Pochodnia wolności

W sierpniu 1968 roku, jako trzynastoletni chłopiec spędzałem wakacje u rodziny w Czechosłowacji. Nastrój nad Wełtawą był radosny, niemal podniosły: Czesi poznali smak wolnego słowa i nawet dla dorastającego dziecka, wychowywanego na ogół pod kloszem beztroskiego dzieciństwa, odkrycie to było jak objawienie, łaska i błogosławieństwo.

Święto trwało tylko do 23 sierpnia. W nocy wybiegliśmy przed dom. Z odległej szosy dochodził łoskot przetaczających się czołgów. Pracownicy Rozgłośni Czeskiego Radia poprzez odgłosy strzelaniny karabinów maszynowych nadawali ostatnie, dramatyczne komunikaty, zakończone narodowym hymnem czeskim i słowackim. Płakaliśmy wszyscy. Szybko zrozumiałem, czym jest wolność, niepodległość, czym granice, czym życie w ojczyźnie pod butem totalitarnego reżymu.

Było mi wstyd, że w inwazji wojsk Układy Warszawskiego brali udział polscy żołnierze, pod dowództwem sowieckiego namiestnika, generała Wojciecha Jaruzelskiego. Po kilku tygodniach tragicznych wydarzeń udało się wyjechać do Polski. W sąsiednim przedziale pustego, nocnego pociągu wracali pijani rodacy, wykrzykujący w opustoszałe stacje kolejowe triumfalne wrzaski zwycięskich barbarzyńców. Nie wiedzieliśmy przez jakie przejeżdżamy stacje: po inwazji wszystkie drogowskazy, szyldy z nazwami miast i ulic zamalowano na biało, by utrudnić najeźdźcom orientację.

Spóźniony powróciłem do szkoły, zmuszony do milczenia propagandową i bezdyskusyjną wersją inwazji. Bałem się nawet rozmawiać z kolegami, w większości nie mającymi pojęcia, co się wydarzyło. (Był to rodzaj bolesnego lęku powracającego nawet w dzisiejszej Polsce, kiedy to obawiamy się rozmawiać o Smoleńsku, oczekując butnej reakcji i szyderczej ignorancji) Często budziłem się w środku nocy, planując akcje malowania na murach haseł antyrządowych i znaków poparcia dla zdławionej już czeskiej wiosny.

W pół roku później 16 stycznia 1969 student filozofii Jan Palach na znak protestu przeciwko okupacji Czechosłowacji, dokonał samospalenia pod pomnikiem świętego Wacława na Václavském náměstí. Zmarł w szpitalu, trzy dni później. Było to dla dorastającego młodzieńca wstrząsające przeżycie, pewnie dlatego, że część serca na zawsze pozostawiłem w spacyfikowanej Pradze. O Palachu nie można było się dowiedzieć ani z Polskiego Radia, ani z lokalnego „Dziennika Zachodniego”.

Takie wiadomości docierały do Polski tylko na niemiłosiernie zagłuszanych falach Radia Wolna Europa. Głos wielkiego polskiego emigracyjnego poety, Kazimierza Wierzyńskiego, przedzierał się do polskich sumień przez rzężenie sowieckich zagłuszarek. 30 stycznia 1969 roku przeczytał przejmujący wiersz „Na śmierć Jana Palacha”. Dzięki postawie takich jak on Polaków, możemy dzisiaj prosić braci Czechów o wybaczenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s