Ukrzyżowani uskrzydleni

Katyń-Smoleńsk-1940-2010-Rajmund-Gałecki_3

 

Ksiądz Popiełuszko wygłosił ostatnią homilię
jej słowa będą hymnem ocalającym Polskę
na razie kapłan schodzi powoli z ambony
a święta Weronika przyciska do jego ust
nylonową chustę dźwiękowej taśmy
na której zapisze się prawda
wolności i męstwa

Błogosławiony Jerzy nie należy już do tego świata
jego czas nabiera przestrzeni przesypując chwile w stulecia
a piasek zamieniając w skałę na której zapisze się historia

wychodzi przed kościół
Polskich Braci Męczenników
patrzy na turkoczące po bruku kibitki
czuje jak na jego ramiona pada cień krzyża
przelatującego nad nim samolotu z innej epoki
ksiądz patrzy w ciemniejące niebo czekając już tylko
aż oprawcy powloką go wzdłuż toruńskiej szosy
i wrzucą w otchłań zatęchłego bagażnika
wieko się zatrzaśnie i od tego mgnienia
przeszywającego mrok nieśmiertelności
tylko on będzie poznawał szczegóły męki
prawdziwe rysy twarzy prześladowców
echo ich kroków będzie się niosło
niezmordowanie i bezkarnie
po bezdrożach ojczyzny
po salach sejmowych
policyjnych posterunkach
sądach gabinetach zbrodni i zdrady
będzie się niosło ponad uśpionym lądem
powracało przypominać zabójcom że zbrodnia trwa
a dzieło spustoszenia nie zostało ukończone
jak długo prawda i dobro zwycięża

świt
przystanął
i nagle zawrócił
pod osłoną ciemności
nierozpoznane postaci wloką
dziewięćdziesięciu sześciu
wysłanników słowa i pamięci
nad płytą lotniska unoszą się
przyspieszone oddechy pachołków
emisariusze nie znają przeznaczenia
wrzucani są po kolei w otchłań Tupolewa
wilgotne ciemne powietrze powoli nasyca się
zapachem materiałów wybuchowych siarki mgły
przetaczają się z błyskiem płyty awaryjnych wyjść

współczesne drogi krzyżowe
stawiane są na podniebnej Golgocie
groby pustoszeją przed zmartwychwstaniem
a rodzinom wydaje się akty zgonu i świadectwa pogardy

otworzą się wieka zalutowanych trumien
pochyli nad nimi ostatni legion sprawiedliwych
zniknie związane sznurkiem ciało księdza Jerzego
pójdą do nieba sprofanowane szczątki Anny Walentynowicz

 

 

Wiersz opublikowany w bibliofilskim nakładzie 30 egzemplarzy przez „Oficynę FJ”, Toronto, 2013

Ilustracja:  obraz Rajmunda Gałeckiego, „Katyń, Smoleńsk” – źródło portal http://hej-kto-polak.pl/wp/

Kolekcja (fragment opowiadania)

Toczy się wśród nas cicha wojna – o miejsce na półce i właściwą ekspozycję na ścianie. Rządzi jednak nami hierarchia wartości, kanon estetyki i niestabilny ranking mody oraz preferencji stylu oraz narracji.  Nie decydujemy o sobie i nie mówimy nic, chociaż siła przekazu jest sensem naszej egzystencji. Godzimy się na wszystko i cierpliwie znosimy przeznaczoną nam rolę. Znamy swoje miejsce i kapryśne gesty naszego przelotnego właściciela. W jakiś sposób nawet nas wzrusza jego troskliwość i czułość, z jaką chwilami na nas spogląda. Nikt nie podejrzewa, że zamykając w swoich grzbietach, ramach i kształtach wzloty cywilizacji mamy także dar obserwacji, pozwalający wątłe iskierki życia, tlącego się w naszej niemej obecności, przechowywać razem z pyłkami kurzu miedzy kartkami, w szczelinach sąsiadujących ze sobą smug kolorów na płótnie. Nasz właściciel może z nami zrobić, co zechce. Może nas sprzedać, wymienić na inny przedmiot, może nas ofiarować, albo nawet oddać na makulaturę, lub strącić do śmietnika. Akurat tej ostatniej apokalipsy obawiać się tutaj nie musimy. Przechowujemy się z pisarzem, który ma dobry gust, jest kolekcjonerem, traktuje nas nie tylko z sentymentalnym przywiązaniem, ale także jako inwestycję. Nasz byt wydaje się trwały, prawdopodobnie przeżyjemy nie tylko biografa naszej świadomości, ale także jego dzieci i następne generacje bibliofilów i miłośników sztuki. Iluzja wieczności, której jesteśmy świadomi ma jednak swoje granice i kruszeje nam papier, rozszerzają się krakelury obrazów, pęka emulsja światłoczułego papieru fotograficznego. Wszystko w obliczu zagrożeń, na które jesteśmy narażeni tak, jakbyśmy żyli naprawdę. Nie mówimy o banalnych konsekwencjach lektury w łóżku, czy podczas posiłków i naświetlaniach promieniami słonecznymi.Paradoksalnie: im bardziej wątłe jest nasze istnienie, tym większą przypisuje się nam wartość. Nie potrafimy się poskarżyć, któż zresztą by nas wysłuchał? To my musimy być cichymi świadkami rozmów telefonicznych, dyskusji przy winie, przekleństw, szeptów i odgłosów uprawiania miłości, której sekretu nie można przecież poznać bez wiedzy i tajemnic powierzonych naszej plotkarskiej naturze. Nasza prawda jest jednak prawdą innych i powtarzamy wszystko słowo w słowo, forma w formę, siląc się czasami jedynie na niuanse światła, wykorzystując chwile słabości i nastroju bezbronnych, zwykłych śmiertelników. Mówimy to, co kazano nam powiedzieć, możemy co najwyżej otworzyć się przypadkiem, podsuwając znaczący fragment. Wtajemniczeni twierdzą, że nasze głębie kryją się miedzy wierszami, ale o tym wiedzą tylko powierzający nam swoje przesłania. Mimo całej zgromadzonej wiedzy, niewiele możemy zrobić. Nie ruszamy się z półek, nie zmieniamy miejsca pobytu, możemy tylko liczyć na przeprowadzkę, albo przemeblowanie. To prawda, szczęściarzom zdarzają się podróże, ale spotyka to zazwyczaj płotki – popularne przedruki, albo trywialne przewodniki. Arystokracja: pierwsze wydania, egzemplarze podpisane przez sławnych autorów, stoją w równym szeregu, w cieniu wybranych półek, w dyskretnej ekspozycji, stale na baczność, jak na karnym apelu legii cudzoziemskiej. Tak wygląda nasze życie codzienne, czyli wieczność. Czasami jednak wieczność burzą małe katastrofy, nieoczekiwane nieszczęścia, choć przecież, gdyby zachować rozsadek, znając swoje miejsce, można by uniknąć najgorszego. Nie należy wywoływać wilka z lasu, ani nie kusić losu. Tej mądrości, czy może raczej daru ostrożności nie miał nasz właściciel, niepoprawny poszukiwacz prawdy i romantycznych porywów. Byliśmy bezpieczni, dokąd zajmował się poezją podróży, frazą odległych oceanów i zapomnianych archipelagów, roztrząsał wzloty serca i rozdzierające miłosne porażki. Poszukiwał muzy i szeptał jej do ucha, beztrosko rzucając bibliofilskie wydania na nieodkurzone dywany, Pisał wiersze, zachłystujące się świeżością języka i czystością przeżycia. Obserwował świat z perspektywy przelotnego szczęścia i intuicyjnej, egzystencjalnej rozpaczy. Obserwowaliśmy, jak koniuszkami palców wystukuje na klawiaturze komputera słowo po słowie, zastanawiając się, co z tego natchnionego, elektronicznego kodu zostanie wydrukowane, oprawione w gustowne okładki i włożone potem niedbale miedzy nasze wysłużone grzbiety. Czasami czuliśmy dotyk jego skóry, ciepło żyjącej istoty, kiedy sięgał ręką na półkę, by odnaleźć jakiś cytat. Praca pisarza stawała się coraz bardziej gorączkowa i gwałtowna. Pisał w nieregularnych godzinach, zarywając noce, ulegając wirtualnej pokusie natychmiastowego kształtowania serc i duszy. W szybach biblioteczki, za którą kryła się krucha obwoluta pierwszego wydania „Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego odbijały się bezimienne blaski komputerowego ekranu. Królowały tam niepotwierdzone fakty i zapis bez śladu na papierze. Staliśmy wiernie: bezużyteczne już słowniki i zaciężna kawaleria encyklopedii Britannica. Jak szelest kartek w szeregi poszła plotka o nieuchronnym końcu. Najpierw doszły nas słuchy o ataku hakerów, potem listonosz zaczął przynosić urzędowe, polecone przesyłki. Wezwania do sądu, a nawet anonimowe pogróżki. Nie musieliśmy uciekać się do wyobraźni, mieliśmy wszystko wyłożone kawa na ławę, zapisane czarno na białym. Historie prześladowań za wiarę i dążenie do prawdy. Historie totalitarnych reżimów i opisy banalnych zbrodni mafii. Znaliśmy konsekwencje nadużyć podatkowych i cenę dobra, walczącego ze złem. Wiedzieliśmy, jaka jest siła słowa drukowanego i jej siostry – pieśni gminnej. Nie wiedzieliśmy, czym naprawdę zajmuje się nasz właściciel, bo myśl niezapisana, nie wypowiedziana, była nawet dla nas tajemnicą.

Aleksander Rybczyński

(fragment opowiadania)

Van Gogh bez bólu

 

 

Oryginalną wystawę można obejrzeć do 3 września 2012 w National Gallery w Ottawie. „Van Gogh Up Close” ( w zbliżeniu) prezentuje ponad czterdzieści obrazów holenderskiego mistrza, sprowadzonych z światowych galerii i prywatnych kolekcji. Jak postrzegają van Gogha komisarze ekspozycji? Zgromadzono dzieła, powstałe podczas czteroletniego pobytu artysty we Francji w latach 1886-1890 – kwiaty, pejzaże, płótna będące odzwierciedleniem zachwycającej ulotności i piękna natury. Zestaw dzieł Vincenta jest równocześnie niezwykły i zaskakujący: malarz, zwykle kojarzony z ekspresyjnym dramatem burzliwej, pełnej rozpaczy egzystencji, pokazany jest w wersji „light” – niemal dietetycznej, jako łagodny obserwator natury i piewca uroków przyrody. Drastyczne i pobudzające do głębokiej refleksji najsłynniejsze obrazy musimy przywoływać z pamięci; na ścianach galerii przeciągają się politycznie poprawne świadectwa afirmacji życia.

Oglądałem wystawę targany mieszanymi uczuciami: zachwycają mało znane, wielkiej urody kompozycje, malowane znajomą postimpresjonistyczną techniką, tak charakterystyczną dla van Gogha, a równocześnie ich łagodna, pozbawiona drapieżności struktura wywołuje niepokój podejrzenia, że oglądamy znieczuloną wersję osobowości wielkiego buntownika sztuki współczesnej. Z palety kolorystycznej, na którą złożyły się najbardziej kontrastujące i sprzeczne odcienie natury ludzkiej, wyeliminowano niepokojące i inspirujące do refleksji ślady pędzla, oddające prawdziwą wielkość i charakter twórczości van Gogha.

Autorzy wystawy są mało konsekwentni – z jednej strony kładą nacisk na edukacyjny charakter ekspozycji, prezentując współczesne van Goghowi fotografie, rysunki i japońskie grafiki, które mogły inspirować artystę, a z drugiej strony zapominają, że nie wszyscy z przesuwającego się przed eksponatami tłumu wiedzą, jak wielki dramat kryje piękno pejzaży i przyrody, którą podziwiają.

Wystawa mieści się doskonale w ogólnej tendencji współczesnej, popularnej kultury, kładącej cały nacisk na „rozrywkę”, ignorującą pamięć oraz istotę poszukiwania tajemnic i dramatów ludzkiej wędrówki przez życie. Zachwycając się szczegółami, bagatelizuje syntezę i prawdziwy obraz tego, co powinno się dostrzec poza pociągnięciami mistrzowskiego pędzla.

Być może jedynym tropem, wiodącym do sedna sztuki artysty, którego emocje nie tylko gruntowały płótna, ale i prowadziły do niekontrolowanych samookaleczeń i bezgranicznej rozpaczy, jest jedna z malarskich wersji butów. Nie przystają do całości wystawy. Odnajdujemy je na niewielkim płótnie, wśród otaczających je traw późnego lata i snopków słomy. Lakonicznie naszkicowane, bezładnie porzucone w kącie podłogi, prowokują, budzą lęk, skłaniają do refleksji i pytań o nasze niespokojne miejsce w świecie harmonii i boskiego porządku natury. Pytań, uporczywie powtarzanych nie tylko przez artystów przełomu XIX i XX wieku: „skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy”.

Image 2

 

Vincent van Gogh, Irys, 1890, olej na kartonie, na płótnie, 62.2 x 48.3 cm

 

Image 1

Vincent van Gogh, Pole zboża ze snopkami, 1888, olej na płótnie, 55.2 x 66.7 cm

 

Image

 

Vincent van Gogh, Kwitnący migdałowiec, 1890, olej na płótnie, 73.5 x 92 cm

 

Image 3

 

Vincent van Gogh, Słoneczniki, 1887, 50 x 60.7 cm

 

Image 4

Vincent van Gogh, Róże, 1889, olej na płótnie, 33 x 41.3 cm

 

Od prawdy do destrukcji – o sztuce Pabla Picassa

Któż z nas, poznając tajemnice historii sztuki, ewolucję estetyki oraz stylów, nie zachwycił się sztuką Pabla Picassa? Przełom XIX i XX wieku fascynował eksplozją idei, nowatorstwem postrzegania świata i niespotykaną wcześniej w dziejach kultury zachodnioeuropejskiej mnogością stylów, burzących dotychczasowy porządek i wyobrażenia o pięknie.

Pablo Picasso,Portret Olgi na fotelu, 1918, olej na płótnie, 130×58 cm © Picasso Estate / SODRAC (2011)

Od jakiegoś czasu, zacząłem jednak nabierać przekonania, że najwcześniejszy etap w karierze bohatera wystawy w Art Gallery of Ontario – okres błękitny, jest największym osiągnięciem geniuszu hiszpańskiego artysty. Następne koleje jego twórczego rozwoju są już tylko systematyczną destrukcją poczucia klasycznego piękna i szaloną eksploatacją formy i możliwości wyobraźni, nie powstrzymywanej żadnym głębszym przesłaniem, ani zasadą wierności jakimś nadrzędnym wartościom.

 Pabl Picasso, La Célestine, 1904, olej na płótnie, 74×88 cm © Picasso Estate / SODRAC (2011)

Można powiedzieć, że w przestrzeni komunikacji wizualnej, Picasso kładzie solidny grunt pod wyeliminowanie z współczesnego kanonu sztuki zasad budowania kompozycji i wszechobecny dzisiaj relatywizm estetyczny i etyczny oraz brak potrzeby, opartego na wierze dialogu z religią. Kreatywna podróż hiszpańskiego mistrza jest fascynująca i nie tylko on sam zatracił się w tym cyrkowym tańcu formy na linie, ale także porwał z sobą krytyków, marszandów i środowiska, kształtujące estetyczne upodobania.

Picasso  nie jest nieświadomym historii amatorem, pewnie sięga do rozmaitych okresów w sztuce, potrafiąc nawiązać do pompejańskich fresków, klasycystycznego portretu i do dzieł, które na trwałe zapisały się w dziejach sztuki. Jednak nie tradycja jest elementem, podgrzewającym ten gejzer talentu. Cały czas, z upodobaniem znajduje to, co odbiega od tradycyjnie pojmowanego piękna.

Pablo Picasso, Portret Dory Maar, 1937, olej na płótnie, 92×65 cm © Picasso Estate / SODRAC

 Ten trend jest doskonale widoczny na imponującej wystawie, zaprezentowanej w AGO. Mamy tutaj zaledwie jeden obraz okresu błękitnego, kiedy to malarz głównie skupiał się na przekazaniu ludzkiego dramatu, filozoficznej refleksji  i wewnętrznej głębi, naginając formę do potrzeby humanistycznego przesłania. Od tego czasu Picasso bez żadnych hamulców rozdrabnia się w technicznych fajerwerkach, „zagadnieniach malarskich”, niuansach formy i detalach „rozmaitych punktów widzenia”, skumulowanych ostatecznie w kubistycznej rewolucji. Oczywiście, wszystkie te przemiany podsycane są niekwestionowanym geniuszem. Mimo to nie sposób nie zauważyć, ze rozpad formy łączy się z degrengoladą piękna i transformacją harmonii w niepokojącą strukturę brzydoty. Mimo to, Picasso jest zbyt wielkim mistrzem, by od niechcenia nie zachwycić doskonałością kompozycji i wzruszającą siłą wizjonerskiego gestu.

Pablo Picasso, Portret kobiety w błękitnym kapeluszu, 1939, olej na płótnie, 65×50 cm © Picasso Estate / SODRAC (2011)

Odejście od etycznego wymiaru sztuki wiąże się u Picassa z odejściem od rzeczywistości i rezygnacją z potrzeby dociekania prawdy. Moglibyśmy się zachwycać jego, nawiązującą do Goyi, „Koreańską masakrą” z 1951 roku, gdybyśmy mogli mu wybaczyć, tak charakterystyczną dla zachodnioeuropejskich artystów i intelektualistów, bezkrytyczną pochwałę komunizmu i kompletną ignorancję  zbrodni stalinowskich.

Moglibyśmy mu także wybaczyć fascynującą destrukcję piękna i barokowy wręcz rozkład formy. Skutki tej eskapady do niekończącego się postępu odczuwamy jednak boleśnie do dzisiaj: karmieni monotonią sztuki konceptualnej i jałowizną współczesnych instalacji. Byłoby to znośne, gdyba za magią nowości, obowiązującą ironią i płaską ścianą nicości kryła się iskra Boża, chociaż w połowie zbliżona do jasności talentu Pabla Picassa.

Pablo Picasso, Kobieta na poduszce, 1969, olej na płótnie, 194×130 cm © Picasso Estate / SODRAC 

Wprowadzenie do wystawy stanowi, z pozoru banalna, seria czarno-białych fotografii z epoki, autorstwa Picassa i współczesnych mu fotografów. Niektórzy z nich pozostali anonimowi; inni, jak Robert Doisneau należą do światowej historii gatunku. Cudowna niedoskonałość tych odbitek, wykonanych z negatywów w ciemni, oparta na intuicyjnie uchwyconej przypadkowości chwili, tak bardzo przewyższa współczesną, wystudiowaną w „photoshopie” perfekcyjność cyfrowej podróbki prawdziwej sztuki fotografii. Światłoczuła emulsja, w najszlachetniejszej postaci,  jest bowiem niewrażliwa na iluzję, ani na pospolite kłamstwo.

Picasso, Arcydzieła z Musee National Picasso w Paryżu, Art Gallery of Ontario, Toronto, 317 Dundas Street West, od 1 maja do 26 sierpnia 2012

Chagall w pułapce rewolucji

Wyjechali właściwie wszyscy: wielcy, którymi szczyci się dzisiaj historia sztuki, a współczesna Rosja skwapliwie zbiera dywidendy piękna, którym obdarzyli świat.

Mark Chagall po pierwszej podróży do Paryża w 1911, powrocie do Rosji, spowodowanym wybuchem wojny światowej, doczekał rewolucji, gdzie miotał się pomiędzy oczekiwaniami reżimu, a potrzebą pozostania w swoim własnym świecie artystycznych marzeń. W 1922 wyjechał do Paryża, tym razem na stałe.

Podobne były losy Wassilego Kandinskiego, który zmuszony do powrotu do Rosji po wybuchu I wojny światowej, wytrzymał w ojczyźnie kilka lat, by w 1921 roku wyjechać na stałe do Monachium.

Natalia Gonczarowa i jej mąż Michał Łarionow podróżowali pomiędzy Rosją i Europą, by w 1915 na osiedlić się w Szwajcarii.

Sonia Delaeunay wyjechała z Rosji zaraz na początku XX wieku, najpierw do Niemiec, potem do Francji, by już nigdy do Rosji nie powrócić.

Podobny był los Aleksandra Archipenki, mieszkającego od 1908 roku w Paryżu.

Kazimierz Malewicz, pochodzący z polskiej rodziny, być może najwybitniejszy z wymienionych powyżej był jednym z nielicznych artystów, którzy dobrowolnie zdecydowali się na pozostanie w sowieckiej Rosji. Ten twórca suprematyzmu, jeden z największych przedstawicieli awangardy i myślicieli w sztuce, pomimo tego, że poruszał się w „świecie bezprzedmiotowym” (tytuł jego najsłynniejszego traktatu) został w 1930 roku aresztowany przez NKWD.

El Lissitzky, kolega Malewicza z witebskiej grupy Unovis, potrafił lepiej balansować nad totalitarną przepaścią. Będąc sowieckim ambasadorem kulturalnym w Berlinie, żył właściwie w dwóch światach, przezornie ofiarowując swój talent na usługi reżimu. Kto wie, może rezygnacja z idealistycznych teorii suprematyzmu na rzecz realizmu socjalistycznego i projekt pomnika Stalina ocaliły go przed pogromem czystki lat trzydziestych.

Poprawni politycznie kuratorzy wystawy nie za bardzo wiedzieli, jak sobie z tym totalitarnym chaosem poradzić. Zupełnie niepotrzebnie starali się postawić znak równości pomiędzy rewolucją w sztuce, a rewolucją październikową. Jakie bowiem  inne wnioski można wyciągnąć, kiedy na tablicach informacyjnych, wprowadzających do prezentowanych dzieł sztuki czytamy, że odzwierciedlają one nowe socjalne, polityczne i religijne swobody Rosji?

Bezwstydnie mówią o „nowej wolności i nadziei”, postępującej za rewolucją 1917 roku; naiwnie powtarzają propagandowe brednie o wyzwolonych przez rewolucję artystach, wcielających „marzenie o równości społecznej w życie”; z uznaniem odnotowują, jak państwo sowieckie zaprzęgało energię malarzy, rzeźbiarzy, fotografów i architektów, by słać „przesłanie równości i wolności swoim obywatelom”.

Skoro się tak bez zająknienia cytuje skompromitowane slogany, należało pokazać choć część historycznej prawdy, ponieważ wielu z nabożnie przesuwających się przed eksponatami galerii widzów, bezmyślnie przełknie kłamstwa, podszyte ideologią, stale nie skompromitowaną powszechnie  i nie odrzuconą przez światową opinię publiczną.

Wspólnym mianownikiem tych wybitnych artystów na pewno nie był rewolucyjny duch krwawego przewrotu. Łączył ich pokrewny geniusz indywidualnego talentu i samotnego poszukiwanie nowych środków wyrazu i porozumienia. W latach trzydziestych w sowieckiej Rosji geniusz ten wyginął w łagrze socjalistycznego realizmu. Prawie żaden z prezentowanych na wystawie artystów nie miał nic wspólnego z legitymizowaniem nowego porządku terroru. Ich estetyczna świeżość, którą tak łatwo się zachwycić, marzycielska wyobraźnia, kolorystyczne piękno i nowatorstwo form stało się dominującym punktem ciężkości całej ekspozycji, z całkowitą bagatelizacją otaczającej rzeczywistości.

Tak, jak nie jest do pomyślenia wystawa prezentująca artystów, którzy otarli się o nazistowskie Niemcy, bez przypomnienia grozy Holokaustu, nie powinno być możliwe powtarzanie propagandowych komunistycznych komunałów, bez kiwnięcia palcem, by odsłonić choć skrawek prawdziwego oblicza zbrodniczego systemu, jakim była stalinowska Rosja. Jest to niemoralne wobec dwudziestu milionów ofiar tego utopijnego przedsiębiorstwa zagłady i śmierci.

Jeden obraz Chagalla, przedstawiający rewolucyjną tłuszczę i stojącego na ręce Lenina nie jest wystarczającym komentarzem do historii sowieckiej Rosji, systematycznie wymazywanej ze świadomości zachodniej cywilizacji.

Chagall i rosyjska awangarda, Art Gallery of Ontario, Toronto, od 18 października 20011 do 15 stycznia 2012

Caravaggio i jego naśladowcy

“Caravaggio i jego następcy” (”Caravaggio and His Followers”) jest wystawą niezwykłą, albo nawet wystawą magiczną – jeżeli chcemy użyć słowa pobudzającego wyobraźnię i emocje. Wychodząc z niej, zadajemy sobie pytanie: cóż takiego ważnego ma do powiedzenia cywilizacja początku trzeciego tysiąclecia, czego nie powiedzieliby lepiej, dosadniej i subtelniej malarze kręgu Caravaggia? Ukryci w zamierzchłej przeszłości odkrywcy tajemnic i posiadacze klucza do uniwersalnej prawdy? 

1920px-Caravaggio_(Michelangelo_Merisi)_-_The_Cardsharps_-_Google_Art_Project

Prawda, to pierwsze słowo, nasuwające się jako komentarz do artystycznego przekazu przełomu szesnastego i siedemnastego  stulecia. Dzisiaj wołamy o nią rozpaczliwie, marząc co najwyżej o odrobinie uczciwości i chwili szczerości, podczas gdy nasze aspiracje są ośmieszane relatywizmem półsłówek, mających zastąpić pytania o sens naszego istnienia spojrzeniem przez dziurkę od klucza w fikcyjne życie możnych tego świata. Malarze, których obrazy rozwieszono na ścianach Narodowej Galerii w Ottawie dalecy są od fikcji. Opowiadają prawdziwą historię ludzkiego życia, historię cywilizacji, a także polityki. Poprzez sceny miłosnych uniesień i cierpień, poznajemy tajemnice przepowiadania przyszłości, sztukę gier hazardowych, sposoby oszukiwania oponentów i umiejętność wykradania kosztowności. Wzniosłość, duchowość i młodzieńcze piękno naszego istnienia przytłaczają małe występki i wielkie zbrodnie. Banalnej codzienności pospolitego życia towarzyszy pełna głębi refleksja nad sensem i marnością chwili. Męczeństwo świętych i ekstazy obdarzonych łaską rzucają zwycięski blask na sceny politycznych mordów. Pokrzepiona wiarą melancholia nie jest beznadziejna.

Dotychczas fascynowała mnie głównie formalna strona malarstwa Caravaggia, jego dramatyczna przestrzeń, zbudowana pomiędzy oczywistością światła, a mroczną tajemnicą i głębią ciemności. Wystawa zaprezentowana w Ottawie w pełni uwidacznia intelektualny wymiar tej sztuki. Jest spontanicznym zapisem, pełnym precyzyjnej symboliki i metafizycznej harmonii, świadomej rozpaczy, dominującej nasz ziemski los.

Zdumiewające, jak doskonale dobrano obrazy Caravaggia i jego naśladowców. Zazwyczaj widać różnicę pomiędzy pędzlem geniusza, a natchnionymi płótnami małych mistrzów. Całość buduje jednak niezwykle silny i przekonywujący obraz świata, który choć pełen łajdactwa i oszustwa, przekonany jest o wielkości istnienia, nieuchronności śmierci i obecności Boga. Świat, w którym pustka i rozpacz przegrywa z doskonałością form i potęgą ducha.

Caravaggio, Cardsharps, 1594, olej na płótnie, 94×131 cm,Kimbell Art Museum, Fort Worth 


Eugeniusz Sawczyn – rzeźbiarz samotnej prawdy

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Eugeniusz Sawczyn (1956-1998) należy do generacji wyżu demograficznego w Polsce. Podejmowano liczne próby definiowania pokoleniowych więzi! kiedy z dystansu czasu patrzę na nasze dzieciństwo i młodość, dochodzę do wniosku, że może nie byliśmy “straconym pokoleniem”, ale na pewno pokoleniem, którego los próbowano przesądzić/toporną kreską na biurkach budowniczych socjalizmu. Z okien naszych zatłoczonych klas nie można było dostrzec horyzontu, musieliśmy zadowalać się widokiem na plac zabaw, który przy okazji świąt państwowych i podwyżek cen zamieniał się w plac apelowy. Stworzono nam świat ciasny, gorset, krępujący ruchy i wyobraźnię: nikt z nas nie wyszedł z uścisku historii bez okaleczeń, których leczenie zabierało zbyt wiele czasu i często okazywało się nieskuteczne. Nie udało się wszakże zniszczyć siły ducha i niesfornej potęgi indywidualności. Ci, którzy nie potrafili się podporządkować, nie umieli żyć w kłamstwie, odnajdywali zwykle własną ścieżkę pozwalającą zachować godność, podsycającą płomyk, pochodzący od iskry bożej.

Jednym z takich samoocalonych jest Eugeniusz Sawczyn, rzeźbiarz, który całe życie poświęcił dążeniu do piękna i doskonałości. Twórca przejmujących form przestrzennego poznania świata “miał mało czasu i pozostawił świadectwo”, które mówi nie tylko o autorze. Interesuje go to, co najistotniejsze w życiu każdego człowieka: poszukiwanie wartości i trwanie wbrew nieubłaganym konsekwencjom czasu.

Zazwyczaj pracy twórczej towarzyszy kariera, której artysta poświęca mniej lub więcej uwagi. Sawczyna jednak nie interesował łatwy poklask i chęć błyszczenia w środowisku. Zawierzył samotnej prawdzie, stawiając swojej twórczości najwyższe wymagania. Jego rzeźby potwierdzają szlachetną wstrzemięźliwość autora: są zbudowane na harmonii, zwięzłym milczeniu, za którym kryje się pełna pokory litania rozpaczy i bezkompromisowa walka o zachowanie sensu istnienia i czystości przeżycia. Jego twórczość przekonuje, że spełnienie nigdy nie będzie naszym udziałem! cyzelując piękno cierpienia, odkrywamy tylko przejście do doskonalszych form.