Komputer pokładowy – Virginia City

SONY DSC

Mam dla siebie cały dzień, by nie spędzić go w kasynie, albo w trucku w oczekiwaniu na rozładunek, pożyczam samochód i jadę do Virginia City, miasteczka, które zasłynęło w połowie XIX wieku w okresie gorączki złota. Trzeba do niego dojechać krętą, górską drogą, umiejętnie obserwując piękny widok i pokonując serpentyny. Miasto ma około 1000 mieszkańców i choć okres heroiczny ma za sobą, do dzisiaj żyje pionierską historią. W dużym stopniu utrzymany jest charakter zabudowy, a tradycja pieczołowicie kultywowana, wabiąc turystów z całego świata. Nie ma ich wielu, bo dojechać do Virginii nie jest tak łatwo. Parkuję wypożyczonego Dodge Charger, najnowszą wersję legendarnego samochodu z lat siedemdziesiątych przy głównej ulicy i piechotą zamierzam obejść całe miasteczko. Kieruję się najpierw w stronę zabytkowego cmentarza, bo drogowskaz do niego widoczny jest zaraz po minięciu pierwszych zabudowań. Przez ulicę z trudem przechodzi starsza pani w czarnym kapeluszu z szerokim rondem, widząc że się rozglądam, pyta czego szukam. Patrząc na moje sandały i gołe stopy, ostrzega przed wężami (domyślam się, że chodzi o grzechotniki) które właśnie o tej porze (jest 10 rano) wychodzą z kryjówek. „Musisz bardzo uważać” – ucina moje zaniepokojone pytania. Pani Gardiner – bo tak się przedstawia – jest emerytowaną nauczycielką i radzi mi, co warto zobaczyć. Na pożegnanie zaprasza na lunch w centrum seniora, gdzie każdy może tanio kupić posiłek. Nastraszony przez panią Gardiner odkładam zwiedzanie cmentarza na później i ruszam na podbój dzikiego Zachodu główną ulicą miasta. Różni się od scenerii znanej z westernów, ale krocząc po drewnianym chodniku, nucąc melodię „Do not Forsake Me, Oh My Darling” czuję się, jak Gary Cooper w filmie „W samo południe” choć pewnie w sandałach wyglądam, jak Ceper na Krupówkach. Odwiedzam lokalne muzeum,pełne rozmaitych pamiątek, obrazków i dokumentów z czasu wielkich nadziei osady. Mijam saloony o malowniczych nazwach, jak „Bucket of Blood” i sklepy nawiązujące do potrzeb i stylu gorączki złota. Korzystam z okazji, kupując bilet na zabawny spektakl „pojedynku rewolwerowców”, przypominającego z przymrużeniem oka, że dobro zawsze zwycięża. Największe nadzieje wiązałem z faktem pobytu w Virginia Marka Twaina, który przez kilka lat pracował w lokalnej gazecie „Territorrial Enterprise”. Pamięć o nim i eksponowanie nazwiska autora „Przygód Tomka Sawyera” nie ma jednak odzwierciedlenia w prawdziwych dokumentach jego pobytu i pamiątkach po pisarzu. Chętnie zobaczyłbym na przykład autograf pisarza, albo chociażby jego maszynę do pisania. Zgromadzone w „Muzeum Marka Twaina” przedmioty są jednak bardzo luźno związane z faktami. Pod podłogą sklepu, sprzedającego rozmaite przedmioty, odpowiadające estetycznym wyobrażeniom właścicielki, przetrwała potężna piwnica (zwana na kontynencie basementem), w którym drukowano gazetę, ale poza autentycznymi maszynami drukarskimi, składami czcionek, portretami pisarza i ciekawymi publikacjami z epoki i historii miasta trudno dostrzec autentyczne ślady pisarskiej pracy i osobiste pamiątki po najwybitniejszym mieszkańcu Virginii.

W mieście stoi jeden z pierwszych kościołów katolickich w Nevadzie, wzniesiony w 1875 roku, odbudowany po pożarze parę lat później i niedawno zrekonstruowany. Nosi wezwanie ” St. Mary in the Mountains”. Proste, ale pełne wdzięku i wysokie wnętrze zdobią ołtarze, ornamentalne witraże i obrazy drogi krzyżowej. W przedsionku kościoła znajduje się prostolinijna, wzruszająca Pieta, nie mająca aspiracji wysokiego lotu rzemiosła ani wielkiej sztuki. W pierwszej kondygnacji budynku, pod częścią sakralną zlokalizowano muzeum, stworzone przez byłego proboszcza, ojca Joe Anthony, którego zdjęcie z Janem Pawłem II jest bliskie sercu uczestnika mszy papieskiej na krakowskich Błoniach w 1979 roku.

Odmawiam sobie pokusy kupienia Cabernet, butelkowanego specjalnie dla parafii St, Mary w kalifornijskiej dolinie Nappa i z duszą na ramieniu idę na cmentarz, przezornie omijając krzewy i kamienie, na których mogę się wygrzewać grzechotniki. Cmentarze dzikiego zachodu miały specyficzną topografię: były podzielone na części, przeznaczone dla konkretnych grup, według nie zawsze precyzyjnego klucza. Jest część masońska, część dla strażaków, policji. Na najbardziej odległym wzgórzu mieści się część dla katolików, zwieńczona imponującej wielkości krzyżem.

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

9

Wróciłem z Virginia City po południu, musiałem oddać samochód, którego prawdziwych możliwości nie było kiedy wypróbować  i czekałem na Józka, który pojechał kilkanaście mil na wschód, zrzucić część ładunku. Wrócił znacznie później, niż przewidywaliśmy. Do dziesiątej wieczorem kręciłem się po kasynie, bo było to jedyne poza restauracją miejsce, gdzie, można było usiąść. Nie było gwarancji, że uda się przetrwać kasyno za cenę bufetu „zjedz ile możesz”.

Następnego dnia, a właściwie nad ranem i w ciemności wyruszyliśmy do Kalifornii, by pozbyć się reszty towaru. Był to najbardziej monotonny i stresujący, jak dotąd dzień podróży. Przez przełęcze gór Sierra przejechaliśmy po ciemku, a wszystkie „zrzutki” miały miejsce na industrialnych peryferiach i były okupione długotrwałym czekaniem w kolejce. Egzotyczność i piękno Kalifornii trzymało nas na dystans. Po raz pierwszy przez entuzjazm wywołany wielką podróżą zacząłem odczuwać gorycz i smutną tajemnicę zawodu długodystansowego szofera: pomimo tego, że jedziemy autostradami, jak królowie odległości, skazani jesteśmy na boczne drogi, parkingi dla ciężarówek i rozkład jazdy, zmuszający kierowców do oglądania życia spoza dźwiękoszczelnych barier, oddzielających zgiełk szosy od prawdziwych tajemnic miast.

10

W drodze do ostatniego miejsca rozładunku zatankowaliśmy i błyskawicznie wzięliśmy prysznice w łazienkach, których standard zwykle dorównuje najlepszym hotelowym. Dotarliśmy na miejsce, co do minuty, ale jedyną pozostałą paletę mrożonych eklerek rozładowywano trzy godziny. Mimo to dotarliśmy na parking wczesnym wieczorem. Natychmiast to wykorzystałem i poszedłem piechotą do pobliskiego miasteczka Livingston. Droga wiodła wzdłuż łąk i nawadniających rowów. Wśród zielonych, soczystych traw biegały trzy duże, piękne psy. Nie było nigdzie właściciela, choć zwierzęta były zbyt dobrze utrzymane, by sądzić, że prowadzą wolne, dzikie życie. Rozpoznając obcego, patrzyły na mnie uważnie, kiedy robiłem im zdjęcie.

Przeszedłem obok misji i świątyni Sikhów, a potem znalazłem się w miasteczku, którego ludność była chyba głównie pochodzenia latynoskiego. Był piękny wieczór, zmierzch prawie, szedłem niecierpliwie, byle dalej, byle zostawić w sobie i po sobie ślad.

 kolejny odcinek 9 września; całość można przeczytać tutaj:

https://aleksander-rybczynski.com/2013/08/14/kalifornia-komputer-pokladowy/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s