Cztery samochody ojca

screenshot-2016-09-15-18-55-33

Rozmowa odeszła przed przyjściem śmierci. Miałem jedenaście lat, a ojciec rozpoczynał drugą młodość, zanurzając się w życiu zachłannie tak, jakby nie wypełniał nigdy wniosków paszportowych, ani nie musiał uzyskiwać zgody na zmianę miejsca zamieszkania. Żagle „Karolinki” wypełniły marzenia i ambicje, zbyt wielkie i nierealne dla kogoś, kto chciał poznać wszystko i być poetą, idącym aż do końca. Czy ojciec był poetą? Nie, był szalonym naukowcem, który precyzyjne badania kładł na szali równoważonej przez wiarę w cuda. Do dzisiaj pamiętam płonące bibułki, którymi kiedyś owijano pomarańcze, wznoszące się w przestrzeń, jako znak przyszłej nagrody Nobla.

Rozmowa odeszła, a ja chciałem do niej powrócić, rozpocząć ją naprawdę. Pragnienie to towarzyszyło mi przez lata i było tym silniejsze, im bardziej porozumienie okazywało się niemożliwe. Zwykle dyskusję odkładamy na następny dzień, musiałem ją odkładać na lata coraz dłuższe i coraz bardziej pozbawione znajomych miejsc, wspólnie przemierzanych ulic i śniadań jedzonych w pośpiechu, z dni na dnie, definiujące wspólnotę i wieczność.

Najpierw brakowało wyobraźni i odwagi, później prawda wydawała się zbyt brutalna, by po nią sięgać, a w końcu wyobraźnia przejęła władzę nad rzeczywistością i żadne pytania nie miały już mocy nadziei.

Sens można odbudować, składając kartki wyrwane z poszarpanej kroniki, pełnej przemilczeń i ukrytych faktów. Nie będzie już syntezy, zapisanych dialogów, sekwencji kadrów, tworzących jasny, harmonijny przekaz. Skazani jesteśmy na kilka pamiątek i obrazy, sklejone ze skrawków życia, powracające przez sen i niezawodną pamięć, która ocala to, co błahe, a jednak nieśmiertelne.

screenshot-2016-09-15-10-08-03

Historia mojego ojca, to historia czterech samochodów. Przemykają przez pamięć w sznurze pojazdów mknących codziennie na północ ruchliwą Avenue Road. Trudno uwierzyć, że przetrwały w zgiełku ciężarówek, wysokim tonie przyspieszających motocyklów i banalnym szmerze limuzyn dobrobytu.

screenshot-2016-09-15-10-03-10

Pierwszy to błękitna Simca Aronde, z rejestracją SK 0607. Jej charakterystyczna sylwetka samochodu z lat pięćdziesiątych budziła podziw, wyróżniając się wśród nielicznych pojazdów widocznych na ulicach PRL-u. Model, którym jeździł ojciec powstał w roku mojego urodzenia. Kiedy miałem siedem, a może osiem lat, tata posadził mnie na kolanach i pozwolił kierować. Zdarzyło się to w drodze z Białobrzegów do Błeszna. Doskonale pamiętam wyłożoną okrąglakami szosę i miejsce, zaraz za zakrętem do Radzanowa, gdzie autobusy jeździły kilka razy na dzień, a poza tym prawie nie było ruchu – czasem przemknął tylko wiejski motocyklista na Jawie, albo Junaku. Ojciec stwierdził, że będę dobrym kierowcą, co wprawiło mnie w wielką dumę. Nie wiem dzisiaj, co stało się z Simcą? Pewnie została sprzedana przed wyjazdem ojca do Kopenhagi. Była częścią mojego dzieciństwa i rodziny. Błękitna, jak niebo, jakże odmienne od szarych lakierów pokrywających milicyjne Nysy i Warszawy, których drzwiami trzeba było zawsze mocno trzasnąć, by się prawidłowo zamknęły.

Jest jeszcze jedna anegdota, związana z Simcą. rodzice jechali nią kiedyś z Katowic do Krakowa. Gdzieś w okolicy Olkusza – a zdaje się, że przez Polskę jeździło się wówczas, jak dyliżansem przez dziki Zachód – na szosie pojawiła się grupa kilkunastu wyrostków, którzy zagrodzili przejazd. Ojciec zwolnił, włączył migacz, starając się sprawić wrażenie, że się zatrzymuje. Kiedy dojeżdżał do blokujących drogę mężczyzn, ci rozstąpili się powoli tuż przed maską, a wtedy Simca przyspieszyła i całą mocą minęła napastników. Przez tylną szybę i wsteczne lusterko było jedynie widać wygrażające pięści i chuliganów rzucających kamieniami za znikającym autem.

W grudniu 1969 roku, po śmierci babci wyruszyłem po raz pierwszy na Zachód. Biuro paszportowe wydało paszport dziecku, trzymając matkę, jako zakładniczkę. Według mamy żeglarki, najbezpieczniejsza była podróż drogą morską. Zaokrętowała mnie na statek handlowy o wdzięcznej socrealistycznej nazwie „Jedność robotnicza”. Miałem koję w kabinie z „chiefem”, czyli pierwszym mechanikiem.  Pamiętam charakterystyczny, nieco zatęchły zapach, unoszący się pod pokładem statku. Był to zapach przygody, przestrzeni i oczekiwania. Wcześnie rano obudziłem się w porcie w Kopenhadze. Panował jeszcze mrok, chociaż port był już pełen ruchu. Ciemności były także różne od ponurych ciemności, znanych z socjalistycznych miast. Przez bulaj kabiny widziałem ciepłe, obiecujące światło tajemnicy nieznanego świata. Nie pamiętam, jak długo obserwowałem życie portu, w końcu na pokładzie pojawił się ojciec. przyjechał po mnie niewielkim autem NSU Prinz 1000. Samochód był chyba jasno zielony, może wpadający błękit, po dziesiątkach lat nie jestem już pewien takich szczegółów. Zamiast pozostać w Kopenhadze, pojechaliśmy do Niemiec, do Hamburga. Nie było problemu z przekroczeniem granicy bez stosownej wizy w paszporcie. W krajach, uznawanych za kraje wolności patrzono przez palce na podobne komplikacje. NSU Prinz wiózł mnie coraz dalej, ale w miarę przejechanych kilometrów tracił magiczne piękno. Mijaliśmy kolorowe stacje benzynowe: Aral, BP, Esso i schludne, jasno oświetlone sklepy i domy. Ojciec niepewnie trzymał kierownicę, oddalał się od niej, a droga, którą jechał stawała się coraz szersza, nierzeczywista, oddalona od świata oczekiwań i prostych odpowiedzi. Unosiłem się nad nią, jak nad stołem operacyjnym. Wśród pochylonych nad nim chirurgów rozpoznawałem ojca. Trzymał w dłoni skalpel i patrząc w oczy, prosił o milczenie.

screenshot-2016-09-15-10-10-54

Następny etap spotkań z ojcem, związany jest w Volvo Amazone. Po latach tata z lekceważeniem nazywał je „czołgiem” i deklarował, że więcej nie kupi szwedzkiego samochodu. Sam wspominam Volvo z dreszczem emocji: po raz pierwszy byłem w „Egely” – posiadłości z kilkusetletnim dębem, którą ojciec ukochał i uznał za prawdziwy dom i miejsce realizacji wszystkich planów i marzeń. Pod osłoną dębu ojciec wznosił laboratorium, które miało wstrząsnąć światem nauki, pod osłoną dębu, wielkiego, jak „Bartek” chciał ocalić swoje życie i stworzyć miejsce, gdzie rozkiełznana rzeczywistość nie miałaby dostępu. Liście potężnego drzewa pokornie drżały pod podmuchami wiatru znad Północnego Morza, ale nie były dosyć silne, by jak tarcza odeprzeć, zręcznie wymierzane przez życie sztychy. Remontowaliśmy dom i stawialiśmy część, przeznaczoną na naukowe laboratorium. Byłem wtedy poważnie chory i praca nie najlepiej mi służyła. Wysiłek i zmęczenie sprawiał, że nie rozmawialiśmy wiele. Ojciec także nie miał nastroju do poważnych dyskusji z synem. Był pochłonięty realizacją spóźnionych planów, ciężarówką woził materiały budowlane i z pasją używał mechanicznych narzędzi, zagłuszając wątpliwości, uciekając od problemów, w nieskończoność odkładając decyzje i unikając poważnych refleksji. Żyliśmy obok siebie, w niezupełnie tej samej przestrzeni i przypuszczam, że żaden z nas nie wiedział, jak zakończy się ta próba odbudowania rodzinnej więzi, wobec faktów, które wykluczały proste rozwiązania. Uciekałem w miejsca odosobnione, najczęściej do kabiny ciężarówki, gdzie próbowałem rozwiązać sekrety tablicy rozdzielczej. Czasami zostawałem sam w domu. Czułem się niepewnie, patrząc w okna, za którymi nie było nic poza ciemnością i nieznanym. Egely stało niemal na pustkowiu, z dala od farm i innych posesji. Pewnego wieczoru wziałem kluczyki Amazone, zapaliłem silnik i ruszyłem wąską, krętą drogą, uważając, by nie zagubić się w ciemnościach. Padał deszcz, trzymałem mocno kierownicę, naciskałem gaz i miałem wrażenie, że po raz pierwszy sam decyduję o swoim losie. Wycieczka nie była łatwa, parę razy za szybko wszedłem w niespodziewanie ostry zakręt, z trudem ratując się przed zjazdem na pobocze. Powróciłem szczęśliwie, zaparkowałem i chyba nic nie powiedziałem ojcu o swojej samotnej przygodzie. Ciemnozielone Volvo było cichym wspólnikiem tej tajemnicy. Łączył nas ojciec i w milczącym porozumieniu czuliśmy, że w jakiś sposób należymy do siebie: Volvo Amazon, ojciec i syn – wspólnota krwi, benzyny i ciągle przyciągającej się miłości. Po latach, w 2009 roku, pojechałem do Egely jeszcze jeden raz. Nie wiedziałem, że jest to ostatnie spotkanie z ojcem i że dom, który uznał za najbezpieczniejsze miejsce, wzniesiony blisko morza, osłaniany potężnym, magicznym dębem, zostanie sprzedany jeszcze przed jego śmiercią.

screenshot-2016-09-15-10-39-50

Ostatnie samochody ojca widywałem po wywalczeniu paszportów, podczas wypadów z Polski na Zachód, kiedy to zwykle udawało mi się także docierać do zmieniających się miejsc zamieszkania taty. Samochody przestały traktować mnie, jak kogoś bliskiego. Zwykle były Mercedesem o szeroko rozstawionych, wielkich i jasnych reflektorach. Zmieniały się jego modele i na próżno próbowałem słuchać bicia ich cichych silników. Spotkania były z założenia krótkie i niezobowiązujące. Nie udawały się próby zbliżenia z kierownicą, a wszelkie preteksty ojciec bagatelizował, machając ręką i przekonując, że jeszcze będzie lepsza okazja.

screenshot-2016-09-15-18-46-09

Okazji już nie było, tak jak nie było okazji do rozmowy, objęcia się i wspólnego zapłakania nad losem i życiem. Ostatni samochód zmienił właściciela i teraz już wiem, jak zawsze się wie, że jest za późno, a każda chwila była ważna, jak każde słowo, wypowiedziane i zapamiętane.

.

Aleksander Rybczyński

.

Jerzy Antoni Rybczyński

urodzony 1 czerwca 1927, zmarł 7 sierpnia 2016 roku.

To krótkie opowiadanie napisałem, by ocalić chociaż część wspomnień,

które pozostaną ze mną do końca życia.

.

Fotografia Volvo Amazone – Daniel L. Hovdahl

 

Brzegi oceanu (opowiadanie)

Screenshot 2015-11-01 22.08.03

Wychodząc z domu nie oglądał się za siebie. Nie potrafił jednak zapomnieć o postaci stojącej w oknie i machającej dłonią spoza rozłożystej paproci. Tak go zawsze żegnała matka, kiedy oddalał się po krótkiej, lub dłuższej wizycie. Stało się to rytuałem i okno bywało opuszczone tylko wtedy, gdy matka źle się czuła, albo miała o coś żal. Teraz nie było już żalu, a dolegliwości ustąpiły ostatecznie. Czasami wydawało mu się, że spoglądając przez ramię, mógłby nie tylko odtworzyć zanikający obraz, ale także spojrzeć w głąb czasu i zobaczyć dokładnie to, czemu nigdy nie przyjrzał się z należytą czułością.

Pamięć jednak była bezwzględna, odsłaniając raz po raz sceny męki, jakby wcześniej nic się nie wydarzyło, nie było narodzin, nadziei i radości. Wielokrotnie więc schodził po stopniach, krok po kroku, prowadząc matkę do samochodu, by potem zawieźć ją do parku, posadzić na ławce przed otwartą przestrzenią, wyznaczoną przez połacie boisk i wzgórza, prowadzące w cień drzew.

Matka unosiła głowę, jej twarz się rozjaśniała i z przymkniętymi oczami głęboko wdychała powietrze, powiew wiatru, niosący białe cumulusy znad wielkich jezior i oceanu. Żyła tą chwilą, bo było w niej całe piękno życia i nic już nie było poza chwilą. Zrobił wtedy kilka zdjęć. Była wczesna wiosna i drzewa jeszcze się nie zazieleniły. Nie wypuściły nawet pąków liści. Niewyraźny tors z głową z rozwianymi włosami i opuszczonymi powiekami kontrastował z nagą koroną drzew zasłaniającą siatką całe niebo. Splątane, wyostrzone linie wrastały, jak korzenie w nieobecną jasność. To matka była jednak prawdziwie nieobecna i dopiero odbitka czarno – białej fotografii pokazywała, w jakiej harmonii znajduje się z innym światem, niedostrzeganym przez soczewkę obiektywu i powierzchowne, ludzkie oko.

Wracali później do domu; było to jedyne miejsce, gdzie mogli powrócić. Niemożliwe było wychodzenie do bibliotek, na zakupy, ani wycieczki w nieznane miejsca, oferujące przestrzeń i widoki. Jednym z takich miejsc była wieża CN Tower. Nie wiadomo dlaczego, matka zawsze marzyła, by wyjechać na jej szczyt. Domyślał się, że chciała spojrzeć na swoje życie z lotu ptaka, zobaczyć, jak trudno zauważalne są dręczące nieustannie szczegóły i jak wielka przestrzeń roztacza się dokoła i z jakim wdziękiem przechodzi od zmierzchu w rozjarzoną światłami molocha noc. Przesuwał ten wyjazd na szczyt z przesądnością marynarza, naiwnie wierząc, że odkładając ostatnie marzenie na później ofiarowuje nieśmiertelność. Potem było już za późno. Stało się oczywiste, że jedynym sposobem zatrzymania czasu jest trwanie w bezruchu. Trwał więc z dnia na dzień, przykrywając kocem nocnego czuwania szarpane rany własnej duszy. Leżał w ciemności na materacu, próbując zasnąć. Kobieta, syn i śmierć. Spod zamkniętych drzwi sąsiedniego pokoju wymykało się światło. Matka nocami porządkowała rzeczy, przeglądała papiery. Zazwyczaj nie pozwalała sobie przeszkadzać. Nie miała czasu i ten argument przetaczał przez serce całe noce bezsenności.. Światło zatrzymywało się na podłodze w kuchni i wpadało w ciemność, która wydawała się nieprzenikniona i ostateczna. W tej ciemności próbował zapisywać swoje myśli, nie pozwalające ani na wypoczynek, ani na marzenia. Miał przygotowane kartki i pisał po omacku, mając nadzieję, że w świetle dnia niewidoczne znaki nabiorą sensu i ułożą się w kaligrafię znaczeń.

Matka nigdy nie lubiła się fotografować. Uważała, że uwieczniać powinno się tylko piękno młodości. Nie była zwolennikiem teorii prawdy, zawartej w zmarszczkach i głębi przeżyć odbijających się w siwych włosach. Do zdjęć pozowała z daleka, tak, by ślady czasu nie były zbyt oczywiste. Tym większe było jego zdumienie, kiedy niespodziewanie przystała na propozycję zrobienia portretu. Nie tylko zgodziła się, ale wręcz nalegała, by zrobić taką sesję. Pożyczył sprzęt od znajomego fotografa, właściciela studia portretowego. Po konsultacjach dysponował przenośnym zestawem przyzwoitego zakładu. Miał statyw, lampy, parasole i zestaw obiektywów. Wykonał kilka rolek filmu, w błogosławionej nieświadomości prawdziwej sztuki, nie znającej rezultatów do wywołania negatywów i zrobienia kontaktowych odbitek. Mógł rozkoszować się niepewnością i boskim tchnieniem, nieobecnym w fotografii cyfrowej. Zawodowy fotograf pobłażliwie rzucił okiem na odbitki. „No cóż, nie udało się” Niedoskonałość zdjęć wynikała z braku umiejętności właściwego ustawienia światła. Fotografie wydaja się być słabo doświetlone, mroczne, kontrast także pozostawia wiele do życzenia. Dzisiaj jednak patrzy na małe, próbne odbitki i widzi, że nie ma lepszego świadectwa odchodzenia i zanikania. Światło pada na twarz nieregularnie, brakuje jasności, kontury zapadają się w cienie. Matka niepewnie się uśmiecha, można mieć wrażenie, że tylko częściowo jest obecna, tak, jakby soczewka obiektywu ustawiona była na granicy dwóch światów, ulegając niewiadomej, nieopanowanej  i niszczycielskiej mocy. Podobną siłę mają fotografie wykonane po katastrofie jądrowej w Czarnobylu. Radioaktywne promieniowanie było silniejsze od światła, zniekształcając kliszę i obraz. Odkształcenie portretów matki ma jednak źródło mistyczne i niemożliwe byłoby świadome uzyskanie podobnego rezultatu.

Powoli świat zamykał się w czterech ścianach, z trudem podnosił z łóżka, nie wyglądał nawet przez okna, najczęściej przysłonięte, by lepiej oswoić wieczność. Kiedyś przyszedł do domu i na podłodze w kuchni zobaczył ciało, wciśnięte między kuchenkę, a szafkę na naczynia. Matka miała przerażoną, wykrzywioną w bólu twarz, z jej spuchniętych nóg i czoła sączyła się krew. Bezradnie próbowała się podnieść, spazmatycznie szlochając. Podniósł ją i zaprowadził do sypialni, siadając przy niej na łóżku. Powoli uspokoił chorą, opatrzył rany, położył i przykrył kocem. Spojrzał na wiszący na ścianie szesnastowieczny miedzioryt Gerharda de Jode, przedstawiający miłosiernego Samarytanina. Napadnięty przez zbójców leży przy drodze nieprzytomny, pół nagi; pochyla się nad nim podróżny, opatrując rany oliwą i winem. Przy drzewie, odwracając łeb do tyłu, stoi potężny rumak, na którym Samarytanin odwiezie rannego do gospody. Dlaczego właśnie ta grafika znalazła się w jego pokoju, ilustrując scenę opatrywania cierpiącej? Natrafił na nią przecież przypadkiem, wybrał tę spośród wielu innych, nie przewidując, że sam będzie powtarzał odwieczny akt miłosierdzia. Znalazł matkę w tej samej pozycji, utrwalonej w wizji flamandzkiego artysty. Była równie bezradna, ale nie mogła już liczyć na przypadkowego wybawcę, ani na cud. Od tego momentu wiedział, że weszli na ostateczną drogę. Lekarze już od dłuższego czasu sugerowali szpital, hospicjum. Nie chciał się na to zgodzić, gdyż dom był miejscem bardziej bezpiecznym, co ważniejsze czas nie miał do niego dostępu. Nie było limitu cierpienia, można było przeciągać je w nieskończoność. Szpital kierował się nieubłagana logiką. Dni bywały policzone i bardzo precyzyjnie przewidywano tu przyszłość. Umęczone ciała poddawano wszelkim możliwym badaniom i nie kryły już żadnych tajemnic, tylko boskie. Było wiadomo, kiedy serce nie wytrzyma obciążenia i przestanie bić. Kiedy inne organy odmówią posłuszeństwa. Lekarze byli bardzo dokładni. Dwanaście miesięcy, pół roku, może trochę dłużej; rzadko się mylili. Istniały warianty, niuanse, nieoczekiwane, krótkie odrodzenia; szkic historii choroby był jednak gotowy i szpital był miejscem, gdzie powstawała ostateczna redakcja przeznaczenia. Czas, wyznaczony kiedyś przez elektromagnetyczny rezonans i statystyczne tabele kurczył się gwałtownie i nie było warto zastanawiać się, ile ziarenek piasku pozostało w klepsydrze. Zaproponowano kilka miejsc. Nie chciał decydować bez dokładnego rozeznania, wiedział bowiem, czego matka nie znosiła i chciał wyszukać miejsce najbardziej dyskretne. Ważny był widok i otwarta przestrzeń, miejsce nie ograniczone ślepą ścianą, ani skrzydłem sąsiedniego budynku. Czy wszyscy umierający poszukują takiego komfortu? Może niektórzy wolą odwrócić się do ściany, schować głowę w poduszkę. Wiedział jednak, że rozważania takie wcale nie mają najmniejszego znaczenia. Silne narkotyki, maligna stworzą i tak wersje nierealną, nieprawdziwą, balansująca na granicy rzeczywistości, kpiącą sobie z dni i nocy. Minuty będą w niej ciążyć, jak wieczność, a godziny, dni i tygodnie staną się przeźroczyste i lekkie. Znalazł wreszcie szpital, wyglądający raczej jak sanatorium, albo hotel dla pasażerów, czekających na połączenia lotnicze. Liczył na nisko przelatujące samoloty, szczęk otwierających i zamykających się podwozi, wycie silników i szum powietrza w skrzydłach i sterownikach. Godzić się musiał na ciche, wypolerowane sale, odbijające ostatnie promienie słońca.

Tego dnia matka cichutko leżała w swoim pokoju. Nie paliła światła, nie wołała, nie płakała. Było tak, jakby jej nie było i miał przedsmak prawdziwej nieobecności, ciszy rzeczy martwych, zakłócanej jedynie śpiewaniem rur w ścianach i trudnym do wytłumaczenia skrzypieniem podłogi. Obudził matkę, a ona płacząc tłumaczyła się złym samopoczuciem, niedyspozycją. Prosiła, by przełożyć wyjazd do szpitala na następny dzień; nie mógł się zgodzić, niemalże wszak wybłagał, by znalazło się dla niej łóżko na ostatnim piętrze. Jechali taksówką i ostateczność tego kursu była powiększona przez sekwencję scen, przewijających się, jak w zwolnionym filmie. Światła zmieniały się z czerwonych na zielone, brali zakręty i nieodwracalnie zostawiali za sobą przydrożne drzewa i zieleń trawników przed domami. Zbliżała się godzina szczytu, ludzie pospiesznie wsiadali do samochodów, cierpliwie i sennie czekali na przystankach autobusowych. Matka dostała samodzielny pokój z luksusowym, automatycznie zmieniającym pozycję łóżkiem i dyskretna zasłonką. Warunki, o których kiedy w Polsce nie można było nawet marzyć. Izolatka była wtedy darem dla wybranych, gwarancją i warunkiem lepszego traktowania, szansą na szybkie uzdrowienie i powrót do życia. Tutaj była tylko rutynowym potwierdzeniem prawa do ludzkiej godności, którym skwapliwie afiszowały sie rządowe instytucje. Lekarz, patrząc prosto w oczy powiedział: „Podjął pan decyzję w odpowiednim momencie” Nie pytał o szczegóły, nie chciał wiedzieć, jakim kalendarzem posługuje się oddział chorych na raka.

Dwa dni później matka zbuntowała się. Podjęła decyzję ucieczki. Miał doprowadzić do szpitala samochód, sprowadzić ją na dół i odjechać. Próbował oponować błahym, racjonalnym wytłumaczeniem. „Mamo, nie mogę, wiesz przecież, że jutro muszę iść do pracy”

„Ależ ty jesteś głupi” odparła. Sam wiedział, że jego argumentacja jest absurdalna, ale przecież równie absurdalny był cały pomysł ewakuacji; rozniecony przez ból, rozmaite lekarstwa i narkotyki, łączący odmienne światy w jedną logiczną nierzeczywistość. Zignorował nalegania matki, ale kiedy te powtarzały się codziennie z rosnącą natarczywością, zrezygnował. „Ależ gdzie pojedziemy?” „Jak to gdzie? W świat!”

Plan był prosty. W głębi jeziora Ontario stał zakotwiczony żaglowiec „Pogoria” pod dowództwem kapitana Zdzisława Pieńkawy. Pod osłona nocy mieli dotrzeć do niego, zamustrować, po czym wydostać się na szeroki ocean.

Podjechał samochodem pod awaryjne, przeciwpożarowe wyjście. Był już wieczór, pielęgniarki rozdzieliły lekarstwa, zrobiły wszystkie rutynowe badania. Wygaszono światła. Zabrał spod recepcji wózek inwalidzki, ułatwiający przewożenie chorych. Bezszelestnie przemknęli do towarowej windy i zjechali na dół. Matka była bardzo słaba, prawie zasypiała i zamykały się jej oczy. Przeniósł ją z wózka na przednie siedzenie samochodu i przykrył szczelnie kocem. Wózek złożył i wrzucił do bagażnika. Jechali powoli przez miasto, poruszające się o tej porze w zwolnionym rytmie, tak jakby miało zasnąć i więcej się nie obudzić. Matka chciała dojechać do parku nad jeziorem, przy Lakeshore Boulvard. Miał być tam ukryty na brzegu bączek, którym mieli dotrzeć do żaglowca. Dobrze znał wyznaczone miejsce. Był w nim pierwszego dnia, po wylądowaniu w Toronto. Kiedyś ze znajomymi palili tam ogniska i pili wino nad samą wodą. Długie fale jeziora Ontario uderzały o brzeg, przypominając polski Bałtyk. „Synku, gdzie jestem, co się ze mną dzieje?” wyszeptała matka, kiedy dojechali na miejsce i przeniósł ja ponownie na wózek. „Jesteś mamusiu bardzo chora” odpowiedział, by nie ujawnić całej prawdy. Zrozpaczony pchał wózek, nie w pełni nawet zdając sobie sprawę z absurdu przedsięwzięcia, inspirowanego halucynacjami i cierpieniem, którego nie mogła już ukoić najmniejsza nadzieja.

Dotarł nad jezioro, dostrzegając na kamienistym brzegu małego bączka z wiosłem w środku. Nie zastanawiał się, co robi. Wykonywał czynności prawie mechanicznie. Z czułością pochylał się nad ciałem matki, coraz bardziej wiotkim i nierzeczywistym. Przeniósł ją blisko dziobu i odepchnął łódkę w głąb jeziora. Twarz umierającej, dotąd skurczona w bolesnym grymasie, rozjaśniła się nagle i nabrała naprężonej gładkości, jakby dostąpiła szlachetności pieczołowicie cyzelowanych głów galionów, zdobiących siedemnastowieczne żaglowce.  Wydało mu się, że po raz pierwszy od wielu miesięcy mama nabrała pełna piersią powietrza, chłonąc zapach i wilgoć rozbijających się fal. Włożył wiosło do półotworu w pawęży i zaczął „śróbkować” Była to technika, której matka uczyła go kiedyś na obozach żeglarskich. Ona sama była mistrzem takiego wiosłowania. Kręciło się szybko ósemki, uważając, by wiosło nie wypadło z dulki. Łódka tak napędzana posuwała się szybko do przodu i łatwo można było nią sterować. Starał się nie rozglądać. Ucichły odgłosy uderzania fal o burtę. Miał wrażenie, że zanurzyli się w mrocznym, gładkim, jak czarny marmur nurcie i łódka przemyka się lekko i bezszelestnie. Matka cały czas spokojnie oddychała, leżąc bez ruchu na dziobie. Był odwrócony tyłem, skupiony na śróbkowaniu. Kiedy wypłynęli w głąb jeziora, odwrócił się. Na środku akwenu stał oświetlony żaglowiec. Na rejach dostrzegł marynarzy, gotowych do rozwinięcia żagli. Wszystko stało się oczywiste, choć nadal nie wiedział pomiędzy jakimi brzegami się porusza i czy naprawdę jest jeszcze po tej stronie.

Dopłynął do burty. Zobaczył nad sobą wychylone przez  reling twarze. Odwrócił się jeszcze raz. Dinghy była pusta.

.

Aleksander Rybczyński

.

Skowyt wilków

Screenshot 2015-05-26 00.18.53

dla Filipa i  Julii.

Byliśmy na krótkich wakacjach w Algonquin Park. Nad jeziorem Kearney. Na tym samym miejscu biwakowym, gdzie rozbiliśmy się przed pięcioma laty. Miejsce było to samo, numer 237, tylko my zmieniliśmy się. Filip wyrósł, ja trochę posiwiałem.

Wieczorem zjedliśmy szybko kolację, zamknęliśmy namiot i pojechaliśmy do leśnego amfiteatru. Po przygotowawczej prelekcji, uczestnicy mieli pojechać słuchać skowytu wilków. Nie wyobrażałem sobie, jak może to wyglądać. Kiedy zobaczyłem wypełniony po brzegi parking i tłumy ludzi, zacząłem zastanawiać się nad sensem podobnego spędu. Ale wszyscy zachowywali się  jak podczas wyprawy w głąb puszczy: cicho, ostrożnie i z szacunkiem dla Nieznanego.

Szybko nastał zmierzch i sznur około czterystu samochodów ruszył wzdłuż szosy na drugi koniec największego w Ontario rezerwatu przyrody. Dojechaliśmy na miejsce i kawalkada aut zawróciła, łamiąc się w połowie tak, by ludzie stali po obu stronach szosy. Wygaszono światła, ucichły rozmowy, nie było słychać trzaskania drzwi, ani nawet głosów dzieci. Nagle znaleśliśmy się w ciemności z nieprawdopodobnie rozgwiezdżonym niebem nad nami. Towarzystwo innych stało się niedostrzegalne; można było tylko czuć obecność najbliższych, drogich sercu.

W ciszy rozległo się zawodzenie prowadzącego eskapadę naturalisty, potem dołączyła do niego asystentka, imitując głosy stada. Zlokalizowana wcześniej w pobliżu sfora wilków miała zareagować na to wołanie i odpowiedzieć. Ale zewsząd powracała tylko cisza. Cisza z głębi puszczy i pulsująca światłami gwiazd cisza kosmosu. Przez krótką chwilę pojawił się na niebie przelatujący z zachodu na wschód pasażerski samolot. Trudno uwierzyć, jak głośny wydawał się jego lot.

Przepuszczono czekające na przejazd samochody i po kilku minutach próba nawiązania dialogu została powtórzona. I znowu rozległ się ludzki skowyt, najpierw pojedynczy, potem wzmocniony na dwa głosy. I znowu cisza, żadnego wołania, wycia, tylko cisza. Jedynie oddech stygnących silników. Wilków nie było. A może tylko zignorowały nieudolną imitację instynktownej tęsknoty?

Ktoś zapalił światła, ktoś włączył silnik, ludzie szybko zaczęli wsiadać do samochodów. Filip rozpłakał się, był niepocieszony, że wilki milczały, nie dały znaku, nie pozdrowiły nas.

Ja też byłem rozczarowany. Czego oczekiwaliśmy? Porozumienia z innymi istotami, skazanymi na podobny, bezwzględny los? Potwierdzenia, że nie jesteśmy sami w nieprzeniknionej dżungli życia? Przekonania, że można rozmawiać, posługując się zupełnie innymi kodami i sposobami rozpoznawania świata? Lista oczekiwań była długa, jak długa była kawalkada pielgrzymów.

W milczeniu wracaliśmy na pole biwakowe. Powoli rozjeżdżały się samochody przed nami, i te jadące z tyłu. Byliśmy niemal sami, rozświetlając szosę długimi światłami.

Prawie nie rozmawialiśmy, Filip z trudem powstrzymywał łzy. Zrozumiałem, że stojąc pośrodku szosy, z podniesioną głową, nasłuchując, był rzeczywiście na granicy dwóch światów. Trochę w świecie dziecięcych wyobrażeń, marzeń i naiwnych oczekiwań, a trochę już w świecie młodzieńczej transformacji, w przededniu podejmowania decyzji i ponoszenia odpowiedzialności.

Przed powrotem do namiotu umyliśmy zęby. Zaparkowałem i siedliśmy przy wygaszonym tej nocy ognisku. Spojrzałem raz jeszcze na smutną twarz syna i nie zastanawiając się powiedziałem:

– Jeżeli chcesz, możemy tam wrócić i spróbujemy sami.

Chwilę póśniej jechaliśmy opuszczoną już szosą, w okolice gdzie miało być stado wilków. Zatrzymałem się na poboczu, zgasiłem silnik i światła. Stanęliśmy w ciemności, otoczeni tajemnicą i głębią nad nami.

Pierwszy zaskowytał Filip. Dziecięcym głosem, z głębi dwunastoletnich płuc brzmiał wyjątkowo dojrzale. Jego skowyt był wysoki i donośny. Po chwili dołączyłem z całych sił i piersi. Byłem zaskoczony, jak łatwo mi to przyszło, bałem się bowiem, że nie uda mi się wydobyć z siebie żadnego dzwięku.

Wyliśmy na zmianę. W otchłań pomiędzy światełkami gwiazd. W nieprzeniknioną i mroczną ścianę lasu. Nasz głos rozchodził się daleko, pełen tęsknoty, nadziei i oczekiwania. Skowytałem, cały czas pamiętając, jak trudny rok miałem za sobą i jak wiele bólu pochłoną jeszcze nadchodzące lata. Wydawało się, że tracimy powoli wszystko: nadzieja odchodziła, najbliżsi umierali, życie kulało, ukrywając się w cieniu.

Ale w tej chwili nie byłem sam, stał obok mnie syn i z głębi istnienia nawoływał wilki, nawoływał Opatrzność, nawoływał Boga. Odpowiadała cisza, równie głęboka, jak donośne było nasze skowytanie.

Po kilku minutach zrezygnowaliśmy. Znowu jechaliśmy do obozowiska, rozświetlając reflektorami tylko skrawek świata, który próbowaliśmy zobaczyć, usłyszeć i poznać.

– Wiesz co, już mi nie jest smutno – powiedział Filip.

– Nie powinno Ci być, przynajmniej próbowaliśmy, próbowaliśmy z całych sił.

Następnego dnia siedziałem na brzegu jeziora, Filip kąpał się entuzjastycznie, wznosząc fontanny wody. Obok siedziało kilka kobiet. Rozmawiały.

– Pojechaliśmy wczoraj nasłuchiwać stada wilków. Ale pojechaliśmy na darmo. Dopiero w nocy, siedząc przy ognisku, usłyszeliśmy skowyt. Musiały jednak przyjść, odezwały się same, i były niedaleko…

Uśmiechnąłem się i zachowałem tajemnicę dla siebie.

Aleksander Rybczyński

97 pasażer

prezydent_samolot

W czwartek, wczesnym popołudniem zadzwonił N. Zapytał, czy nie chciałby polecieć z Prezydentem do Katynia. Przepraszał za tak późne zaproszenie, tłumacząc to długotrwałymi, nękającymi manewrami rządu, zmierzającymi do zminimalizowania rangi prezydenckiego hołdu dla poległych w katyńskiej zbrodni Polaków. Nie chciał wdawać się w szczegóły, ale twierdził, że sprawa była wystarczająco poważna, by znacząco zakłócić tok przygotowań do tego wydarzenia. Pomysł zaproszenia go podsunął parę dni temu Prezydentowi, motywując to korzystnym wrażeniem, jakie może wywołać obecność pisarza w tak pieczołowicie dobranej delegacji. Tak zwane środowisko artystyczne lubowało się w kąśliwych uwagach i mniej lub bardziej natrętnych próbach ośmieszenia Prezydenta. Jego obecność, obecność docenianego autora średniego pokolenia mogła chociaż symbolicznie zakwestionować ten wątpliwy status quo. Miałby też okazję zgromadzić niepowtarzalny materiał, wielkiej wagi emocjonalnej i historycznej – mówił N.. Nie musiał długo go przekonywać. Sam doskonale wiedział, jak wielkim przeżyciem będzie taka pielgrzymka. Cała jego młodość była mozolnym dochodzeniem do prawdy o Katyniu. Prawdy początkowo bezczelnie ukrywanej i zasłanianej niemiecką winą, potem skutecznie pomijanej w pseudo historycznych opracowaniach, szkolnych podręcznikach i hucznie obchodzonych rocznicach wydarzeń II wojny światowej.

Miał przyjechać w sobotę rano na lotnisko w Warszawie. Był jednym z pierwszych oczekujących na Prezydenta. Podawano kawę, toczyły się, prowadzone półgłosem rozmowy. Wyczuwał podniosły nastrój i atmosferę zbliżoną do przygotowań do wyjścia na uroczystości Wszystkich Świętych. Łatwo poddał się temu nastrojowi; bestialsko zamordowani w zbrodni katyńskiej mieli tak szczególne miejsce w polskiej, najnowszej historii, że podobnie jak większość rodaków traktował ich, jak członków najbliższej rodziny; tych, którzy oddali życie wzmacniając heroiczną budowlę narodowego etosu. Tak, tak, nie zapominał o podłych, coraz częstszych głosach pogardy tych, którzy pragnęli żyć tylko dniem teraźniejszym i trudno sprecyzowaną przyszłością bez ludzkiej, pełnej zmarszczek cierpienia i ofiary twarzy. Byli to oburzeni ciągłym rozdrapywaniem ran i wołający o ciszę nad trumnami. Pojawiali się zawsze, kiedy emocje i nastrój brały górę nad pospolitością i nędzą rzeczywistości. Te piękne blaski zbiorowej tożsamości spalały ich w niekontrolowanych wybuchach bezsilnego sprzeciwu. Tego spokojnego i uroczystego poranka byli na szczęście nieobecni. Ich chwila miała jednak nadejść, złowieszczo szybko.

Prezydent nie kazał na siebie długo czekać. Przywitał się z wszystkimi i szybko zmierzali w stronę samolotu. On sam szedł w milczeniu na końcu orszaku. Nie znał prawie nikogo osobiście i prawdę mówiąc odpowiadała mu rola cichego obserwatora. Największe wrażenie zrobili na nim umundurowani generałowie, podążający za Prezydentem do samolotu. Patrzył na kolory, szarże  i fason ich mundurów, jak malarz robiący pamięciowy szkic do historycznej sceny. Przesuwając się powoli w stronę wejścia, obserwował z daleka, jak znikają po kolei w otwartym, mrocznym wnętrzu Tupolewa. Kiedy przyszła jego kolej, zajął wskazane przez stewardesę miejsce blisko ogona samolotu.

Po upewnieniu się, że nikogo nie brakuje, zamknięto drzwi i Tupolew zaczął kołować na pas startowy. Wyłączył telefon komórkowy, zapiał pasy i patrzył w małe okienko samolotu, obserwując, jak pas ziemi przesuwa się coraz szybciej i gwałtownie zostaje w dole, po tym kiedy samolot uniósł się z płyty lotniska.

Przez lata przyzwyczaił się do latania, ale zawsze gdzieś w głębi, starannie skrywany nawet przed samym sobą, tkwił racjonalny lęk przed niebezpieczeństwami takiej podróży. Znał statystyki, czuł się jednak nieswojo zdany na zespół niezależnych od niego okoliczności, mających gwarantować bezpieczny lot i szczęśliwe lądowanie. Trudno mu było zrozumieć, dlaczego polski rząd, w dwadzieścia lat po odzyskaniu niepodległości korzysta nadal z sowieckich samolotów. Gdyby leciał prywatnie, nigdy nie wybrałby takiego przewoźnika. Tym razem czuł się jednak bezpiecznie; katastrofy samolotów rządowych nie zdarzają się chyba nigdy, przynajmniej nie w strefie wolnego świata.

Tupolew wzniósł się na pułap lotu, pozwolono odpiąć pasy, pojawiły się stewardesy, oferując poczęstunek. Ten moment lotu lubił najbardziej. Patrzył za okno, na rzadko rozrzucone ponad polami chmury poniżej skrzydeł samolotu i coraz wyżej wznoszące się słońce. Zawsze fascynował go niedostrzegany heroizm takiej peregrynacji. Czuł się, jak żeglarz rzucony na fale żywiołu i zdany na własną dzielność i łaskę Opatrzności. Nigdy nie miał wątpliwości, że w tej konfrontacji siły natury zawsze górują, skłonne łaskawie ulec umiejętnościom i odwadze śmiałków. W trakcie lotu zastanawiał się, czy powinien wstać i podejść do ludzi, których tak szanował, wykorzystując okazję do nawiązania znajomości. Doszedł jednak do wniosku, że lepsza możliwość pojawi się już po wylądowaniu, w trakcie i po uroczystościach. Oparł się więc w fotelu i przymknął oczy.

Lot miał trwać niewiele ponad godzinę; wiedział, że tak krótkie przeloty w rzeczywistości wydają się jeszcze krótsze. Samolot wspina się na pułap przelotowy i zaraz potem schodzi do lądowania. Tak było i tym razem. Pokazała się sygnalizacja polecająca zapięcie pasów, zmniejszyły się obroty silników i statek powietrzny zaczął się zniżać. Ten moment zbliżania się do lotniska, redukcja prędkości i turbulencje, częste podczas przechodzenia przez warstwy powietrza i chmur budziły zawsze jego niepokój. Podziwiał precyzję, konieczną do bezpiecznego nakierowania samolotu na płytę lotniska. Nie przekonywały go współczesne, techniczne możliwości perfekcyjnego naprowadzania. Wierzył, że ostatecznie najważniejszy jest pilot, jego umiejętności i pewność rąk na sterach. Spokojnie patrzył za okno. Niebo było bezchmurne, świeciło słońce i statek spokojnie zniżał się, zataczając łuk przy podejściu na ścieżkę lądowania. Cały czas słyszał huk zamontowanych w ogonie samolotu silników. Pracowały na niskich obrotach, chwilami tylko zwiększała się ich moc, by utrzymać mechanicznego ptaka prawidłowo na kursie. Wydało mu się, że poprzez głośną pracę maszyny słyszy otwierane podwozie. Schodzili coraz niżej i nagle samolot zanurzył się w gwałtownie gęstniejącej chmurze. Nie zaniepokoiło go to, choć szybko intuicja powiedziała mu, że lecą bardzo nisko; tak nisko, że w każdej chwili spodziewał się zobaczyć pas startowy i poczuć koła, uderzające o płytę. Na pokładzie panowała cisza, jakby wszyscy zatrzymali oddech. Wtedy nastąpił wybuch. Jeden, potem drugi. Eksplozja ogłuszyła go i oślepiła. Wtłoczony w fotel miał wrażenie, że pogrążył się w koszmarnym śnie, ale zanim oprzytomniał poczuł  gorącą falę, ostry świst powietrza i gwałtowne szarpnięcie. Kiedy się ocknął, usłyszał ciche jęki i głosy. Pomyślał, że żyje i że nie tylko on ocalał. Niewiele widział, nie czuł bólu, ale nie był pewien, jakie ma obrażenia. Był w szoku. Pierwsze, co poczuł, to zapach mokradeł, zmieszany z nieznajomym zapachem spalenizny. Poczuł tez przestrzeń i charakterystyczny pogłos ciszy pomiędzy drzewami, który znał z zapamiętanych z dzieciństwa porannych wypraw do lasu. Usłyszał głosy i zbliżający się tupot ciężkich butów. Nadchodziła pomoc. Był zdziwiony, że pojawiła się tak szybko.

 

Fragment opowiadania „Na pokładzie utraconych snów”, napisanego na początku 2011 roku, zamieszczonego w przygotowanej do druku książce „Insurekcja smoleńska”. Książka opublikowana zostanie przez „Oficynę FJ” w sierpniu 2014

http://marszpolonia.com/2014/04/29/insurekcja-smolenska-subskrypcja-ksiazki/

Dusza pozostaje w kraju (fragment opowiadania)

chopin-performing-in-the-guest-hall-of-anton-radziville-in-berlin-in-1829

Coraz trudniej było mu się odnaleźć w kraju dzieciństwa i młodości. Doskonale wiedział, że wkracza do zupełnie nowej rzeki, w której przeszłość była już zamierającym, donikąd nie prowadzącym nurtem. Dał się jednak ponieść złudzeniu patriotycznego przebudzenia rodaków. Tłumy pod pałacem prezydenckim, tysiące ludzi na krakowskich Błoniach i wielogodzinne, wspólne oczekiwanie na przejazd żałobnego konduktu na Wawel dały mu jednak zastrzyk nadziei, wbrew odwróceniu się większości przypadkowych komentatorów, zniesmaczonych tą „narodową histerią”. Jednak jemu ta histeria kojarzyła się z poruszeniem, towarzyszącym pierwszej wizycie Jana Pawła II, papieża, który z wielbionego kiedyś kandydata na ołtarze, stawał się powoli niewygodnym, notorycznym świętym, o niewspółczesnych poglądach. Starał się zniknąć z życia towarzyskiego. Dawał lekcje angielskiego, czasami przyjmując uczniów w domu, czasami jeżdżąc po całym Krakowie. Przestał się spotykać z większością znajomych, zmęczony koniecznością trzymania się za język i pogrążania w konwersacjach, wymijających tematy, dręczące go całymi dniami i nawet nocami. Zaobserwował u siebie niepokojące objawy depresji, coraz częstszą potrzebę ucieczki w sen. Od jakiegoś czasu sny nabierały coraz bardziej rzeczywistych kształtów, dominując jego jałowe, wyznaczane przez korepetycje i samotne wieczory życie emigranta, który utracił przystań oddalenia. Spostrzegł, że sny pozwalają mu swobodnie się poruszać w czasie, gdzie łatwiej było lawirować w beznadziejnej przestrzeni pomiędzy zakłamaniem, a ignorancją. Przeszłość miała doskonale odmierzony dystans do wydarzeń, których nie można było dowolnie interpretować, bo potwierdziła je już historia. Poruszał się w niej bez poczucia bezsilności, doskonale wiedząc, co zostało przegrane, kto był kanalią, kto bohaterem, a kto nic nie znaczącym, milczącym świadkiem wydarzeń. Sny prowadziły go w miejsca dobrze znajome, zapamiętane z dzieciństwa i roztrwonione w młodości. Zdarzało się jednak, że trafiał także w obszary, nie mające z jego życiem żadnego bezpośredniego związku. Pewnego razu ocknął się w tłumie przed kasą Teatru Narodowego w Warszawie. Wśród mężczyzn we frakach, kontuszach i białych żupanach, wśród kobiet w polonezkach, kapucynkach i szafranach. Starał się rozpoznać datę tego przebudzenia w czasie; z usłyszanych strzępów rozmów ludzi zgromadzonych przed teatrem zorientował się, że oblega kasę, sprzedającą bilety na pożegnalny koncert Fryderyka Chopina. To senne przewracanie się z boku na bok czasu nie do końca było zupełnie prawdziwe. Okazywało się na przykład, że za wstęp może zapłacić w kanadyjskich dolarach, podczas gdy w rzeczywistości w Warszawie 1830 roku nie przyjęto by od niego nawet rosyjskich rubli, nie mówiąc o egzotycznej walucie, nie istniejącego jeszcze państwa. Te drobiazgi nie zmieniały statusu jego tożsamości, akceptowanej przez obecnych pod teatrem. Panował gwar i pełne cichego podniecenia oczekiwanie. Obserwował ludzi, czując się dziwnie dobrze w tym towarzystwie, pełnym dystynkcji, co w blisko dwa wieki później, byłoby odbierane, jako małomiasteczkowy „obciach” i brak ironicznego luzu. Dostał się do środka i bileter zaprowadził go na widownię; otrzymał tanie miejsce na galerii. Miało to dobrą stronę, widział wszystko z daleka, z dystansu, który był równocześnie dystansem przywileju nieśmiertelności. Tak się bowiem przez chwilę poczuł, mając świadomość, że może za parę godzin przeskoczyć dziesiątki generacji w przyszłość. Nie był zbytnio przywiązany do realiów własnego życia, ale ta umiejętność materializowania snów dawała mu przeświadczenie, że może poruszać się bez żadnych ograniczeń w czasie i przestrzeni. Jego paszportem była umiejętność braku akceptacji sytuacji beznadziejnych i niezgoda na asymilację w świecie odzieranym z wartości. Siedział obok młodej kobiety w towarzystwie starszego mężczyzny. Bardzo się pilnował, by nie zerkać na nią nawet ukradkiem, mając świadomość, że dzielą ich wieki obyczajowej rewolucji. Nikt go nie uczył, jak nawiązywać konwersacje z młodymi damami z Księstwa Warszawskiego. Ten emocjonalny kontakt wystarczał mu jednak w zupełności i przymykając powieki, wyobrażał sobie dziewczęcość młodej warszawianki w czasach bliższej mu bezpośredniości i zawierania znajomości w każdych okolicznościach: w pociągu, samolocie, przy barze krakowskiej knajpy. Był bezsilny w tej chwili oczarowania i jakże błahe i śmieszne wydały mu się wszystkie utracone chwile życia. Nie zadane pytania, nie wyznane miłości, nie doprowadzone do końca porozumienia. Całą resztę znał już doskonale z historii, listów Fryderyka, biografii, napisanej przez Wierzyńskiego, strzępów szkolnych czytanek i powielanych przy okazji chopinowskich konkursów komentarzy. Zastanawiał się, czy siedzący obok posiadacze najtańszych biletów wiedzą, że są świadkami jednego z największych wydarzeń polskiej historii? Sam miał taką świadomość, uczestnicząc w mszach papieskich pielgrzymek, czy też przypadkowo słuchając w samochodzie przez kanadyjskie radio „Symfonii pieśni żałosnych” Mikołaja Góreckiego. Widział łzy w oczach, siedzącej obok dziewczyny, łzy klaszczącej na stojąco publiczności. Sam zapłakał, dopiero wtedy, kiedy Konstancja Gładkowska zaśpiewała arię „Oh, quante lagrime per te versai” z opery Rossiniego „La donna del Lago” Na koniec Chopin grał fantazje na tematy polskie, a on słuchał ze ściśniętym gardłem, wiedząc, że improwizacje, których jest niezasłużonym słuchaczem nigdy nie zostaną odtworzone. Rozpoznawał fragmenty etiud, polonezów i mazurków, lecz dźwięk docierał do niego mocno przytłumiony, jakby ta emocjonalna przestrzeń ojczyzny przedzierała się przez lata niewoli i kakofonię zdrady. Wychodził z koncertu niemal wstrząśnięty, świadomy daru, jaki otrzymał dzięki rozdarciu, pozwalającym mu być w wielu miejscach równocześnie. Wychodził zafascynowany kobietą o kasztanowych włosach, pochłonięty jednak zupełnie inną myślą: jak dotrzeć do Piotra Wysockiego i przestrzec go przed fatalnymi błędami, które zaważyły na losach powstania listopadowego. Pozostał w Warszawie jedynie kilka dni. Wybrał się do Łazienek Królewskich, mając nadzieję, że spotka tam Wysockiego. Sens takiego spotkania nie był oczywisty. Co miałby powiedzieć, kto mógłby uwierzyć w jego wiarygodność i nieprawdopodobną historię. Poza tym, nawet blisko dwieście lat tej środkowo europejskiej samotności nie nauczyły go, jak dawać rady w sytuacjach beznadziejnych. Wiedział tylko, że tragedii można  uniknąć, oddając się Bogu, bezbłędnej strategii i wyrywając z plugawych serc zdradę, która zawsze stawała się kroplą, przelewającą czarę goryczy i nieszczęścia. Jedynym rezultatem kręcenia się wokół Szkoły Podchorążych było zainteresowanie szpicla, który zaczął za nim podążać. Nie potrafił go zgubić, nie mając mieszkania, pokoju w hotelu, ani żadnej kryjówki i bliskiej, życzliwej osoby, skłonnej narażać się udzieleniem mu schronienia. Jedyną ucieczką był powrót do współczesnego Krakowa, tym razem łatwy, przez pola wyobraźni, uchyloną powiekę.

Zaczął się włóczyć rozgorączkowany po ulicach, wiecznie oświetlonej scenie Rynku Głównego, szukając radykałów, z którymi mógłby się podzielić alarmującymi wiadomościami z Księstwa Warszawskiego. Nikt nie chciał z nim rozmawiać, ani nawet słuchać o projektach zorganizowania pomocy dla powstańców. Zrezygnował szybko. Jak mógł wpaść na tak karkołomny pomysł w kraju, gdzie prawie nikt nie zwracał nawet uwagi na służalcze pokłony i ustępstwa wobec Rosji aktualnego rządu, pracującego usilnie nad kolejnym rozbiorem Polski?

Fragment opowiadania „Na pokładzie utraconych snów”

ilustracja:

Henryk Siemiradzki, Koncert Fryderyka Chopina w salonie Antoniego Radziwiłła, 1887 (obraz w zbiorach Muzeum Narodowego w Petersburgu !)

Front (fragment opowiadania)

marneschlacht1

Byłem na wojnie. Na wojnie z czasem i przestrzenią. Wezwanie przyszło, jak zwykle w najmniej oczekiwanym momencie. W środku wiosny, w kwietniu: któż chciałby ubierać ciężki, niemiecki mundur i dźwigać na plecach karabin? Kwitły drzewa i obezwładniająca siła życia potęgowała jeszcze absurdalność wieści dochodzących z europejskich frontów. Kiedy po raz kolejny ogłoszono powszechną mobilizację, planowałem z kolegami wycieczkę na ryby nad jezioro Góreckie,. Cesarz Wilhelm II nie był moim cesarzem, „Ojcze nasz” nauczyłem się odmawiać po polsku. Co miałem zrobić? Moje korzenie wyrwano z politycznej mapy Europy. Nikogo nie interesowały moje przekonania, tożsamość, ani uczucia. Minie jeszcze niemal sto lat, zanim będę miał prawo być kimkolwiek zechcę i będzie się o tym mówiło z podziwem, do znudzenia, na pierwszych stronach gazet. Tym razem chodziło jedynie o rejestr, listę poborowych, listę poddanych, inwentarz armatniego mięsa. Byłem młody, wystarczająco młody, żeby się zbuntować, chociaż mój wybór nie był najmądrzejszy, żeby nie powiedzieć głupi. Popularnym sposobem wymigania się od zaciągu do armii było wstrzykiwanie nafty. Noga puchła, delikwent gorączkował, lekarze nie za bardzo wiedzieli, co się dzieje. Nie wiedzieli – do czasu. Kiedy wbiłem sobie igłę z porcją nafty w udo, nie miałem wielkich szans. Do mojego łóżka podszedł lekarz w pruskim mundurze, odsłonił kołdrę, rzucił okiem na moją nogę i natychmiast wysłał mnie do twierdzy, za próbę dezercji. Wydarzenia jednak rozwijały się znacznie szybciej, niż przewidywali oficerowie sztabowi. Zaczęło brakować ludzi i takich, jak ja renegatów, zabierano z twierdzy na front. Nie miałem nawet okazji, by pożegnać się z rodzicami. Osadzono mnie w koszarach na szybkie szkolenie. W tych czasach nie trzeba było wiele umieć, by zostać żołnierzem. Karabin, bagnet, podstawowa musztra, umiejętność marszu i zaciskania pasa. Właściwie zaciągano każdego. Byłem młody, miałem dwadzieścia lat, idealnie nadawałem się na szybką śmierć. Po capstrzyku długo leżałem na pryczy i nie mogłem zasnąć. Patrzyłem w sufit; otwierał się na moją całą dotychczasową egzystencję– wyrosłem z dziecka w młodzieńca nie mogąc się doczekać, kiedy rozpocznę dorosłe życie. Moje marzenia należały do najprostszych, czyli były wielkie: rodzina, dobra praca, może majątek i szacunek, który się zdobywa wiernością przekonaniom. Miałem tradycyjny kodeks wartości. Teraz to wszystko nie miało większego znaczenia. Liczyło się, bym słuchał rozkazów, nie myślał wiele i znalazł miejsce w szeregu. Myślenie o ocaleniu własnej skóry należało już do niesubordynacji. Było przymiarką do przyszłych generacji, zdeterminowanych ułożyć sobie wygodnie życie, bez niepotrzebnego wystawiania się na ryzyko.

Wcielono mnie do 70 pułku artylerii Prus Wschodnich. Nikt nas nie żegnał, wyruszyliśmy o świcie. Nie było zapłakanych matek, dziewcząt o jasnych włosach, oficjalnych pożegnań. Były ostre komendy kaprala i nierówny tupot w pośpiechu wyszkolonego wojska. Wsadzono nas do pociągów i wysłano na zachodni front. Moim przeznaczeniem była Szampania, kolejna bitwa nad Marną. Najlepiej pamiętam nocną jazdę pociągiem. Przez szpary w wagonie niewiele było widać. Czasami jakaś gwiazda błysnęła na niebie, czasami mdłe światła mijanych miasteczek. Nie wiedziałem, czy jadę po należącej do cesarstwa ziemi, czy też unoszę się gdzieś w przestworzach, a koła dudnią po galaktykach – tak wyraźna była obecność Boga. Myślałem, że idę na śmierć, bo tylko w takich chwilach doznania są tak ostateczne. Wreszcie wysadzono nas na małej stacji i dalej ruszyliśmy piechotą. Maszerowaliśmy w dzień, nocami zbieraliśmy siły do dalszego marszu. Marsze były przerywane potyczkami, wzywano nas do odwrotu, a potem znowu kierowano na front. Wreszcie dotarliśmy na miejsce wielkiej bitwy. Sam moment ataku pamiętam bardzo mgliście, jakbym patrzył przez szereg zasłon, jakby minęło kilka generacji i powracałbym w przeszłość pamięcią swoich wnuków, którzy wiedzą tylko tyle, ile mogłem im opowiedzieć, kiedy już było za późno na prawdę. Ogień był tak ostry, że wszyscy myśleli tylko o ocaleniu własnej skóry. Generał stał na środku drogi, wymachując pistoletem. Nikt nie słuchał jego rozkazów. Ci, którzy uciekali na oślep, ginęli natychmiast. Ostrożni przemykali się okopami, bo dawało to szansę przeżycia. Upadłem, nie wiedząc dlaczego. Dopiero po chwili zrozumiałem, że jestem ranny, może umieram. Coś błysnęło w pamięci, poczułem żal, potem ból, a potem straciłem przytomność.

Ocknąłem się na stopniach ołtarza, nie był to jednak przedsionek nieba, ale pośpiesznie przygotowany szpital polowy. Byłem ofiarą tej absurdalnej wojny ambicji sztabów generalnych, zbyt rozgorączkowany, by zrozumieć symbolikę miejsca, w którym zostało złożone moje okaleczone ciało. W półmroku dostrzegałem, jak chaos może być zorganizowany, jak umiejętnie zsuwano kolejne ciała z noszy. Traciłem przytomność i ją odzyskiwałem. Bałem się, że zaraz umrę, gorączkowałem, może też podano mi morfinę. Czułem, że jestem na granicy życia i śmierci, a każdy, z trudem nabierany oddech pozwalał w rozproszonym świetle rozpoznawać objawienia tego świata. W pewnym momencie podeszła do mnie biała postać, pewnie siostra zakonna, ale mnie wydawało się, że to anioł. Miała młodą twarz i przetarła wilgotną szmatką moje gorące, spocone czoło.

Chciałem się wyspowiadać, chwyciłem jej dłoń i wyszeptałem: „Ojcze..”

Odpowiedziała mi w niezrozumiałym języku.

Zacząłem mówić, niewyraźnym szeptem, a ona pochyliła się nade mną i słuchała:

Zawsze byłem daleko od Boga. Cierpiałem, bo tylko wiara daje spokój duszy, ale ten stan mi odpowiadał, w rozpaczy widziałem więcej i miałem wrażenie, że jestem bliżej innych ludzi. Samotność była wtedy niewyobrażalna, ale czułem wspólnotę losu, wspólną rozpacz. Starałem się przekazać, czego można doznać tylko w ciszy. Wydawało mi się, że jestem artystą, kierowałem się impulsami, chwilą emocji. Przystępowałem do komunii w błysku iluminacji, w poczuciu jedności z Bogiem i tymi, którzy odeszli. Ci byli najważniejsi: nie mogli już mówić, ani się modlić, a ja wiedziałem, jak wiele mieli do powiedzenia i przekazania. Nie zdążyli, a ich przesłanie zostało odbite w krzywym zwierciadle. Z tym rodzajem samotności nie mogłem się pogodzić; czym była wobec tego wszechobecność Boga? Wiem: bluźniłem; wiem: nie miałem prawa, nie miałem racji, ale chciałem być z dala od Najwyższego, nie chciałem się kryć w cieniu Jego miłości, która była wszechobecna, potężna, jak skrzydło stworzenia, zbyt wielka dla małości tego świata.

Pochylała się nade mną czuła twarz, miłosierne usta i usłyszałem słowa przebaczenia.

(fragment opowiadania)

Kolekcja (fragment opowiadania)

Toczy się wśród nas cicha wojna – o miejsce na półce i właściwą ekspozycję na ścianie. Rządzi jednak nami hierarchia wartości, kanon estetyki i niestabilny ranking mody oraz preferencji stylu oraz narracji.  Nie decydujemy o sobie i nie mówimy nic, chociaż siła przekazu jest sensem naszej egzystencji. Godzimy się na wszystko i cierpliwie znosimy przeznaczoną nam rolę. Znamy swoje miejsce i kapryśne gesty naszego przelotnego właściciela. W jakiś sposób nawet nas wzrusza jego troskliwość i czułość, z jaką chwilami na nas spogląda. Nikt nie podejrzewa, że zamykając w swoich grzbietach, ramach i kształtach wzloty cywilizacji mamy także dar obserwacji, pozwalający wątłe iskierki życia, tlącego się w naszej niemej obecności, przechowywać razem z pyłkami kurzu miedzy kartkami, w szczelinach sąsiadujących ze sobą smug kolorów na płótnie. Nasz właściciel może z nami zrobić, co zechce. Może nas sprzedać, wymienić na inny przedmiot, może nas ofiarować, albo nawet oddać na makulaturę, lub strącić do śmietnika. Akurat tej ostatniej apokalipsy obawiać się tutaj nie musimy. Przechowujemy się z pisarzem, który ma dobry gust, jest kolekcjonerem, traktuje nas nie tylko z sentymentalnym przywiązaniem, ale także jako inwestycję. Nasz byt wydaje się trwały, prawdopodobnie przeżyjemy nie tylko biografa naszej świadomości, ale także jego dzieci i następne generacje bibliofilów i miłośników sztuki. Iluzja wieczności, której jesteśmy świadomi ma jednak swoje granice i kruszeje nam papier, rozszerzają się krakelury obrazów, pęka emulsja światłoczułego papieru fotograficznego. Wszystko w obliczu zagrożeń, na które jesteśmy narażeni tak, jakbyśmy żyli naprawdę. Nie mówimy o banalnych konsekwencjach lektury w łóżku, czy podczas posiłków i naświetlaniach promieniami słonecznymi.Paradoksalnie: im bardziej wątłe jest nasze istnienie, tym większą przypisuje się nam wartość. Nie potrafimy się poskarżyć, któż zresztą by nas wysłuchał? To my musimy być cichymi świadkami rozmów telefonicznych, dyskusji przy winie, przekleństw, szeptów i odgłosów uprawiania miłości, której sekretu nie można przecież poznać bez wiedzy i tajemnic powierzonych naszej plotkarskiej naturze. Nasza prawda jest jednak prawdą innych i powtarzamy wszystko słowo w słowo, forma w formę, siląc się czasami jedynie na niuanse światła, wykorzystując chwile słabości i nastroju bezbronnych, zwykłych śmiertelników. Mówimy to, co kazano nam powiedzieć, możemy co najwyżej otworzyć się przypadkiem, podsuwając znaczący fragment. Wtajemniczeni twierdzą, że nasze głębie kryją się miedzy wierszami, ale o tym wiedzą tylko powierzający nam swoje przesłania. Mimo całej zgromadzonej wiedzy, niewiele możemy zrobić. Nie ruszamy się z półek, nie zmieniamy miejsca pobytu, możemy tylko liczyć na przeprowadzkę, albo przemeblowanie. To prawda, szczęściarzom zdarzają się podróże, ale spotyka to zazwyczaj płotki – popularne przedruki, albo trywialne przewodniki. Arystokracja: pierwsze wydania, egzemplarze podpisane przez sławnych autorów, stoją w równym szeregu, w cieniu wybranych półek, w dyskretnej ekspozycji, stale na baczność, jak na karnym apelu legii cudzoziemskiej. Tak wygląda nasze życie codzienne, czyli wieczność. Czasami jednak wieczność burzą małe katastrofy, nieoczekiwane nieszczęścia, choć przecież, gdyby zachować rozsadek, znając swoje miejsce, można by uniknąć najgorszego. Nie należy wywoływać wilka z lasu, ani nie kusić losu. Tej mądrości, czy może raczej daru ostrożności nie miał nasz właściciel, niepoprawny poszukiwacz prawdy i romantycznych porywów. Byliśmy bezpieczni, dokąd zajmował się poezją podróży, frazą odległych oceanów i zapomnianych archipelagów, roztrząsał wzloty serca i rozdzierające miłosne porażki. Poszukiwał muzy i szeptał jej do ucha, beztrosko rzucając bibliofilskie wydania na nieodkurzone dywany, Pisał wiersze, zachłystujące się świeżością języka i czystością przeżycia. Obserwował świat z perspektywy przelotnego szczęścia i intuicyjnej, egzystencjalnej rozpaczy. Obserwowaliśmy, jak koniuszkami palców wystukuje na klawiaturze komputera słowo po słowie, zastanawiając się, co z tego natchnionego, elektronicznego kodu zostanie wydrukowane, oprawione w gustowne okładki i włożone potem niedbale miedzy nasze wysłużone grzbiety. Czasami czuliśmy dotyk jego skóry, ciepło żyjącej istoty, kiedy sięgał ręką na półkę, by odnaleźć jakiś cytat. Praca pisarza stawała się coraz bardziej gorączkowa i gwałtowna. Pisał w nieregularnych godzinach, zarywając noce, ulegając wirtualnej pokusie natychmiastowego kształtowania serc i duszy. W szybach biblioteczki, za którą kryła się krucha obwoluta pierwszego wydania „Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego odbijały się bezimienne blaski komputerowego ekranu. Królowały tam niepotwierdzone fakty i zapis bez śladu na papierze. Staliśmy wiernie: bezużyteczne już słowniki i zaciężna kawaleria encyklopedii Britannica. Jak szelest kartek w szeregi poszła plotka o nieuchronnym końcu. Najpierw doszły nas słuchy o ataku hakerów, potem listonosz zaczął przynosić urzędowe, polecone przesyłki. Wezwania do sądu, a nawet anonimowe pogróżki. Nie musieliśmy uciekać się do wyobraźni, mieliśmy wszystko wyłożone kawa na ławę, zapisane czarno na białym. Historie prześladowań za wiarę i dążenie do prawdy. Historie totalitarnych reżimów i opisy banalnych zbrodni mafii. Znaliśmy konsekwencje nadużyć podatkowych i cenę dobra, walczącego ze złem. Wiedzieliśmy, jaka jest siła słowa drukowanego i jej siostry – pieśni gminnej. Nie wiedzieliśmy, czym naprawdę zajmuje się nasz właściciel, bo myśl niezapisana, nie wypowiedziana, była nawet dla nas tajemnicą.

Aleksander Rybczyński

(fragment opowiadania)