Skowyt wilków

Screenshot 2015-05-26 00.18.53

dla Filipa i  Julii.

Byliśmy na krótkich wakacjach w Algonquin Park. Nad jeziorem Kearney. Na tym samym miejscu biwakowym, gdzie rozbiliśmy się przed pięcioma laty. Miejsce było to samo, numer 237, tylko my zmieniliśmy się. Filip wyrósł, ja trochę posiwiałem.

Wieczorem zjedliśmy szybko kolację, zamknęliśmy namiot i pojechaliśmy do leśnego amfiteatru. Po przygotowawczej prelekcji, uczestnicy mieli pojechać słuchać skowytu wilków. Nie wyobrażałem sobie, jak może to wyglądać. Kiedy zobaczyłem wypełniony po brzegi parking i tłumy ludzi, zacząłem zastanawiać się nad sensem podobnego spędu. Ale wszyscy zachowywali się  jak podczas wyprawy w głąb puszczy: cicho, ostrożnie i z szacunkiem dla Nieznanego.

Szybko nastał zmierzch i sznur około czterystu samochodów ruszył wzdłuż szosy na drugi koniec największego w Ontario rezerwatu przyrody. Dojechaliśmy na miejsce i kawalkada aut zawróciła, łamiąc się w połowie tak, by ludzie stali po obu stronach szosy. Wygaszono światła, ucichły rozmowy, nie było słychać trzaskania drzwi, ani nawet głosów dzieci. Nagle znaleśliśmy się w ciemności z nieprawdopodobnie rozgwiezdżonym niebem nad nami. Towarzystwo innych stało się niedostrzegalne; można było tylko czuć obecność najbliższych, drogich sercu.

W ciszy rozległo się zawodzenie prowadzącego eskapadę naturalisty, potem dołączyła do niego asystentka, imitując głosy stada. Zlokalizowana wcześniej w pobliżu sfora wilków miała zareagować na to wołanie i odpowiedzieć. Ale zewsząd powracała tylko cisza. Cisza z głębi puszczy i pulsująca światłami gwiazd cisza kosmosu. Przez krótką chwilę pojawił się na niebie przelatujący z zachodu na wschód pasażerski samolot. Trudno uwierzyć, jak głośny wydawał się jego lot.

Przepuszczono czekające na przejazd samochody i po kilku minutach próba nawiązania dialogu została powtórzona. I znowu rozległ się ludzki skowyt, najpierw pojedynczy, potem wzmocniony na dwa głosy. I znowu cisza, żadnego wołania, wycia, tylko cisza. Jedynie oddech stygnących silników. Wilków nie było. A może tylko zignorowały nieudolną imitację instynktownej tęsknoty?

Ktoś zapalił światła, ktoś włączył silnik, ludzie szybko zaczęli wsiadać do samochodów. Filip rozpłakał się, był niepocieszony, że wilki milczały, nie dały znaku, nie pozdrowiły nas.

Ja też byłem rozczarowany. Czego oczekiwaliśmy? Porozumienia z innymi istotami, skazanymi na podobny, bezwzględny los? Potwierdzenia, że nie jesteśmy sami w nieprzeniknionej dżungli życia? Przekonania, że można rozmawiać, posługując się zupełnie innymi kodami i sposobami rozpoznawania świata? Lista oczekiwań była długa, jak długa była kawalkada pielgrzymów.

W milczeniu wracaliśmy na pole biwakowe. Powoli rozjeżdżały się samochody przed nami, i te jadące z tyłu. Byliśmy niemal sami, rozświetlając szosę długimi światłami.

Prawie nie rozmawialiśmy, Filip z trudem powstrzymywał łzy. Zrozumiałem, że stojąc pośrodku szosy, z podniesioną głową, nasłuchując, był rzeczywiście na granicy dwóch światów. Trochę w świecie dziecięcych wyobrażeń, marzeń i naiwnych oczekiwań, a trochę już w świecie młodzieńczej transformacji, w przededniu podejmowania decyzji i ponoszenia odpowiedzialności.

Przed powrotem do namiotu umyliśmy zęby. Zaparkowałem i siedliśmy przy wygaszonym tej nocy ognisku. Spojrzałem raz jeszcze na smutną twarz syna i nie zastanawiając się powiedziałem:

– Jeżeli chcesz, możemy tam wrócić i spróbujemy sami.

Chwilę póśniej jechaliśmy opuszczoną już szosą, w okolice gdzie miało być stado wilków. Zatrzymałem się na poboczu, zgasiłem silnik i światła. Stanęliśmy w ciemności, otoczeni tajemnicą i głębią nad nami.

Pierwszy zaskowytał Filip. Dziecięcym głosem, z głębi dwunastoletnich płuc brzmiał wyjątkowo dojrzale. Jego skowyt był wysoki i donośny. Po chwili dołączyłem z całych sił i piersi. Byłem zaskoczony, jak łatwo mi to przyszło, bałem się bowiem, że nie uda mi się wydobyć z siebie żadnego dzwięku.

Wyliśmy na zmianę. W otchłań pomiędzy światełkami gwiazd. W nieprzeniknioną i mroczną ścianę lasu. Nasz głos rozchodził się daleko, pełen tęsknoty, nadziei i oczekiwania. Skowytałem, cały czas pamiętając, jak trudny rok miałem za sobą i jak wiele bólu pochłoną jeszcze nadchodzące lata. Wydawało się, że tracimy powoli wszystko: nadzieja odchodziła, najbliżsi umierali, życie kulało, ukrywając się w cieniu.

Ale w tej chwili nie byłem sam, stał obok mnie syn i z głębi istnienia nawoływał wilki, nawoływał Opatrzność, nawoływał Boga. Odpowiadała cisza, równie głęboka, jak donośne było nasze skowytanie.

Po kilku minutach zrezygnowaliśmy. Znowu jechaliśmy do obozowiska, rozświetlając reflektorami tylko skrawek świata, który próbowaliśmy zobaczyć, usłyszeć i poznać.

– Wiesz co, już mi nie jest smutno – powiedział Filip.

– Nie powinno Ci być, przynajmniej próbowaliśmy, próbowaliśmy z całych sił.

Następnego dnia siedziałem na brzegu jeziora, Filip kąpał się entuzjastycznie, wznosząc fontanny wody. Obok siedziało kilka kobiet. Rozmawiały.

– Pojechaliśmy wczoraj nasłuchiwać stada wilków. Ale pojechaliśmy na darmo. Dopiero w nocy, siedząc przy ognisku, usłyszeliśmy skowyt. Musiały jednak przyjść, odezwały się same, i były niedaleko…

Uśmiechnąłem się i zachowałem tajemnicę dla siebie.

Aleksander Rybczyński

Spotkanie kanadyjskich Indian – Pow Wow Manitoulin Island

2

 

Manitoulin Island jest największą na świecie wyspą na jeziorze. Jest wyjątkowym miejscem, o niezwykłym pejzażu, gdzie współczesna cywilizacja przegrywa z naturą, nie zakłócając spokojnego rytmu życia mieszkańców. Na terenie wyspy Manitoulin mieszczą się liczne rezerwaty indiańskie, z których najbardziej słynny jest Wikwemikong,  jedyny w północnej Ameryce, którego prawowici właściciele nie podpisali traktatu, udzielającego rządowi prawa do ziemi.

 

Tereny rezerwatów trudno odróżnić je od innych osad kanadyjskich. Dlatego wielką atrakcją dla wszystkich, zainteresowanych kulturą „Native People” są tradycyjne Pow Wow, miejsca spotkań i duchowej ekspresji Indian. Są to spotkania, będące uhonorowaniem tradycji, przypominające o korzeniach i dumnej przeszłości. To nie tylko okazja do duchowego skupienia i powrotu do źródeł. Żywiołowe tańce i rytualne śpiewy są nie tylko formą potwierdzenia tożsamości, ale także demonstracją otwartości i chęci dzielenia się wyjątkowością i siłą przeszłości.

 

W pierwszy weekend lipca, od dwudziestu czterech lat szczep Sheguiandah organizuje Pow Wow na terenie mieszczącego się w północno-wschodniej części wyspy rezerwatu. Siostra wodza Pearl  Waindubence , zapraszając, z dumą mówi o niewielkiej społeczności małej osady. Zachęcam do obejrzenia krótkiego video klipu, próbującego oddać klimat wydarzenia. Najważniejszy moment Pow Wow – Grand Entry, nie został sfilmowany. Ze względu na powagę i duchowość tej części spotkania nie wolno go rejestrować.

 

 

Kalifornia – komputer pokładowy – dokończenie

SONY DSC

11

Pierwsza cicha noc. Była w miarę chłodna i prawie wszystkie trucki miały wyłączone silniki i klimatyzację. Józek przyniósł śniadanie z Burger King, a po nim oczekiwaliśmy na telefon w sprawie powrotnego załadunku. Krążyłem wokół parkingu, zastanawiając się, jaką trasą będziemy wracać. Od ciężarówki do ciężarówki chodziła kobieta w towarzystwie policjanta. Prosili o umieszczenie na tyle przyczepy plakatu informującego o zaginionej kobiecie. Taka naklejona informacja krąży potem po całym kontynencie, dokąd nie zgaśnie ostatnia nadzieja. Młoda kobieta, której zdjęcie widniało na wydruku o siódmej wieczór wyszła z domu na spacer. Był wtedy 31 maja 1997 roku.

Zadzwonił telefon od Marty, dyspozytorki z informacją, że wysyła fax ze szczegółami załadunku. Pobiegłam razem z Józkiem do biura zakładu sprzedającego, instalującego i pewnie też wulkanizującego na miejscu opony, gdzie mieliśmy odebrać dokument.

Chciałem wiedzieć pierwszy, którędy będziemy wracać. Okazało się, że zabieramy melony z oddalonej o 60 mil farmy. Nie zdradzając rozczarowania zapytałem, czy oznacza to powrót tą samą trasą. Józek przytaknął i po męsku to zaakceptowałem. Dopiero po godzinie, kiedy już pędziliśmy po ładunek melonów i zastanawiałem się w myślach, jaki był tytuł filmu, w którym rolę hodowcy melonów, posługującego się profesjonalnie wielostrzałowym sztucerem, grał Charles Bronson – Józek zaczął przeglądać mapę i stwierdził, że możemy wracać przez Arizonę i Kolorado, bo tamtędy prowadzi najkrótsza droga.

Trudno było o lepszą wiadomość.

Jechaliśmy przez setki hektarów upraw głównie egzotycznych owoców: migdałów, pomarańczy, awokado, cytryn, winogron, brzoskwiń, czereśni i pistacji. Co chwilę mijały nas samochody z przyczepami, pełnymi czosnku. Ta część Kalifornii wygląda, jak spiżarnia świata. Kiedy wyjeżdżaliśmy z ostatniego postoju na stacji benzynowej zobaczyliśmy stoisko z różnymi owocami. Józek szybko zapytał: „chcesz kupić pomarańcze” ? Odpowiedziałem: -„nie, jedźmy dalej” i do teraz tego żałuję.

Pożegnanie z Kalifornią przeszło moje oczekiwania. Cyprysy, eukaliptusy, migdałowce i rosnące między nitkami dwukierunkowych autostrad rododendrony, zaczęły ustępować bardziej surowej roślinności. Minęliśmy jeszcze ogromne pole naftowe i powoli zaczęliśmy zbliżać się do gór, kierując się już na wschód. Robiłem zdjęcia, jak szalony, tym bardziej, że zachodzące słońce, obok świtu sprzyja fotografii najbardziej. Z oddali oglądamy złomowisko potężnych samolotów pasażerskich; jest to słynne Southern California Logistics Airport w Victorville.  Statki powietrzne składowane są „skrzydło w skrzydło” na terenie dawnej bazy wojskowej George Air Force Base. W pustynnych warunkach w znacznym stopniu powstrzymywana jest korozja, umożliwiając wykorzystywanie części z uziemionych samolotów, a nawet nie wykluczając możliwości remontowania niektórych z nich w przyszłości. Niewiele mil dalej mijamy wojskową bazę Edwards, gdzie lądowały jeszcze niedawno wahadłowce kosmiczne. Cały ten teren rozciąga się już na pustyni, gdzie na piaszczystym gruncie rosną jedynie kępki karłowatych krzaków, urozmaicane sporadycznie samotnymi drzewkami Joshua, które początkowo myliłem z kaktusami.

Niezwykła to podróż, prawie bez stawiania stopy na ziemi, bez poznawania ludzi, bez chwili na beztroski wypoczynek i przepuszczanie czasu przez palce. Romantyzm jest tylko w naszych głowach; „celem konwoju nie jest bycie w ruchu” – mamy dostarczyć towar, z punktu A do punktu B.

SONY DSC

Powoli umieramy

(piosenka kierowcy wielkiej ciężarówki)

13

Pustynia pustynia pustynia

droga droga droga

droga pustynia

droga pustynia

droga pustynia

Ostatni odcinek Kalifornii to jazda przez pustynię i mozolne wspinanie się na szczyt . Fascynują mnie niezliczone drzewa Joshua, które pamiętam dobrze z okładki płyty U2 z 1987 roku, kiedy to kupiłem ją w Norymberdze, licząc, że przemyci trochę wolności za żelazną kurtynę. Tuż za granicą stanową Nevady stoi oczywiście kasyno; imponujące zabudowania w środku pustyni, kontrastujące z przyczepami i byle jak skleconymi domkami, typowymi dla tego regionu nieżyciodajnej ziemi. Potem przejeżdżamy przez Las Vegas; z autostrady widać większość najsłynniejszych kasyn i hoteli: MGM, Cesar Pallace i inne. Miasto to nie budzi we mnie wielkich emocji, choć jest to Mekka całej konsumpcyjnej Ameryki.

Potem mijamy Mesquite, z zielonymi polami golfowymi i wjeżdżamy na krótki odcinek do Arizony. Zaczynają się góry, wjazdy na szczyty, przełęcze i karkołomne zjazdy w dół, budzące respekt, bo bardzo często natrafiamy na „runaway roads” dla ciężarówek, które straciły hamulce i rozpędzone gnają, jak pocisk w dół. Droga  „ostatniego ratunku” jest to zwykle wznoszący się w górę krótki odcinek wysypany żwirem tak, by kierowca miał szansę zakopać się kołami i zatrzymać. Stajemy w pobliżu kanionu Virgin River; Józek zostaje w trucku, a ja w czterdziestostopniowym upale idę w stronę rzeki, wąską strużką wijącą się głęboko wśród skał. Rozległe miejsce widokowe z wieloma stołami, parasolami i miejscami biwakowymi jest zupełnie puste. Nie ma nikogo. Upał jest niewyobrażalny, ale delektuję się nim, wiedząc, że jestem tylko na krótkim spacerze. Właściwie wszystko oglądam z kabiny ciężarówki. Dopiero pod koniec dnia, kiedy znowu jesteśmy w Utah, tym razem południowym, zatrzymujemy się przy jednym z punktów widokowych. W głębi poniżej widać imponujący kanion; Józek zapomina na chwilę o pozostawionym na skraju dróżki dojazdowej ładunku melonów i jak kozica skacze po skałach, by stanąć na najbardziej wysuniętym nad przepaść głazie, Przy okazji spotykamy dwie grupki Polaków, w jednej z nich jest para z dorastającym chłopcem, która spędza wakacje u rodziny w Chicago. Staram się choć przez te kilka dni podróży nie myśleć o Polsce, ale trudno mi nie zastanowić się: lemingi to, czy nie lemingi ? Józek wdaje się w rozmowę, choć przecież obaj dobrze wiemy, że na początku wszyscy wydają się być mili i dopiero po czasie okazuje się naprawdę, kto jest kim.

SONY DSC

14

Przed świtem jesteśmy znowu w drodze. Mijamy Green River, opuszczamy Utah i przekraczamy granicę stanu Kolorado. Do domu jeszcze ponad trzy tysiące kilometrów, ale przypomina mi się uczucie powrotu z wakacji. Długa podróż, u której kresu czekają obowiązki i codzienna rutyna. Bez ekscytacji przed nieznanym, choć przecież nadal będę przeżywać spore emocje odkrywcy nowych lądów. Tuż przy autostradzie płynie rzeka Kolorado; mam do niej stosunek sentymentalny, pamiętam wiersz, napisany przed laty, w którym pojawiał się wers ” nigdy nie słyszałem jak płynie rzeka Colorado” Wiersz gdzieś przepadł, z tym większym entuzjazmem obserwowałem przez okno, jak spokojnie płynie wijąc się raz bliżej, raz dalej od szosy. Colorado miało jeszcze sporą drogę do miejsca, gdzie jej nurt wyżłobił głęboki kanion. Stopniowo wspinamy się na wysokość ponad 3000 metrów. To chyba najpiękniejszy fragment całej trasy. Jesteśmy w Górach Skalistych, mijając słynne tereny narciarskie i wypoczynkowe. Zachwycam się architekturą. Po chaotycznej i pozbawionej koncepcji estetycznej zabudowie mijanych wcześniej osad i małych miasteczek, architektura Vail jest dziełem przemyślanej i twórczej koncepcji wybitnego architekta i urbanisty. Zabudowa jest dość swobodna, ale widać harmonijne jej wkomponowanie w strukturę gór, funkcjonalność i nawiązanie do najlepszych tradycji architektury górskich uzdrowisk.

15

Za Denver krajobraz łagodnieje, góry zostają za nami, stają się coraz bardziej zamglone, niewyraźne, powoli zapominamy o nich, a ich istnienie przekreśla prosta linia horyzontu. Znowu otacza nas bezkresny obszar pastwisk, łąk i pól uprawnych, jesteśmy na równinie. W ten sposób Kolorado zbliża się do Nebraski, by nasza droga zatoczyła pętlę. Wyobrażam sobie, że przecież mógłbym sam siedzieć za kierownicą tego wielokołowego kolosa. Wpatrywać się nie tylko w rozwijającą się drogę, ale także zerkać stale w lusterka, obserwując utracony pejzaż i pozycję ciężarówki na szosie. Czy będąc samodzielnym sternikiem losu, zbliżyłbym się bardziej do prawdy, uwierzył, że realizując własne marzenia, pokonując góry, doliny zostawiam jakieś znaczące świadectwo ? Kiedyś po powrocie z podróży do Vancouver (21 lat temu) napisałem; „tak wiele powiedziałem – dziesięć tysięcy kilometrów”. Teraz myślę: „taki wiele zobaczyłem – pięć tysięcy mil”. Daremny jest ten zachwyt; połykając milę za milą, wracamy przecież krok po kroku do źródeł, pamięci dzieciństwa i niewinności wspomnień.

16

Huczą ciężarówki, nie tylko nasza z zamrażarką przyczepy, stale chłodzącej 41 000 funtów melonów. Dokoła stoją dziesiątki, może setki podobnych pojazdów na pracujących silnikach. Po raz pierwszy trudno mi zasnąć. Nie pomaga kojąca wizja maszynowni statku, przecinającego Bałtyk i kierującego się naprzeciw Atlantyku.

Huczą ciężarówki, zmieniają strefy czasowe; godziny, które kiedyś zyskaliśmy, tracimy teraz podwójnie, niespokojnie patrząc na wskazówki zegarków. Czas jest dominującą siłą tej wyprawy, mile zamieniają się w godziny, dni, tygodnie i lata. Przed nami droga niknąca w ciemnościach i niebo gwiaździste powyżej.

Całośc relacji można przeczytać tutaj:

 

https://aleksander-rybczynski.com/2013/08/14/kalifornia-komputer-pokladowy/

 

Komputer pokładowy – Virginia City

SONY DSC

Mam dla siebie cały dzień, by nie spędzić go w kasynie, albo w trucku w oczekiwaniu na rozładunek, pożyczam samochód i jadę do Virginia City, miasteczka, które zasłynęło w połowie XIX wieku w okresie gorączki złota. Trzeba do niego dojechać krętą, górską drogą, umiejętnie obserwując piękny widok i pokonując serpentyny. Miasto ma około 1000 mieszkańców i choć okres heroiczny ma za sobą, do dzisiaj żyje pionierską historią. W dużym stopniu utrzymany jest charakter zabudowy, a tradycja pieczołowicie kultywowana, wabiąc turystów z całego świata. Nie ma ich wielu, bo dojechać do Virginii nie jest tak łatwo. Parkuję wypożyczonego Dodge Charger, najnowszą wersję legendarnego samochodu z lat siedemdziesiątych przy głównej ulicy i piechotą zamierzam obejść całe miasteczko. Kieruję się najpierw w stronę zabytkowego cmentarza, bo drogowskaz do niego widoczny jest zaraz po minięciu pierwszych zabudowań. Przez ulicę z trudem przechodzi starsza pani w czarnym kapeluszu z szerokim rondem, widząc że się rozglądam, pyta czego szukam. Patrząc na moje sandały i gołe stopy, ostrzega przed wężami (domyślam się, że chodzi o grzechotniki) które właśnie o tej porze (jest 10 rano) wychodzą z kryjówek. „Musisz bardzo uważać” – ucina moje zaniepokojone pytania. Pani Gardiner – bo tak się przedstawia – jest emerytowaną nauczycielką i radzi mi, co warto zobaczyć. Na pożegnanie zaprasza na lunch w centrum seniora, gdzie każdy może tanio kupić posiłek. Nastraszony przez panią Gardiner odkładam zwiedzanie cmentarza na później i ruszam na podbój dzikiego Zachodu główną ulicą miasta. Różni się od scenerii znanej z westernów, ale krocząc po drewnianym chodniku, nucąc melodię „Do not Forsake Me, Oh My Darling” czuję się, jak Gary Cooper w filmie „W samo południe” choć pewnie w sandałach wyglądam, jak Ceper na Krupówkach. Odwiedzam lokalne muzeum,pełne rozmaitych pamiątek, obrazków i dokumentów z czasu wielkich nadziei osady. Mijam saloony o malowniczych nazwach, jak „Bucket of Blood” i sklepy nawiązujące do potrzeb i stylu gorączki złota. Korzystam z okazji, kupując bilet na zabawny spektakl „pojedynku rewolwerowców”, przypominającego z przymrużeniem oka, że dobro zawsze zwycięża. Największe nadzieje wiązałem z faktem pobytu w Virginia Marka Twaina, który przez kilka lat pracował w lokalnej gazecie „Territorrial Enterprise”. Pamięć o nim i eksponowanie nazwiska autora „Przygód Tomka Sawyera” nie ma jednak odzwierciedlenia w prawdziwych dokumentach jego pobytu i pamiątkach po pisarzu. Chętnie zobaczyłbym na przykład autograf pisarza, albo chociażby jego maszynę do pisania. Zgromadzone w „Muzeum Marka Twaina” przedmioty są jednak bardzo luźno związane z faktami. Pod podłogą sklepu, sprzedającego rozmaite przedmioty, odpowiadające estetycznym wyobrażeniom właścicielki, przetrwała potężna piwnica (zwana na kontynencie basementem), w którym drukowano gazetę, ale poza autentycznymi maszynami drukarskimi, składami czcionek, portretami pisarza i ciekawymi publikacjami z epoki i historii miasta trudno dostrzec autentyczne ślady pisarskiej pracy i osobiste pamiątki po najwybitniejszym mieszkańcu Virginii.

W mieście stoi jeden z pierwszych kościołów katolickich w Nevadzie, wzniesiony w 1875 roku, odbudowany po pożarze parę lat później i niedawno zrekonstruowany. Nosi wezwanie ” St. Mary in the Mountains”. Proste, ale pełne wdzięku i wysokie wnętrze zdobią ołtarze, ornamentalne witraże i obrazy drogi krzyżowej. W przedsionku kościoła znajduje się prostolinijna, wzruszająca Pieta, nie mająca aspiracji wysokiego lotu rzemiosła ani wielkiej sztuki. W pierwszej kondygnacji budynku, pod częścią sakralną zlokalizowano muzeum, stworzone przez byłego proboszcza, ojca Joe Anthony, którego zdjęcie z Janem Pawłem II jest bliskie sercu uczestnika mszy papieskiej na krakowskich Błoniach w 1979 roku.

Odmawiam sobie pokusy kupienia Cabernet, butelkowanego specjalnie dla parafii St, Mary w kalifornijskiej dolinie Nappa i z duszą na ramieniu idę na cmentarz, przezornie omijając krzewy i kamienie, na których mogę się wygrzewać grzechotniki. Cmentarze dzikiego zachodu miały specyficzną topografię: były podzielone na części, przeznaczone dla konkretnych grup, według nie zawsze precyzyjnego klucza. Jest część masońska, część dla strażaków, policji. Na najbardziej odległym wzgórzu mieści się część dla katolików, zwieńczona imponującej wielkości krzyżem.

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

9

Wróciłem z Virginia City po południu, musiałem oddać samochód, którego prawdziwych możliwości nie było kiedy wypróbować  i czekałem na Józka, który pojechał kilkanaście mil na wschód, zrzucić część ładunku. Wrócił znacznie później, niż przewidywaliśmy. Do dziesiątej wieczorem kręciłem się po kasynie, bo było to jedyne poza restauracją miejsce, gdzie, można było usiąść. Nie było gwarancji, że uda się przetrwać kasyno za cenę bufetu „zjedz ile możesz”.

Następnego dnia, a właściwie nad ranem i w ciemności wyruszyliśmy do Kalifornii, by pozbyć się reszty towaru. Był to najbardziej monotonny i stresujący, jak dotąd dzień podróży. Przez przełęcze gór Sierra przejechaliśmy po ciemku, a wszystkie „zrzutki” miały miejsce na industrialnych peryferiach i były okupione długotrwałym czekaniem w kolejce. Egzotyczność i piękno Kalifornii trzymało nas na dystans. Po raz pierwszy przez entuzjazm wywołany wielką podróżą zacząłem odczuwać gorycz i smutną tajemnicę zawodu długodystansowego szofera: pomimo tego, że jedziemy autostradami, jak królowie odległości, skazani jesteśmy na boczne drogi, parkingi dla ciężarówek i rozkład jazdy, zmuszający kierowców do oglądania życia spoza dźwiękoszczelnych barier, oddzielających zgiełk szosy od prawdziwych tajemnic miast.

10

W drodze do ostatniego miejsca rozładunku zatankowaliśmy i błyskawicznie wzięliśmy prysznice w łazienkach, których standard zwykle dorównuje najlepszym hotelowym. Dotarliśmy na miejsce, co do minuty, ale jedyną pozostałą paletę mrożonych eklerek rozładowywano trzy godziny. Mimo to dotarliśmy na parking wczesnym wieczorem. Natychmiast to wykorzystałem i poszedłem piechotą do pobliskiego miasteczka Livingston. Droga wiodła wzdłuż łąk i nawadniających rowów. Wśród zielonych, soczystych traw biegały trzy duże, piękne psy. Nie było nigdzie właściciela, choć zwierzęta były zbyt dobrze utrzymane, by sądzić, że prowadzą wolne, dzikie życie. Rozpoznając obcego, patrzyły na mnie uważnie, kiedy robiłem im zdjęcie.

Przeszedłem obok misji i świątyni Sikhów, a potem znalazłem się w miasteczku, którego ludność była chyba głównie pochodzenia latynoskiego. Był piękny wieczór, zmierzch prawie, szedłem niecierpliwie, byle dalej, byle zostawić w sobie i po sobie ślad.

 kolejny odcinek 9 września; całość można przeczytać tutaj:

https://aleksander-rybczynski.com/2013/08/14/kalifornia-komputer-pokladowy/