Milczenie umarłych

 

SONY DSC

milczenie

kiedy chcemy mówić

milczenie

kiedy chcemy śpiewać

milczenie

kiedy chcemy krzyczeć

 

milczenie tych

których kochamy najbardziej

milczenie tych

za którymi pójdziemy

bez dyskusji

bez zastanowienia

 

milczenie duszy

milczenie serca

milczenie myśli

milczenie czaszek

 

milczenie tych

którzy są z nami

odą

etiudą

przesłaniem

 

milczenie tych

którzy trwają przy nas

zawieszonym gestem

kołysanką uściskiem

dłoni i powietrza

 

milczenie wobec radości

którą już nigdy nie będziemy

mogli się podzielić

 

milczenie wobec ciszy

która budzi nas

w środku nocy

 

fot. Aleksander Rybczyński

Wielkanoc w Toronto

Chryste nie ma miejsca
dla Ciebie w moim mieście

białe kartki kalendarza
bezimienne dokumenty imigracyjne

jeżeli nie przejdziesz
po pierwszych stronach gazet

na drugi brzeg jeziora
pozostaniesz nikim

cuda zdarzają się tylko
w godzinach największej oglądalności

a tacy jak Ty
skazani są na trzy etaty

Chryste nie ma miejsca
w naszych sercach

zbyt wielu przyplątało się
fałszywych proroków

każdy ma prawo
do bycia sobą

nie módl się za nas
skoro Bóg opuścił miasto

zbaw nas zmartwychwstań
zapłać czynsz i karty kredytowe

 

Brzegi oceanu – fragment opowiadania

 

Wychodząc z domu nie oglądał się za siebie. Nie potrafił jednak zapomnieć o postaci stojącej w oknie i machającej dłonią spoza rozłożystej paproci. Tak go zawsze żegnała matka, kiedy oddalał się po krótkiej, lub dłuższej wizycie. Stało się to rytuałem i okno bywało opuszczone tylko wtedy, gdy matka źle się czuła, albo miała o coś żal. Teraz nie było już żalu, a dolegliwości ustąpiły ostatecznie. Czasami wydawało mu się, że spoglądając przez ramię, mógłby nie tylko odtworzyć zanikający obraz, ale także spojrzeć w głąb czasu i zobaczyć dokładnie to, czemu nigdy nie przyjrzał się z należytą czułością.

Pamięć jednak była bezwzględna, odsłaniając raz po raz sceny męki, jakby wcześniej nic się nie wydarzyło, nie było narodzin, nadziei i radości. Wielokrotnie więc schodził po stopniach, krok po kroku, prowadząc matkę do samochodu, by potem zawieźć ją do parku, posadzić na ławce przed otwartą przestrzenią, wyznaczoną przez połacie boisk i wzgórza, prowadzące w cień drzew.

Matka unosiła głowę, jej twarz się rozjaśniała i z przymkniętymi oczami głęboko wdychała powietrze, powiew wiatru, niosący białe cumulusy znad wielkich jezior i oceanu. Żyła tą chwilą, bo było w niej całe piękno życia i nic już nie było poza chwilą. Zrobił wtedy kilka zdjęć. Była wczesna wiosna i drzewa jeszcze się nie zazieleniły. Nie wypuściły nawet pąków liści. Niewyraźny tors z głową z rozwianymi włosami i opuszczonymi powiekami kontrastował z nagą koroną drzew zasłaniającą siatką całe niebo. Splątane, wyostrzone linie wrastały, jak korzenie w nieobecną jasność. To matka była jednak prawdziwie nieobecna i dopiero odbitka czarno – białej fotografii pokazywała, w jakiej harmonii znajduje się z innym światem, niedostrzeganym przez soczewkę obiektywu i powierzchowne, ludzkie oko.

Wracali później do domu; było to jedyne miejsce, gdzie mogli powrócić. Niemożliwe było wychodzenie do bibliotek, na zakupy, ani wycieczki w nieznane miejsca, oferujące przestrzeń i widoki. Jednym z takich miejsc była wieża CN Tower. Nie wiadomo dlaczego, matka zawsze marzyła, by wyjechać na jej szczyt. Domyślał się, że chciała spojrzeć na swoje życie z lotu ptaka, zobaczyć, jak trudno zauważalne są dręczące nieustannie szczegóły i jak wielka przestrzeń roztacza się dokoła i z jakim wdziękiem przechodzi od zmierzchu w rozjarzoną światłami molocha noc. Przesuwał ten wyjazd na szczyt z przesądnością marynarza, naiwnie wierząc, że odkładając ostatnie marzenie na później ofiarowuje nieśmiertelność. Potem było już za późno. Stało się oczywiste, że jedynym sposobem zatrzymania czasu jest trwanie w bezruchu. Trwał więc z dnia na dzień, przykrywając kocem nocnego czuwania szarpane rany własnej duszy. Leżał w ciemności na materacu, próbując zasnąć. Kobieta, syn i śmierć. Spod zamkniętych drzwi sąsiedniego pokoju wymykało się światło. Matka nocami porządkowała rzeczy, przeglądała papiery. Zazwyczaj nie pozwalała sobie przeszkadzać. Nie miała czasu i ten argument przetaczał przez serce całe noce bezsenności.. Światło zatrzymywało się na podłodze w kuchni i wpadało w ciemność, która wydawała się nieprzenikniona i ostateczna. W tej ciemności próbował zapisywać swoje myśli, nie pozwalające ani na wypoczynek, ani na marzenia. Miał przygotowane kartki i pisał po omacku, mając nadzieję, że w świetle dnia niewidoczne znaki nabiorą sensu i ułożą się w kaligrafię znaczeń.

Matka nigdy nie lubiła się fotografować. Uważała, że uwieczniać powinno się tylko piękno młodości. Nie była zwolennikiem teorii prawdy, zawartej w zmarszczkach i głębi przeżyć odbijających się w siwych włosach. Do zdjęć pozowała z daleka, tak, by ślady czasu nie były zbyt oczywiste. Tym większe było jego zdumienie, kiedy niespodziewanie przystała na propozycję zrobienia portretu. Nie tylko zgodziła się, ale wręcz nalegała, by zrobić taką sesje. Pożyczył sprzęt od znajomego fotografa, właściciela studia portretowego. Po konsultacjach dysponował przenośnym zestawem przyzwoitego zakładu. Miał statyw, lampy, parasole i kilka obiektywów. Wykonał kilka rolek filmu, w błogosławionej nieświadomości prawdziwej sztuki, nie znającej rezultatów do wywołania negatywów i zrobienia kontaktowych odbitek. Mógł rozkoszować się niepewnością i boskim tchnieniem, nieobecnym w fotografii cyfrowej. Zawodowy fotograf pobłażliwie rzucił okiem na odbitki. „No cóż, nie udało się” Niedoskonałość zdjęć wynikała z braku umiejętności właściwego ustawienia światła. Fotografie wydaja się być słabo doświetlone, mroczne, kontrast także pozostawia wiele do życzenia. Dzisiaj jednak patrzy na małe, próbne odbitki i widzi, że nie ma lepszego świadectwa odchodzenia i zanikania. Światło pada na twarz nieregularnie, brakuje jasności, kontury zapadają się w cienie. Matka niepewnie się uśmiecha, można mieć wrażenie, że tylko częściowo jest obecna, tak, jakby soczewka obiektywu ustawiona była na granicy dwóch światów, ulegając niewiadomej, nieopanowanej  i niszczycielskiej mocy. Podobną siłę mają fotografie wykonane po katastrofie jądrowej w Czarnobylu. Radioaktywne promieniowanie było silniejsze od światła, zniekształcając kliszę i obraz. Odkształcenie portretów matki ma jednak źródło mistyczne i niemożliwe byłoby świadome uzyskanie podobnego rezultatu.

(fragment opowiadania)

Eugeniusz Sawczyn – rzeźbiarz samotnej prawdy

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Eugeniusz Sawczyn (1956-1998) należy do generacji wyżu demograficznego w Polsce. Podejmowano liczne próby definiowania pokoleniowych więzi! kiedy z dystansu czasu patrzę na nasze dzieciństwo i młodość, dochodzę do wniosku, że może nie byliśmy “straconym pokoleniem”, ale na pewno pokoleniem, którego los próbowano przesądzić/toporną kreską na biurkach budowniczych socjalizmu. Z okien naszych zatłoczonych klas nie można było dostrzec horyzontu, musieliśmy zadowalać się widokiem na plac zabaw, który przy okazji świąt państwowych i podwyżek cen zamieniał się w plac apelowy. Stworzono nam świat ciasny, gorset, krępujący ruchy i wyobraźnię: nikt z nas nie wyszedł z uścisku historii bez okaleczeń, których leczenie zabierało zbyt wiele czasu i często okazywało się nieskuteczne. Nie udało się wszakże zniszczyć siły ducha i niesfornej potęgi indywidualności. Ci, którzy nie potrafili się podporządkować, nie umieli żyć w kłamstwie, odnajdywali zwykle własną ścieżkę pozwalającą zachować godność, podsycającą płomyk, pochodzący od iskry bożej.

Jednym z takich samoocalonych jest Eugeniusz Sawczyn, rzeźbiarz, który całe życie poświęcił dążeniu do piękna i doskonałości. Twórca przejmujących form przestrzennego poznania świata “miał mało czasu i pozostawił świadectwo”, które mówi nie tylko o autorze. Interesuje go to, co najistotniejsze w życiu każdego człowieka: poszukiwanie wartości i trwanie wbrew nieubłaganym konsekwencjom czasu.

Zazwyczaj pracy twórczej towarzyszy kariera, której artysta poświęca mniej lub więcej uwagi. Sawczyna jednak nie interesował łatwy poklask i chęć błyszczenia w środowisku. Zawierzył samotnej prawdzie, stawiając swojej twórczości najwyższe wymagania. Jego rzeźby potwierdzają szlachetną wstrzemięźliwość autora: są zbudowane na harmonii, zwięzłym milczeniu, za którym kryje się pełna pokory litania rozpaczy i bezkompromisowa walka o zachowanie sensu istnienia i czystości przeżycia. Jego twórczość przekonuje, że spełnienie nigdy nie będzie naszym udziałem! cyzelując piękno cierpienia, odkrywamy tylko przejście do doskonalszych form.