tradycji oraz estetyki.

Może właśnie to śródlądowe ograniczenie było przyczyną późniejszej fascynacji Władysławem Wagnerem, pierwszym Polakiem, który opłynął świat dookoła. Mama poświęciła się przygodzie Wagnera z całą dokładnością i znajomością warsztatu historycznego. Pisała o nim z perspektywy aspiracji morskich II RP i patriotycznej idei niesienia polskiej bandery w najdalsze zakątki świata. Nawiązała stały kontakt z mieszkającym na emigracji żeglarzem, starając się rzetelnie, w oparciu o dokumenty i przekazy współczesnych Wagnera, świadectwa jego załogantów i przyjaciół, opisać dzieje jego epopei.

Powstało na ten temat kilka książek, ale dzisiaj chciałem wspomnieć o innym epizodzie znajomości mojej Mamy z Wagnerem. Jeszcze na początku lat osiemdziesiątych polski żeglarz przesłał jej, do wykorzystania na cele popularyzatorskie, bogaty materiał fotograficzny i filmowy, w którym znalazły się także fragmenty nakręcone przez kapitana amatorską kamerą w 1939 roku. Film wzbudził sensację na festiwalu filmów żeglarskich w Katowicach, gdzie został jednorazowo pokazany. Zdecydowałem, w pięć lat po śmierci mojej mamy Anny Rybczyńskiej przygotować ten dokument do ponownej prezentacji. Pokazano go na tegorocznym festiwalu filmów żeglarskich w kinie „Wisła” w Warszawie (24-25 listopada 2012) – mają go także okazję zobaczyć Czytelnicy portalu Solidarni2010 oraz strony Marsz Polonia – nawet jeżeli nie są żeglarzami, niosą pewnie w sobie bezgraniczną przestrzeń, konieczną do swobodnej żeglugi. Film jest dostępny na YouTube, na razie tylko dla osób posiadających link. Muzykę napisał Tomasz Trzciński, pianista i kompozytor mieszkający w Niemczech.

Przyczyny rozpadu

Ponad rok temu, we wrześniu 2011 roku przeprowadziłem rozmowę z profesorem Wiesławem Biniendą. Tematem dnia była wówczas jego sensacyjna symulacja komputerowa, udowadniająca, że skrzydło Tupolewa nie mogło się urwać w wyniku zderzenia z brzozą. Naukowa praca cenionego, polskiego i amerykańskiego specjalisty, współkonstruktora wprowadzonego właśnie do floty LOT-u „Dreamlinera”, została zaraz po jej ogłoszeniu publicznie wyśmiana na medialnym forum III RP, a sam profesor nazwany przez urzędującego Prezydenta Polski  „egzotycznym naukowcem”.

Od tego czasu niezależne badania przyczyn katastrofy smoleńskiej doprowadziły do wyjaśnienia wielu zagadek; nie tylko wykluczono zderzenie z „pancerną brzozą”, ale pomimo braku „twardych dowodów” – ciągle przetrzymywanych w Rosji – jest już oczywiste, że samolot, w którym zginęła cała katyńska delegacja z Prezydentem Kaczyńskim na czele, rozpadł się w wyniku podwójnego wybuchu. Konferencja naukowa, o którą profesor Binienda bezskutecznie apelował przed rokiem, doszła do skutku w Warszawie w październiku 2012, z udziałem polskich i zagranicznych uczonych o powszechnie uznanym dorobku, związanych z renomowanymi uczelniami. Zdecydowana większość uczestników w oparciu o naukowe przesłanki potwierdziła tezę o wybuchu. Te teoretyczne, doskonale udokumentowane ustalenia zostały poparte przeciekami z samego śledztwa, dowodzącymi obecność materiałów wybuchowych w szczątkach samolotu. Dodatkowym argumentem stały się wyrwane z poszycia samolotu nity, znalezione podczas bulwersujących ekshumacji w ciałach ofiar.

Można by sądzić, że ten przełomowy moment i lawina trudnych do zakwestionowania dowodów zmieni narrację smoleńską rządzącej ekipy i basujących jej dziennikarzy mediów głównego nurtu (czy, jak je nazywa Grzegorz Braun – „głównego ścieku”) Tak się jednak nie stało, a strategia przemilczenia sensacji została przypieczętowana przez premiera rządu zdecydowanym oświadczeniem, że największym jego autorytetem cieszą się „wybitni specjaliści” z nieszczęsnej komisji Millera. Sama komisja Millera, z powszechnie znienawidzonym jej przewodniczącym, nabrała wody w usta. Taktykę tę stosuje zresztą uparcie od dnia ogłoszenia kłamliwego raportu.

Brutalna, sprowokowana akcja policyjna podczas tegorocznego Marszu Niepodległości potwierdza tylko najgorsze obawy obozu patriotycznego: ekipa rządząca, odpowiedzialna za wszystkie manipulacje podczas przygotowań do wizyty Prezydenta Kaczyńskiego w Katyniu, odpowiedzialna za bezwarunkowe oddanie śledztwa Rosji, odpowiedzialna za rozpowszechnianie kłamstwa smoleńskiego w Polsce i na całym świecie – jest gotowa na wszystko, by utrzymać władzę i uniknąć odpowiedzialności i kary, o którą wyrwany z letargu naród stanowczo się upomni.

W tym kontekście nadal aktualnie i gorzko brzmią słowa wypowiedziane przed rokiem przez profesora Biniendę:

„Godność Polaków wymaga, aby śledztwo w sprawie przyczyny katastrofy prezydenckiego samolotu było prowadzone z dołożeniem należytej staranności. Wszystkie fragmenty samolotu i czarne skrzynki powinny bezzwłocznie być przewiezione do Polski, należycie zabezpieczone w strzeżonej hali. Teren katastrofy winien być jeszcze raz dokładnie przeszukany. Powinno się ocenić, jaka część samolotu została rozkradziona bądź zniszczona. Wszystkie odzyskane fragmenty winny być przeanalizowane przy pomocy mikroskopu, aby zrozumieć dynamikę pękania materiału, następnie fragmenty te winny być użyte do rekonstrukcji samolotu, aby móc ocenić kolejność rozpadu, która może wskazać przyczynę katastrofy.”

Przyczyny rozpadu samolotu rządowego 10 kwietnia 2010 stają się powoli jasne dla wszystkich, skłonnych poświęcić trochę uwagi dostępnym informacjom i faktom na temat katastrofy. Nie powinniśmy jednak na tym poprzestać. Godność Polaków wymaga także zbadania przyczyn rozpadu polskiego państwa.

Marsz Niepodległości

Tegoroczny Marsz Niepodległości nie rozpoczął się, ani nie zakończył 11 listopada. Ten marsz trwa niezależnie od kalendarza i historycznych zawieruch, trwa od pokoleń, kolejnych generacji, dla których Polska nie jest tylko miejscem zamieszkania, pograniczem Europy, „medalionem u szyi Bałtyku, schowanym pod butem Rosji” (jak pisał Wacław Iwaniuk w wierszu „Kartagina”).

Marsz mojej generacji rozpoczął się, tak jak marsz „Pierwszej Kadrowej”, na krakowskich Błoniach, podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny w 1979 roku. Nie było wtedy można mówić, o jakichkolwiek niepodległościowych sentymentach, ani patriotycznej więzi, ale nawet wyspecjalizowane, telewizyjne oddziały szturmowe Macieja Szczepańskiego nie odważyły się nazywać nas, jak współczesna „Gazeta Wyborcza”, faszystami: ględzono za to w kółko o „zgromadzeniach wiernych”. Trzeba przyznać, że był to niezamierzony wyraz największego uznania – wszyscy wtedy byliśmy bowiem, za przesłaniem Zbigniewa Herberta, „wierni”, i poszliśmy na papieskie zgromadzenia, na papieski szlak Boga, Honoru i Ojczyzny.

Nie wszystkie marsze niepodległości kończyły się pokojowo, najbardziej krwawy przebieg miały tak zwane „wydarzenia grudniowe” 1970 roku, kiedy to stoczniowcy nieśli na drzwiach ciało zamordowanego Zbigniewa Godlewskiego, zapamiętanego jako Janek Wiśniewski ze słynnej pieśni Krzysztofa Dowgiałło. Był on jedną z dziesiątek ofiar pacyfikacji strajku na Wybrzeżu. Ktoś mógłby zakwestionować kojarzenie protestu, wywołanego drastycznymi podwyżkami cen z dążeniami niepodległościowymi, ale przecież wolność zaczyna się przy stole kuchennym, przy poszanowaniu wolności słowa – w najbardziej podstawowej sferze godnych warunków życia.

Kolejną stacją krzyżowej, niepodległościowej drogi była pacyfikacja kopalni „Wujek” w Katowicach. I jak pisał Maciej Bieniasz „szły pancry, szły pancry na Wujek” – przeciw naszemu marszowi. Winni tej cynicznej egzekucji do dzisiaj pozostają bezkarni, zasilając całą hojnie emerytowaną armię komunistycznych zbrodniarzy i „ludzi honoru”. Był to dopiero początek stanu wojennego i mord na górnikach z „Wujka” był ostrzeżeniem dla społeczeństwa, że żadnych protestów, żadnych pochodów WRON-a tolerować nie będzie. Mimo to w całej Polsce dochodziło do regularnych patriotycznych demonstracji w „miesięcznice” 13 grudnia 1981 roku. Miały one zwykle podobny przebieg. Po mszy w intencji Ojczyzny i odśpiewaniu „Boże coś Polskę” formowały się demonstracje, mniej, lub bardziej brutalnie pacyfikowane przez znienawidzone ZOMO. Junta wojskowa sowieckiego generała Jaruzelskiego uciekała się do najwymyślniejszych sposobów, by zatrzymać społeczeństwo, a szczególnie młodych, w domach przed telewizorami. Pamiętam, jak 13 maja 1982 roku w trakcie planowanych mszy za Ojczyznę, wyświetlono słynny, „kultowy” film „Easy Rider”.

Czasami, by zademonstrować solidarność, patriotyzm i zaprotestować przeciwko wojnie, wypowiedzianej w 1981 roku narodowi schodzono pod ziemię – zupełnie dosłownie. Przykładem jest tutaj heroiczny strajk górników z kopalni „Piast”, którzy przez dwa tygodnie, nieugięcie trwali 650 metrów pod ziemią. Ta „armia podziemna” wystawiona przeciwko zmotoryzowanym oddziałom generałów po moskiewskich akademiach mogła odnieść tylko moralne zwycięstwo. Jej determinacja poruszyła jednak całą Polskę, niestety nie na tyle, by powstrzymać upadek kraju, rzuconego na kolana.

Wielu z nas mieszka za granicą i kiedy wydawało się, że po rozmowach okrągłego stołu i zburzeniu berlińskiego muru odzyskaliśmy niepodległość, patriotyczne uroczystości miały charakter symboliczny i mało kto przywiązywał do nich wielkie znaczenie. Po zamachu 10 kwietnia 2010 cała optyka się zmieniła. Każdy gest, każdy głos protestu, wołanie o prawdę, każda wzniesiona w niebo polska flaga zbliża nas do odzyskania godności i narodowej dumy, sponiewieranej przez serwilizm rządzącej ekipy. Marsze niepodległości, marsze manifestacji przywiązania do wartości, przekazanych nam przez pokolenia dumnych przodków, przechodzą dzisiaj przez ulice Warszawy i ulice wielu innych polskich miast, a także miast na obczyźnie; wszędzie tam, gdzie żyją Polacy. Są wyrazem naszego wspólnego porozumienia, sprzysiężenia, którego celem najwyższym jest ojczyzna prawdziwie wolna i niepodległa. Zbudowana na prawdzie. By ten cel osiągnąć, musimy być niezłomni, niezależnie od tego, w jak odległe strony globu los nas rzucił. Musimy być wolni, wolni od wygody konformizmu, byśmy mogli pozostać Polakami wśród narodów Europy i świata. By nasi bohaterowie, którzy utracili życie na polach bitewnych, wszyscy zdradzeni o świcie strzałem w tył głowy, obrabowani z młodości i zdrowia w stalinowskich więzieniach, bezimiennie zamordowani i pochowani w zbiorowych mogiłach, ci którzy całym życiem i w godzinie śmierci dawali świadectwo, a także polegli w „zwykłym wypadku lotniczym” – na zawsze odzyskali godne miejsce w historii, w naszej pamięci i naszych sercach.

Ostateczne zwycięstwo zawsze będzie po stronie sprawiedliwych. Nawet jeżeli ( by strawestować raz jeszcze Herberta) „ocaleje tylko jeden / on będzie niósł Polskę po drogach wygnania / on będzie Polską”
Stawi czoło „najgorszej ze wszystkich twarzy zdrady”
Ukrytej w smoleńskiej mgle.

Cesarz poetów na obczyźnie

Niespełna rok po ujawnieniu współpracy Ryszarda Kapuścińskiego ze służbami specjalnymi prl na początku 2008 roku poleciałem do Polski. Zupełnie niespodziewanie zostałem wówczas poddany agresywnej medialnej ofensywie, promującej twórczość kontrowersyjnego pisarza. Dyskutowano o Kapuścińskim na falach radiowych, a banery, billboardy, plakaty można było zobaczyć wszędzie – nawet na wiatach przystanków komunikacji miejskiej. Dzieła zebrane, dzieła wybitne, dzieła wiekopomne. Byłem zdumiony, gdyż wydawało mi się, że tak kompromitujący fakt biograficzny, powinien przynajmniej spowodować dyskretne przemilczenie, do czasu, aż sprawa przyschnie. W swojej naiwności nie wiedziałem jeszcze wtedy, że agenturalna przeszłość jest glejtem, gwarantującym zaszczytną pozycję w III RP.

Nie było to ostatnie zaskoczenie, spowodowane emanowaniem twórczości “cesarza reporterów”, którego rozdmuchana wielkość nigdy mnie nie porwała. Kilka dni temu wpadły mi w ręce “Wiersze zebrane”, właśnie opublikowane w wersji dwujęzycznej (polskiej i angielskiej) przez Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie. Dziwi, że emigracyjna instytucja, powołana z funduszu pisarzy – patriotów, którzy do Polski nie wracali, by zademonstrować niezłomną postawę wobec reżymu, wprowadzonego do Warszawy na sowieckich bagnetach, tak beztrosko sięga do sakiewki, pamiętającej jeszcze kieszenie Kazimierza Wierzyńskiego, Adama Tomaszewskiego i Wacława Iwaniuka. Czyżby nie było wybitnych dzieł autorów emigracyjnych, utworów krzepiących serca czy choćby dających świadectwo prawdzie i charakterom? Czy nie należałoby raczej stanowczo stać przy wartościach, definiujących jednoznacznie nasze wyobrażenie o niepodległości i nawiązujących do patriotycznej tradycji powojennej emigracji? To właśnie tej szkole powinniśmy być wierni, nie marksistowskim kursom kolaboracji i podwójnych życiorysów.

Rozgoryczony tymi refleksjami, uważnie przejrzałem dzieła poetyckie Ryszarda Kapuścińskiego. Poza jednym dobrym wierszem, lektura wypada płasko i nieprzekonująco. Pewna naiwność pisarza, widoczna już w jego książkach reporterskich, obnaża się w oszczędnych frazach osobistych zapisków, które z jakichś powodów autor postanowił utrwalić w formie wierszowanej. Zdarza się, że konfesyjny styl tych utworów wywołuje niepokojące skojarzenia – czterowersowy tekst bez tytułu można nawet odebrać, jak spowiedź TW:

“Właściwie co miałem zrobić powiedzieć – nie
powiedziałem – tak
I wtedy zaczęło się to staczanie w dół w dół
Co tu dużo mówić”

W innym wierszu przywołuje postaci dwóch poetów:

“Jakie piękne wiersze pisali
ci dwaj starsi panowie
pan Jarosław Iwaszkiewicz
i pan Adam Ważyk
jeszcze ich widzę
idą ulicą Wiejska
pan Jarosław podpiera się laską
pan Adam wpół zgięty”

Nieco inaczej wspominał Adama Ważyka Wacław Iwaniuk, mając go przed oczami, jak biegał zaraz po wojnie po Krakowie, zgięty pod ciężarem pistoletu, ścigając wrogów ludowej ojczyzny.
Ta rozbieżna perspektywa Kapuścińskiego i Iwaniuka jest wyrazem zupełnie odmiennych wizji naszej Ojczyzny. Wizja zniewolonego Kapuścińskiego, uwikłanego w układy i trzymanego na pasku władzy różni się od wizji Iwaniuka, który walcząc o Niepodległą na frontach wojennych, zachował ją w sercu wolną, niezłomną i niegodzącą się na żadne kompromisy.

Tomisko wierszy reportera spada na półkę książek do oddania, jak kamień z serca. Może odrodzi się jeszcze Oficyna Malarzy i Poetów, Wydawnictwo Księgarni Polskiej w Paryżu, Wydawnictwo Gryf, Veritas, Polska Fundacja Kulturalna w Londynie czy jedna z wielu innych patriotycznych, powojennych oficyn i zajmie się redakcją tak dzisiaj potrzebnej antologii polskiej poezji emigracyjnej i patriotycznej. Mógłby ją otwierać wiersz Kazimierza Wierzyńskiego:

“Jest jeszcze miłość,
Raniona miłość
Samotna, gorzka,
Której nic nie odstraszy”

Emigracja po Smoleńsku

10 kwietnia 2010 roku doszło do zamach na polskiego Prezydenta i 95 osób, towarzyszących mu w locie do Smoleńska. W wyniku wybuchu samolot rozpadł się na porozrywane szczątki, które trafiły nie tylko w bagnisty, cmentarny las polskiej tragicznej historii. Części samolotu rozprysnęły się w najdalsze zakątki globu, wszędzie tam, gdzie mieszkają Polacy. Zarówno Ci, dla których wolność i niepodległość jest żywą tradycją, jak i ci wyzwoleni, którzy postanowili nazywać się Europejczykami i obywatelami świata. Odłamki te utkwiły w naszych sercach;ć w jednych jako rozpalona, bolesna iskra; w innych jako bezwzględny, znieczulający okruszek lodu, przypominający bajkę o Królowej Śniegu, a może bardziej współczesny horror zimnej kalkulacji kagiebisty.

Katastrofa smoleńska zmieniła całe nasze życie, wielu z nas otworzyła także oczy, pozwalając poprzez wytrwałe i systematyczne próby dociekania prawdy, jasno i jednoznacznie ocenić najnowszą historię Polski i Europy. Podzieliła Polaków i podział ten dokonał się także na emigracji. Już klika dni po tragedii można było zauważyć ten rozłam, odsuwający od siebie ludzi, którzy dotychczas byli bliskimi znajomymi, mającymi wspólne tematy i – jak się wydawało – kierującymi się podobnymi wartościami. Do dzisiaj jest dla mnie niepojęte, jak część z nas odwraca się od faktów, ulega propagandzie, trwa przy niepostrzeżenie sączonym w świadomość kłamstwie i opiera się wszelkim racjonalnym argumentom.

Iluzoryczna kraina wolności, demokratycznych swobód i niekontrolowanych granic, którą rozpostarto przed oknami „wyzwolonych z komunizmu” rodaków, jak fatamorgana poszybowała daleko, nawet za ocean, odbierając najbardziej wykształconym, wydawałoby się inteligentnym ludziom umiejętność ostrego spojrzenia, dar samodzielnego myślenia i łaskę uczciwego wyciągania wniosków. Potrzeba poczucia bezpieczeństwa i naiwne przekonanie o obowiązywaniu reguł prawa w realnej polityce jest zbyt silne, by – jak obrazowo określiła to Ewa Stankiewicz  – potrafili wyobrazić sobie wolność.

Chciałbym napisać, że współczesna emigracja, to emigracja spadkobierców Kazimierza Wierzyńskiego, Zygmunta Nowakowskiego i Ignacego Matuszewskiego. Emigracja poczuwających się do moralnego prawa i obowiązku występowania w obronie niepodległości, zobowiązanych do wołania o należne Polsce równoprawne uczestnictwo w życiu międzynarodowej społeczności,  zdeterminowanych do upominania się o dobre imię naszych bohaterów  i występowania w obronie poniżanych rodzin ofiar smoleńskiej tragedii. Chciałbym, byśmy stali w obronie poniewieranych wartości i tak, jak cnota z wiersza Herberta, „powtarzali wielkie – Nie”.  Byśmy byli wierni, jak Wacław Iwaniuk, oszczepnik z Kartaginy, żołnierz do końca – niezłomny i ascetyczny. Chciałbym także nie pamiętać, że współcześni koledzy pisarze radzą, by nie zajmować się „polityką”, tylko wrócić do pisania wierszy. Chciałbym wreszcie, by rozprawy i symulacje naukowe polskich uczonych, pracujących na emigracji: Wiesława Biniendy, Kazimierza Nowaczyka, Grzegorza Szuladzińskiego, Chrisa Cieszewskiego i innych były tematem burzliwych, publicznych dyskusji na łamach polskich, emigracyjnych pism. Chciałbym, by ich odwaga i determinacja porwała większość Polonii do bardziej zdecydowanego działania. Jest nas ciągle za mało i powinniśmy wołać, za uczestnikami marszu w obronie wolności słowa i telewizji Trwam: „Obudź się Emigracjo!”

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s