Kraków

SONY DSC

 

spocone czoło południa odbija się w pełni księżyca

trudno było przetrwać między prawdą i kłamstwem

dlatego staraliśmy się przemykać zmierzchem

albo alejkami świtu przez Park Krakowski

nasłuchując ptaków i zgrzytu tramwaju

rozpędzającego się w wąwozie Karmelickiej

uciekaliśmy z miasta do miasta z pierwszej strony

„Trybuny Robotniczej” między wiersze „Sztuki Krakowa”

 

miasto oduczyło nas poczucia czasu i banalnych przebudzeń

znosiliśmy długotrwałe deszcze a dławiącą się dymem mgłę

wdziewaliśmy jak zbroję przed walką porywając za sobą

oddziały gołębi – wiedzieliśmy że przestrzeń Krakowa

nie ma trwałych granic i utrzymując się na wysokich

barowych stołkach  w „Piwnicy pod Baranami”

tulimy dymiące głowy do zimnych czaszek

bohaterów piwniczek na Rakowicach

 

gdyby w oknie na Franciszkańskiej

nie pojawiła się biała postać

gdybyśmy nie usłyszeli

bijących dzwonów

Kraków byłby jak umarły

szaroskrzydły motyl wbity w płytę

Rynku osmolonym ramieniem studzienki

przy której spłonął w proteście Walenty Badylak

 

wiedziałem że jestem emisariuszem historii

świadkiem rozmów czynów wykonawcą testamentu

kronikarzem koncertu Zbigniewa Seiferta w „Jaszczurach”

i współlokatorem powstańców styczniowych którzy ze Lwowa

przenieśli się w 1906 roku na Rajską 4 drugie piętro tam

gdzie mieszkałem siedemdziesiąt lat później bez broni

oblężony i  wierny miastu wierny jego prawom

i wierny jego zdradzonej pieśni

 

Spotkanie kanadyjskich Indian – Pow Wow Manitoulin Island

2

 

Manitoulin Island jest największą na świecie wyspą na jeziorze. Jest wyjątkowym miejscem, o niezwykłym pejzażu, gdzie współczesna cywilizacja przegrywa z naturą, nie zakłócając spokojnego rytmu życia mieszkańców. Na terenie wyspy Manitoulin mieszczą się liczne rezerwaty indiańskie, z których najbardziej słynny jest Wikwemikong,  jedyny w północnej Ameryce, którego prawowici właściciele nie podpisali traktatu, udzielającego rządowi prawa do ziemi.

 

Tereny rezerwatów trudno odróżnić je od innych osad kanadyjskich. Dlatego wielką atrakcją dla wszystkich, zainteresowanych kulturą „Native People” są tradycyjne Pow Wow, miejsca spotkań i duchowej ekspresji Indian. Są to spotkania, będące uhonorowaniem tradycji, przypominające o korzeniach i dumnej przeszłości. To nie tylko okazja do duchowego skupienia i powrotu do źródeł. Żywiołowe tańce i rytualne śpiewy są nie tylko formą potwierdzenia tożsamości, ale także demonstracją otwartości i chęci dzielenia się wyjątkowością i siłą przeszłości.

 

W pierwszy weekend lipca, od dwudziestu czterech lat szczep Sheguiandah organizuje Pow Wow na terenie mieszczącego się w północno-wschodniej części wyspy rezerwatu. Siostra wodza Pearl  Waindubence , zapraszając, z dumą mówi o niewielkiej społeczności małej osady. Zachęcam do obejrzenia krótkiego video klipu, próbującego oddać klimat wydarzenia. Najważniejszy moment Pow Wow – Grand Entry, nie został sfilmowany. Ze względu na powagę i duchowość tej części spotkania nie wolno go rejestrować.

 

 

Zwiastowanie

Należę do generacji, która miała szczęście być świadkiem wyboru Karola Wojtyły na następcę św. Piotra i triumfalnego powrotu papieża Polaka do ojczyzny w 1979 roku. Każdy z uczestników tych historycznych wydarzeń pielęgnuje w sobie osobiste wspomnienie i pamięć o charyzmatycznej obecności Papieża.

Przypomnijmy sobie, co zostało nam już ofiarowane i czego nigdy nie powinniśmy pozwolić sobie odebrać. Może także warto przybliżyć nasze doświadczenia tym, którzy nie pamiętają, oraz młodzieży, która nie ma pojęcia, z jak wielkiej ciemności wyprowadził nas Ojciec Święty.

Komunistyczne władze pomniejszały rangę papieskich homilii do jednowymiarowego religijnego nauczania. Transmisje telewizyjne były nadawane lokalnie, by głos Papieża nie był słyszany w innych regionach kraju, a także po to, by jak największą liczbę ludzi zatrzymać w domu przed telewizorem. Szerzono pogłoski o niebezpieczeństwach przebywania w tłumie, podawano „statystyki”, ile zgonów spowoduje wielki upał i milionowe zgromadzenie. Fachowcy z telewizji sprawnie montowali obrazy, tak by nie było widać młodzieży i ludzi młodych. Stwarzano wrażenie, że na papieskie msze przychodzą głównie księża, zakonnice i starcy. W rezultacie, by na bieżąco brać udział w nauczaniu Karola Wojtyły, należało nasłuchiwać zagłuszanych audycji Radia Wolna Europa z Monachium.

Kulminacyjnym momentem papieskiej pielgrzymki do ojczyzny była msza na krakowskich Błoniach. Byłem jednym z kilkuset porządkowych, zorganizowanych przez krakowską kurię, w większości studentów, którzy mieli dbać o to, by pielgrzymi łatwo odnaleźli drogę do swoich sektorów. Zbiórka była wieczorem, w przededniu mszy. Pamiętam długą, ciepłą noc, podczas której wydawało się, że nikt w mieście nie śpi – tak wielkie było napięcie i oczekiwanie. Od świtu zaczęliśmy wpuszczać ludzi do sektorów. Pielgrzymi nadciągali nieustannie, nie tylko z Krakowa i okolic, ale z całej Polski. Przychodzili z dworców, otwartych całą noc kościołów, domów i prosto ze szlaku. Na długo przed przybyciem Papieża wydawało się, że Błonia wypełnione są po brzegi. Był to jeden z tych dni w życiu, kiedy nie czuje się zmęczenia, ani głodu. Byliśmy jedynie spragnieni – nadziei, wiary i odrobiny wolności. Kiedy pojawił się papieski samochód, udało mi się stanąć na skraju drogi, wytyczonej pomiędzy sektorami, którędy miał przejechać „papamobil”. Przyznaję: chyba nie było to miejsce, gdzie miałem spełniać swoją funkcję, ale jak się okazało, była to jedyna w moim życiu okazja znalezienia się w bezpośredniej bliskości papieża. Kiedy Jan Paweł II zbliżył się, błogosławiąc, przyklęknąłem na chwilę, by zaraz zobaczyć, jak oddala się, niknąc w tłumie wiwatujących.

I od tego momentu, kiedy był z nami – mieliśmy nadzieję, odzyskiwaliśmy wiarę, byliśmy wolni. Nie namiastką wolności, ale wolnością pełną, bez granic. Której już nigdy nie byli nam w stanie odebrać – sekretarze partyjni, naczelnicy wydziałów paszportowych, funkcjonariusze milicji i SB, urzędnicy aparatu przemocy. Wracałem z Błoń wzruszony, zmęczony, zakurzony i szczęśliwy. W otaczających Błonia uliczkach stały szeregi ciężarówek, wypełnione uzbrojonymi zomowcami. Nie miało to większego znaczenia. I kiedy myślę o minionych latach, latach papieskiej katechezy i odkłamywania historii, wydaje mi się, że minęły tak jak moment, w którym Papież przejechał tuż obok, zostawiając nas na kolanach, olśnionych i uczłowieczonych.

Wkrótce potem napisałem wiersz. Zaglądam do niego po ponad trzydziestu latach z niepokojącym uczuciem, że nadal jest aktualny. Sztukę manipulacji doprowadzono do perfekcji, podlewając ją iluzją demokracji i erzacem wolności.

Zwiastowanie

„Mówię w imieniu wszystkich,
których prawa gdziekolwiek na świecie
są zapoznawane i gwałcone”
JAN PAWEŁ II

Mamie

tak mocno całuje ziemię tak leniwą
tak bardzo mocno całuje ziemię tak kapryśną
to ona tylko
nie mogła nadążyć
nie poszła za Nim
nie uniosła ciężaru
bezsilnej modlitwy
Ojcze nasz któryś jest z nami
błogosław nadzieję
która wyparła
z naszych oczu
starczy cień

mam dwadzieścia cztery lata dyplom języka obcego tak bardzo
w kieszeni głowę na drewnianym karku tak wrażliwą na środki
uśmierzania przekazu tak boli mnie szyja i chciałbym odwrócić
oko kamery od tej ściany odrapanej od tych twarzy wybranych
od tej zamazanej przestrzeni pokażcie to co widać tak dobrze
z głębi zamglonej historii każdy obraz wybrany przez słońce

przybyłeś gdzie Chrystus (podobno)
tak dobrze się czuje
jak na swoim
jak na krzyżu
gdzie wszystkie drzewa
nawet najmłodsze
majà tysiàc lat
gdzie ptaki w sennych klatkach
odlatują do nieba
Franciszka z Asyżu

kiedy płaczę nie pamiętam wszystkiego
Twoje słowa wypierają obumarłe komórki naszego ciała
Twoje słowa wypierają obumarłe komórki naszej wiary

ptak rozwija welon skrzydeł
z naszych szpitali
wybiegają cudownie uzdrowieni
chronicznie obłąkani
chorzy na co dzień

ta droga doprowadzi do mnie ta droga ten paradoks cywilizacji
daleka droga rozpisana na Twój donośny głos daleka droga do
naszego ucha zagłuszona złośliwym sumieniem

Twój głos jest donośny
wystarczajàco donośny
aby odkryć Ziemię
gdy ucichnie śpiew mikrofonu
podniesiemy pieśń ciszy
mówią że śpiewasz
i błogosławisz
ten stary
wysoki krzyż

mam dwadzieÊcia cztery lata i dobrą orientację w burzy fal radiowych
niech patron żeglarzy ma w opiece obłąkane statki
niech patron żeglarzy ma w opiece niepewne żagle
niech patron żeglarzy ma nas w opiece

módlmy się o biały żagiel
z apostołem który płynie
w tłumie pielgrzymów
prowadzàc ich do
opuszczonych domów
między granice które
trzeba przemilczeć
między zaciśnięte wargi
milczącego człowieka

jestem tu po raz pierwszy
w Krakowie mam dwadzieścia cztery lata
w Paryżu mam dwadzieścia cztery lata
mam dwadzieścia cztery lata tak daleko
tam gdzie spotkałem
wszystkich ludzi Êwiata
tam gdzie słyszałem
wszystkie dzwony świata
tam gdzie przeszedłem
wszystkie drogi świata
tam gdzie spotkałem
całą wolność świata
który czeka
na Twój powrót

czerwiec 1979

 

Pierwotnie opublikowane na stronie autorskiej 9 października 2011

Wielkanoc w Toronto

Chryste nie ma miejsca
dla Ciebie w moim mieście

białe kartki kalendarza
bezimienne dokumenty imigracyjne

jeżeli nie przejdziesz
po pierwszych stronach gazet

na drugi brzeg jeziora
pozostaniesz nikim

cuda zdarzają się tylko
w godzinach największej oglądalności

a tacy jak Ty
skazani są na trzy etaty

Chryste nie ma miejsca
w naszych sercach

zbyt wielu przyplątało się
fałszywych proroków

każdy ma prawo
do bycia sobą

nie módl się za nas
skoro Bóg opuścił miasto

zbaw nas zmartwychwstań
zapłać czynsz i karty kredytowe

 

Nasi polegli

 

SONY DSC

nasi polegli nie mają

łatwego życia po życiu

nie odpoczywają w pokoju

i świeci im wiekuisty błysk wybuchu

nadal mają w naszą stronę

odwrócone głowy

tak jakby mieli

coś ważnego

do przekazania

mroczną tajemnicę

albo gest niepodległości

ocalonej w chwili

przekraczania granic

może zobaczyli po tej stronie

coś o czym powinniśmy wiedzieć

przychodzą co dzień nawet we śnie

byśmy nie ustawali w rozpaczy

oraz wołaniu o prawdę

nie pozwolili

zatrzasnąć grobów

lepiącą pięścią kłamstwa

 

wiersz z tomiku „Polska wyklęta”, „Arcana”, Kraków, 2013

 

Ukrzyżowani uskrzydleni

Katyń-Smoleńsk-1940-2010-Rajmund-Gałecki_3

 

Ksiądz Popiełuszko wygłosił ostatnią homilię
jej słowa będą hymnem ocalającym Polskę
na razie kapłan schodzi powoli z ambony
a święta Weronika przyciska do jego ust
nylonową chustę dźwiękowej taśmy
na której zapisze się prawda
wolności i męstwa

Błogosławiony Jerzy nie należy już do tego świata
jego czas nabiera przestrzeni przesypując chwile w stulecia
a piasek zamieniając w skałę na której zapisze się historia

wychodzi przed kościół
Polskich Braci Męczenników
patrzy na turkoczące po bruku kibitki
czuje jak na jego ramiona pada cień krzyża
przelatującego nad nim samolotu z innej epoki
ksiądz patrzy w ciemniejące niebo czekając już tylko
aż oprawcy powloką go wzdłuż toruńskiej szosy
i wrzucą w otchłań zatęchłego bagażnika
wieko się zatrzaśnie i od tego mgnienia
przeszywającego mrok nieśmiertelności
tylko on będzie poznawał szczegóły męki
prawdziwe rysy twarzy prześladowców
echo ich kroków będzie się niosło
niezmordowanie i bezkarnie
po bezdrożach ojczyzny
po salach sejmowych
policyjnych posterunkach
sądach gabinetach zbrodni i zdrady
będzie się niosło ponad uśpionym lądem
powracało przypominać zabójcom że zbrodnia trwa
a dzieło spustoszenia nie zostało ukończone
jak długo prawda i dobro zwycięża

świt
przystanął
i nagle zawrócił
pod osłoną ciemności
nierozpoznane postaci wloką
dziewięćdziesięciu sześciu
wysłanników słowa i pamięci
nad płytą lotniska unoszą się
przyspieszone oddechy pachołków
emisariusze nie znają przeznaczenia
wrzucani są po kolei w otchłań Tupolewa
wilgotne ciemne powietrze powoli nasyca się
zapachem materiałów wybuchowych siarki mgły
przetaczają się z błyskiem płyty awaryjnych wyjść

współczesne drogi krzyżowe
stawiane są na podniebnej Golgocie
groby pustoszeją przed zmartwychwstaniem
a rodzinom wydaje się akty zgonu i świadectwa pogardy

otworzą się wieka zalutowanych trumien
pochyli nad nimi ostatni legion sprawiedliwych
zniknie związane sznurkiem ciało księdza Jerzego
pójdą do nieba sprofanowane szczątki Anny Walentynowicz

 

 

Wiersz opublikowany w bibliofilskim nakładzie 30 egzemplarzy przez „Oficynę FJ”, Toronto, 2013

Ilustracja:  obraz Rajmunda Gałeckiego, „Katyń, Smoleńsk” – źródło portal http://hej-kto-polak.pl/wp/

Gest Kamila Stocha

Kamil Stoch

Jako dziecko miałem wiele marzeń. Jednym z piękniejszych był start w igrzyskach olimpijskich. W tych zapomnianych czasach uważano, że najważniejszy jest sam udział i szlachetne współzawodnictwo. Kult zwycięstwa i medali przyszedł dopiero później, w miarę, jak degradowały się standardy rywalizacji sportowej. Marzenie olimpijskiej glorii nie miało szans spełnienia i moje aspiracje ograniczyły się do planów uczestniczenia w igrzyskach w charakterze widza.  Najpierw jednak należało uzyskać paszport, co w realiach prl-u zajęło dziesiątki lat: kilka olimpiad letnich i zimowych. Skazani byliśmy na wiadomości sportowe i miejsce przed telewizorem. Śledziliśmy wyniki poszczególnych konkurencji i tabele medalowe. Wyznaczono nam rolę biernych kibiców, ale z przekory szukaliśmy w sporcie tego, czego nam nie dawano: hartu ducha, wytrwałości, pragnienia wolności i zwycięstwa nad słabościami i szarzyzną zniewolenia. Potrafiliśmy dostrzegać w sporcie piękno i heroizm samotnej walki. Zwycięstwa naszych idoli rekompensowały codzienne upokorzenia. Te wieloletnie doświadczenia pozwalają na spojrzenie z dystansu, pewne refleksje i uczciwą ocenę imprezy w Soczi. Czy kontrowersje rozpoczęły się dopiero w momencie przyznania Rosji prawa do organizacji największego sportowego wydarzenia ? Kiedy zaczął przygasać znicz olimpijski z Aten 1896 roku ?

Jeden z największych narciarzy alpejskich Ingemar Stenmark nie został dopuszczony do udziału w zimowych igrzyskach olimpijskich w Sarajewie w 1984 roku. Miał na nich bronić tytułów mistrza olimpijskiego w slalomie specjalnym i gigancie. Przyczyną dyskwalifikacji był komercyjny kontrakt, który szwedzki alpejczyk podpisał z producentem nart. Międzynarodowy Komitet Olimpijski stwarzał jeszcze wtedy pozory trwania przy amatorskiej koncepcji igrzysk, starając się kontynuować tradycję idealistycznej wizji barona Pierre de Coubertin. Był to jednak łabędzi śpiew organizacji, niesionej już na wzbierającej fali politycznych nacisków i wygórowanych oczekiwań potężnych sponsorów. Ofiarą tej hipokryzji stał się szwedzki champion.

Kto dzisiaj jeszcze pamięta o szlachetnym baronie z innej epoki ? W trzydzieści lat po dyskwalifikacji Stenmarka w igrzyskach biorą udział nie tylko sportowcy, zaangażowani w marketingowe przedsięwzięcia. Praktycznie wszyscy stali się zawodowcami i do Soczi przyjadą milionerzy, z zarabiającymi krocie hokeistami na czele. Owszem, profesjonalni sportowcy są dumni z szansy reprezentowania swoich krajów i będą walczyć fair, w uczciwej i szlachetnej rywalizacji. Chociaż zasady fair play nie są już tak oczywiste, jak kiedyś. W wielu dyscyplinach liczy się zwycięstwo za wszelką cenę, bo na mecie czeka pieniężna gratyfikacja, o wysokości której nie mogą śnić zwykli śmiertelnicy.

Czy warto więc udawać, że nie przeszkadzają nam całe segmenty reklam, przerywających transmisje z zawodów? Gładkie zdania polityków i działaczy sportowych, skupiających się przed kamerami na dawno już porzuconych wartościach ? Będziemy obserwować współczesnych gladiatorów, narażających zdrowie i życie dla wielkiej sławy i często równie wielkich pieniędzy. Wspomniany Stenmark nie miałby dzisiaj szans. Ten mistrz slalomu nie czuł się komfortowo przy prędkościach bliskich 120 km na godzinę. Dzisiejsi zjazdowcy mkną o wiele szybciej, a producenci sprzętu robią wszystko, by te osiągnięcia wyśrubować jeszcze bardziej. Ryzyko kontuzji, a nawet śmierci jest zupełnie realne i zawodnicy, chcąc być w czołówce, muszę je podejmować. Liczy się wyczyn, rekord i przekraczanie kolejnych barier. Samego sportowca, jego bezpieczeństwo i ideę równej walki przytłacza koncepcja zapewnienia spektakularnego widowiska. Mimo wszystko, siadając przed telewizorem, skupiamy się na pięknie rywalizacji i magicznym uroku sportu. Liczymy na sukcesy nieznanych młodych zawodników, przed którymi otworzą się wielkie kariery. Będziemy dopingować Polaków i ulubionych mistrzów. Przymkniemy oko na komercję i potężny biznes, walczący za plecami olimpijczyków o prawdziwe złoto.

Przed rokiem zaczęto wspominać o możliwości bojkotu zimowych igrzysk w Soczi. Prezydent Niemiec Joachim Gauck ogłosił, że nie pojedzie na otwarcie imprezy, co uznano za protest przeciwko prześladowaniu opozycji w Rosji. Jednak żaden z polityków nie zajął stanowczego stanowiska i przyczyny ich absencji można się jedynie domyślać. Dwuznaczną sytuację wykorzystał Donald Tusk, który nie pojedzie do Soczi, zastrzegając się, że jego decyzji nie można nazwać bojkotem. To pozowanie na niezależnego przywódcę nikogo nie nabierze, bo powszechnie jest wiadome, że Tusk nie zrobi niczego, co mogłoby niepotrzebnie „drażnić Rosjan”. Cała ta polityczna gra w „chowanego” przypomina kiepską farsę, bo przecież mamy w pamięci olimpiadę z 1980 roku w Moskwie, zbojkotowaną z powodu agresji na Afganistan przez większość krajów zachodnich. Polscy sportowcy, reprezentujący satelickie państwo sowieckiego bloku musieli pojechać do Moskwy, ale ich udział chwalebnie zapisał się w historii, dzięki symbolicznemu „gestowi Kozakiewicza”. Ten spontaniczny sprzeciw i protest polskiego tyczkarza, po zdobyciu złotego medalu i pobiciu rekordu świata, wywołał gwałtowną reakcję ambasadora Związku Sowieckiego, który żądał dożywotniej dyskwalifikacji dla sportowca. Nawet władze prl nie uległy tej presji, co byłoby zapewne niemożliwe w III RP, gdzie każde podniesienie brwi przedstawicieli Rosji rzuca na kolana polski rząd, zastępy urzędników i pochwalne chóry artystów. Bojkot igrzysk w Moskwie nie powtórzy się i trudno oczekiwać, by ktokolwiek ze światowych sportowców wychylił się z radosnego pochodu uczestników tegorocznych igrzysk. W tym kontekście niespodziewaną radość wywołuje „gest Kamila Stocha”, który zaprezentuje na igrzyskach wspaniały kask, opatrzony emblematem polskich sił zbrojnych. Tak szybujący ponad rosyjską skocznią polski zawodnik na pewno pokrzepi nasze wątpiące serca. (Złoty medal, zdobyty w stylu największych, niepokonanych mistrzów nadaje gestowi Kamila Stocha zupełnie historyczny wymiar. Niezależnie od tego, jak głębokie były intencje skoczka z Zębu, przejdzie on do historii sportu i Polski, jako wielki champion i patriota.)

Same igrzyska wywołują jednak bezsilny sprzeciw krytyków tego wydarzenia pod nadzorem rosyjskich służb specjalnych. Sceptycy są jednak zepchnięci na margines politycznie poprawnego, medialnego entuzjazmu. Dlaczego organizację imprezy, mającej jednoczyć świat przyznano krajowi, który słynie z łamania praw człowieka, politycznych zbrodni, imperialnej polityki i szerzenia międzynarodowych konfliktów ? Dla Polaków dodatkowo bolesny będzie fakt, że zawody sportowców z całego świata otworzy Władimir Putin, współodpowiedzialny także za organizację wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu w 2010 roku. Trzymający dzisiaj walczącą o wolność Ukrainę w żelaznym uścisku. Te wątpliwości nie przeszkadzają zachodnim dziennikarzom i korespondentom. Tak, jak w Jałcie będą przechylać szklanki rosyjskiej wódki, udając, że nie dostrzegają dowodów zbrodni. Przytakną wprawdzie, że przyznanie Rosji organizacji igrzysk jest kontrowersyjne, ale wspomną co najwyżej o korupcji podczas budowy obiektów olimpijskich, nie wykończonych hotelach i braku tolerancji rosyjskiego prawa wobec związków homoseksualnych. Ten ostatni problem był głównym „leitmotivem” specjalnego programu olimpijskiego kanadyjskiej telewizji CBC. Jakby nie było innych, bardziej bulwersujących zagadnień. Przed Imperium stoi więc prawdziwa szansa: świat odwraca się od prawdy i niewiele trzeba, by Rosja bezkarnie „tymczasowo przesuwając” granice, została uznana za demokratyczne państwo, w pełni przynależące do wspólnoty zachodniej cywilizacji.

Aleksander Rybczyński

STENMARK-Ingemar-NewHeader

Kamil Stoch został złotym medalistą olimpijskim

 

 

fot. Kamila Stocha: PAP/ Grzegorz Momot

fotografia Ingemara Stenkarka ze strony http://www.olympic.org/ingemar-stenmark