Powrót

Przed kontrolą osobistą podał paszport i kartę pokładową. Położył na transporterze bagaż podręczny, zastanawiając się jaki obraz pokaże rentgen, prześwietlając urnę z prochami matki. Klasyczny kształt brązowego naczynia z mgiełką istnienia w środku? Niewyraźne odbicie plastykowego pojemnika, czy może tylko jeden z wielu geometrycznych kształtów, kryjących duszę, aparat fotograficzny, książki do podróży i drobne upominki, wypełniające w pośpiechu wolną przestrzeń. W ostatniej chwili, niemal odruchowo chciał zakupić butelkę whisky w strefie wolnocłowej, ale zreflektował się przed tą bezmyślną próbą zapakowania razem śmierci i nadziei.

Lot był niewygodny. Z trudem mieścił się pomiędzy rzędami foteli; obok drzemała, lecąca do Bratysławy Słowaczka – nie chciał jej budzić, by rozprostować zdrętwiałe ciało. Nie mógł spać, ani czytać. Jak zwykle wyglądał przez iluminator, czekając na przyspieszone efekty zmiany stref czasowych. Nagły zachód i rychły wschód słońca. Przechodził z jasności w ciemność i powracał do życia w skrócie, pogrążając się w tej metaforze skrajności, z natychmiastową konsekwencją utraty czasu.

Nie był pewien, czy powraca, czy może tylko wybrał się z wizytą, w miejsca dobrze znajome, choć już trochę obumarłe i obce. Czekał na szczęśliwe lądowanie z niepokojem i bez większych oczekiwań. Był melancholijnie przeświadczony, że wielkie wydarzenia ma już za sobą i przetrwanie pozostało jedyną otuchą.

We Wiedniu zmieniał samolot, zmuszony do jeszcze jednej kontroli i nieokazywania wzruszeń i uczuć, które i tak prześlizgiwały się swobodnie niezauważone przez badawcze spojrzenia i bramki wykrywające metalowe przedmioty.

Leciał ponad Czechami, które uważał za ziemię rodzinną, chociaż nie znał nawet dobrze języka i jedynie zmarła przed czterdziestu laty ukochana babcia łączyła go z tym nieodwiedzonym nigdy w pełni ogrodem dzieciństwa. Samolot zataczał szeroki krąg przed lądowaniem w Krakowie. Oglądał z lotu ptaka znajomy obraz miasta, rozlany w rozbudowanym przez lata kształcie i pokreślony nowymi ulicami i drogami szybkiego ruchu. Nie dostrzegał w tym pejzażu swojej przyszłości, a przeszłość rozrastała się w nim, jak ból serca. Wiedział, że po wylądowaniu będzie żył jak zwykle, z dnia na dzień, z całą konsekwencją tej świadomej rezygnacji.

Lądowanie było łagodne, odebrał bagaż i niekontrolowany przeszedł do hali przylotów, gdzie wśród oczekujących ludzi zobaczył Marka. Ten stary przyjaciel nigdy nie stał się najbliższym przyjacielem, choć miał chyba największy wpływ na jego życie. Zwykle okazywało się, że może w czymś pomóc, coś załatwić, czy dobrze poradzić. Dzięki Markowi zjechał kawał świata i mieszkał na dwóch kontynentach. Nigdy jednak nie stworzyło to poczucia jakiejś zależności i ich przyjaźń pozostała niezależnie równoległa. Żyli w osobnych światach, pozostawiając obszary, których trzeba się domyślić, niekoniecznie w nich bywając.

Pierwszy dzień w Krakowie. Pojechali na śniadanie, już trzecie tego dnia, ponieważ serwowano także śniadania w samolotach. Nie był głodny, jedynie zmęczony i senny, podróż odebrała mu bowiem większość nocy i rzuciła go prosto w południowe słońce końca lata. Lubił tę intensywność. Ziemia obracała się w zawrotnym tempie i każda chwila, którą udawało się rozpoznać lśniła jak szlachetny kamień, odsłaniała światłocienie, kolory i pozwalała sobie mówić po imieniu.

Wyszli do miasta, przechodząc Grodzką do Rynku, zaglądając do paru knajp i spotykając znajomych. Głównie znajomych Marka, bo po dwudziestu latach mieszkania za granicą spostrzegł, że znajomych już się nie spotyka; trzeba ich szukać, odnajdywać, dopytywać o miejsca ich pobytu i zmiany adresów. Choć w Krakowie niewiele się zmieniło. Przy stolikach barów siedzieli znani artyści i pisarze, otoczeni swoją świtą. Piło się wódeczkę, jak dawniej, rozmawiało o sztuce i literaturze, a może już bardziej o pieniądzach i lokalnych sensacjach. Ale to mu nie przeszkadzało wcale. Był otwarty na ten galicyjski marazm i cudowną dekadencję, jakby z innej epoki, jakby nikt nie spieszył się do pracy, jakby nikomu nie groziła eksmisja z mieszkania. Po paru drinkach poczuł głód i zmęczenie. Gwałtownie przemierzona przestrzeń odgrodziło go od rozmów; chciał zostać sam ze swoją pustką i anonimowym pięknem, mijających go na ulicy kobiet.

Szybko się pożegnał i wyszedł. Piechotą dotarł na Kazimierz, gdzie w małym, zagraconym książkami, starymi rycinami i fotografiami antykwariacie pracowała Anna. Opalona, w kolorowej sukience, wyglądała ślicznie jak zawsze. Przywitali się trochę zakłopotani i nie odważył się jej przytulić, ani pocałować. Niekonkretnie umówili się na najbliższe dni i pożegnali.

Czuł zmęczenie, niepokój i żal. Chciał już tylko wrócić do domu.

Miał wyjątkowe szczęście – dysponował mieszkaniem na peryferiach Krakowa, był niezależny od gościnności przyjaciół, łaskawej czułości rodziny, zawartości portfela, otwierającego bramy hoteli. Bardzo szybko docenił tę wolność zrujnowanej kawalerki, nadającej się do gwałtownego remontu. Peryferie stały się mniej odległe, rudera bardziej komfortowa, nieobecność mniej nieobecna. Chodził rano do tramwaju, jechał do serca miasta i wracał do pustelni, bliskiej jak młodość, jak każdy utracony dzień. Był samotny samotnością mieszkańca; anonimowy i nieistotny bezosobowością zameldowanego na stałe..

Szybko zaczął pogrążać się w kolejnej emigracji. Znajomi uznali, że skoro tym razem przyleciał na dłużej, jego obecność jest czymś trwałym i zwyczajnym. Jakby zapomnieli o kruchości  życia i konieczności delektowania się każdą chwilą. Jakby nie pamiętali, że czasu zabraknie, jak zawsze. Na spotkania, na rozmowy, na wódkę i na chwilę szczerości.

Pierwsze kilka dni spędził na całodziennych  wędrówkach  wokół Rynku, po Kazimierzu i miejscach, które znał niemal na pamięć, choć mieszały mu się nazwy ulic, numery tramwajów i trasy autobusów. Zaglądał nawet do tak zwanych „galerii”, do złudzenia przypominających kanadyjskie „mall’e” i inne europejskie centra handlowe.

Wieczorami kupował butelkę wina i wracał do garsoniery. Włączał radio i skakał po stacjach, szukając muzyki, która by go poruszyła, lub pomogła oswoić nową przestrzeń. Najczęściej jednak nadawano stare piosenki, które mimo sentymentalnego rozbiegu nie były w stanie przeskoczyć swojego czasu. Niechętnie także słuchał klasyki. Kraków był miejscem zbyt osobistym i zazdrosnym, by mógł tak zwyczajnie pozwolić odejść w suity harmonijnego piękna. Nie rozumiał także publicystyki, pewnego siebie tonu i autorytarnych opinii. Znał ten ton także z Kanady, ale tam nigdy go nie drażnił, zawsze miał dystans przybysza z innego świata, tożsamość outsidera, który niemożność pełnego porozumienia mógł zawsze złożyć na karb niedoskonałej znajomości języka, odmienność korzeni, czy brak odpowiedniej pozycji. W Polsce nie miał tego komfortu. Wydawało mu się, że dostrzega wszystko: piękno i niezwykłość ludzi równie silnie, jak karykaturalność i absurdalną logikę ich rzeczywistości. Nikt nie pozwalał mu na prawdziwy powrót do ojczyzny. „Gdybyś tutaj żył, widziałbyś i myślałbyś inaczej” – mówili.

Szybko otrząsnął się z tego stanu koncentracji na sobie i starał się powrócić do życia. Żyć jego ułomnością i cudowną esencją, smakowaną tylko wtedy, kiedy każda chwila jest z góry utracona i powtarzalna inaczej. Wiedział, że jeśli przyjedzie tu jeszcze raz za rok będzie już w innym życiu, w innym miejscu, wśród innych ludzi, nawet jeżeli będą go  przyjmować i kochać, jak zawsze.

Annę znał jeszcze ze szkoły średniej. Była jego pierwszą miłością i dziwił się dlaczego ich znajomość trwa tyle lat, choć przecież nigdy ze sobą naprawdę nie byli. Miesiące krótkich uniesień dzieliły przepaście obojętności, naznaczone bliznami mało istotnych romansów. Cały czas jednak byli dla siebie, najczęściej w snach, uporczywych, trwających całe noce. Podczas takich nocy budził się wielokrotnie i zasypiał z powrotem, w to samo marzenie, w tą samą pewność harmonii i jedności. Szedł pełen niepokoju i nadziei wąskimi uliczkami Kazimierza, mijając turystów i pary, obejmujące się tak, jakby nigdy tutaj nie zaglądała śmierć, a tynki nie odsłaniały zmurszałych cegieł totalitarnego reżimu.

Drzwi były otwarte i Anna siedziała na krześle z epoki Ludwika Filipa, czekając na klientów. Nikt nie przychodził, bo ceny obiektów, wystawionych na sprzedaż były wykładnią nierzeczywistości miejsca i rozkojarzenia właścicielki.

Raz jeszcze zachwycił się urodą Anny i pięknem własnej młodości. Zdziwiło go, że Anna się wcale nie zmieniła, pewnie czas zatrzymał się i pierwszy zachwyt prześlizgnął się skamieniały przez lata. Jego miłość nadal była młodą dziewczyną i dziwiło go, że musi z nią rozmawiać, jakby widzieli się pierwszy raz.

Anna znowu nie miała czasu. Żarliwe wyznania i niecierpliwe deklaracje wspólnego przetrwania nadchodzących dni rozpraszały się w banalnej potrzebie nakarmienia kotów, konieczności podtrzymania martwych znajomości i uregulowania rachunków, już rozgrzeszonych w deklaracji bankructwa. Małostkowe upodobania Anny doprowadzały go do rozpaczy. Nie chciał słuchać o koleżankach i zawsze życzliwie natrętnych mężczyznach.  Żałował, znowu żałował odrzuconych niegdyś darów, przemilczanych wyznań, zbagatelizowanych okazji. Żałował z przekory, wiedząc, że miłość do Anny jest jego jedyną szansą i nadzieją zachowania niewinności  w otchłani generacji, rosnącej między nimi.

Zaproponował, by spotkali się za parę dni i ucałował Annę w policzek.

Wyszedł pod ciemniejące niebo, na którym jaśniał widokowy balon, odsłaniający tajemnice ulic Krakowa i mierzący odległości pomiędzy jego mieszkańcami.

Następnego dnia odbył się pogrzeb jego matki. Był ciepły letni dzień, mimo to ubrał ciemny garnitur, zawiązał krawat i trzymając na kolanach urnę czekał na przyjazd taksówki. Dotychczas śmierci, których doświadczył były właściwie anonimowe. Dowiadywał się o odejściu bliskich i mniej bliskich osób, czasami szedł na pogrzeb, z odsłoniętą głową rozmyślając o kruchości życia, nie raz roniąc łzy, kiedy ból był zbyt osobisty. Tym razem jechał na cmentarz Rakowicki jak pielgrzym, po wieloletniej wędrówce po emocjonalnej pustyni, obserwujący niekończącą się pracę Charona, zanurzającego wiosło dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Ponad dwa lata galerniczej katorgi z urną w łodzi, odbijającą coraz bladsze poblaski życia. Nosił urnę po ulicach Toronto, zabrał ją w podniebną podróż ponad Atlantykiem, dźwigał w plecaku przez miasto młodości, wnosił po schodach gierkowskiego raju. Teraz wreszcie zbliżał się koniec tej udręki. Stał przy bramie cmentarza, czekając na kilka osób pozostałej rodziny i najbliższych przyjaciół, którzy przyjechali, by mu towarzyszyć w ostatniej drodze matki. Szedł jak we śnie, tuż przed księdzem i organistą; wydawało mu się, że aleja cmentarna, prowadzi nad głęboką przepaścią, w którą wszyscy nagle się osuną. Trzymał za rękę cicho popłakującą córeczkę. Doszli wreszcie do starego grobowca z odsłoniętą płytą. W głębi zobaczył zaskakująco dobrze zachowane metalowe trumny, nieproporcjonalnie małe, jakby rzeczywiście były już nie z tego świata. Miał wrażenie, że widzi barokowe zabytki, na których brakowało jedynie sarmackich portretów. Ubrany w granatowy kombinezon grabarz zeskoczył w głąb grobowca, wziął poświęconą przez księdza urnę i zniknął w otchłani. Taki był koniec, położono kwiaty, zapalono świeczki. Jego misja została wypełniona, raz jeszcze mógł wrócić między ludzi.

Bał się miasta, jak wielkiej utraconej miłości, do której zawsze się powraca, by już nigdy się nie odnaleźć. Dla odzyskania równowagi, postanowił wyjechać na parę dni w góry. Przenocował w schronisku w Dolinie Kościeliskiej i zrobił dwa wypady na Ornak i Czerwone Wierchy. Zmęczony wracał pociągiem. W butach do wspinaczki, opierając się o plecak, oglądał przesuwający się za oknem pejzaż.

Do Polski przyjechał chyba za późno. Lato zaczynało tracić niewinność i pomiędzy bujną zieleń, promienie słońca i upalne strugi powietrza wkradał się niepokój, lęk, przeczucie nieodwracalnej erozji światła, wczesnych zachodów i coraz zimniejszych zmierzchów. Pomyślał, że pewnie właśnie taka była atmosfera końca sierpnia 1939 roku, na dzień przed katastrofą. Czuł, jak zanurza się w nierzeczywisty ogród, daleki od świata peronów, przystanków i miast rozrzuconych w wirtualnej przestrzeni Google. Sady pochylały się pod ciężarem jabłek, snuły dymy palonych traw, a zaniedbane łąki plątały w rozkwicie bez nadziei. Wiedział, że za kilka godzin znowu wyląduje na krakowskim bruku, opuszczonym kilkanaście lat temu, zdolnym przygarniać rozbitków i odrzucać ich ponownie w głąb morza. Zanim to nastąpi będzie krążył średniowiecznymi ulicami, spotykał starych przyjaciół, zasiadał za barem i rozmawiał z kobietami, które już nie będą młode, ale ich oczy nadal odsłonią świetlistomroczne tajemnice. Być może zada sobie pytanie, dlaczego tutaj przyjechał, zbyt słaby, by rozważać rozterki młodości, gniazda i czasu, który przecież można było zatrzymać, nie decydując się na nic. Będzie pił wódkę, by zachować pozory i patrzeć ludziom w twarz. Będzie pił wino, bo pozwoli mu to zachować równowagę pomiędzy możliwym, a niemożliwym. Będzie tulił się do kobiet, jedynego źródła piękna, bo tylko one wszystko ofiarowując, niczego nie mogą obiecać.

Po przebudzeniu postanowił odwiedzić Annę. Drzwi antykwariatu były jednak zamknięte. Nie tylko zamknięte, ale opieczętowane przez komornika. Po chwili osłupienia  wyszukał w książce adresowej numer telefonu Anny. „Nie ma takiego numeru” – usłyszał w słuchawce automatyczną wiadomość. Odwrócił się i skręcił w ulicę Bożego Ciała. Szedł w stronę Krakowskiej, zastanawiając się, co się stało. Zadzwonił do Marka, ale ten zbagatelizował całą sprawę i szybko zakończył rozmowę. Nie wiedział, co robić. Już w kilka dni po przyjeździe zorientował się, że nikt nie chce z nim poważnie rozmawiać. Jego myśli ciążyły zbyt mocno w stronę przeszłości, pamięci i utraconego. Chciał być jednak wierny sprawie beznadziejnej. Nie chciał zanurzyć się w teraźniejszości, jakby to był luksusowy basen w resorcie turystycznym odizolowany od morza ironią i kpiną. To właśnie ironia i żart przejęły rząd dusz jego przyjaciół i bliskich. Próbował żartować, próbował się śmiać, próbował mówić to, co świadczyłoby o jego „wyluzowaniu” Całą bezradność, rozdygotanie i nocne koszmary emigranta z krainy umarłych chował głęboko pod modną kurtką.

Przyspieszył kroku i pełen najgorszych obaw doszedł do znajomej kamienicy przy Rajskiej. Wyglądała tak, jak zawsze. Odrapane, sczerniałe tynki i okno, w które tyle razy zaglądał i z którego patrzył na mury budynku koszarów, tak, jakby to była galeria Uffizi, jakby to było przejście do oazy. Za szybą zauważył rudego kota Anny, który natychmiast zeskoczył z parapetu i zniknął w głębi pokoju. Otwarł ciężką bramę i wspiął się po schodach. Nacisnął dzwonek trzy razy i nasłuchiwał lekkich kroków Anny. Zamiast tego usłyszał szuranie pantofli, otwieranie zamków i zakładanie łańcucha. W szparze pojawiła się siwa głowa nieznajomej staruszki. „Przepraszam, przyszedłem do Anny” – „Szukam Anny” – poprawił się, widząc zdziwione oczy kobiety. Powiedziała – „Nie ma tu takiej, pomylił pan adres”. „Jak to nie ma, zawsze tutaj mieszkała, zawsze czekała na mnie; proszę otworzyć” Drzwi zatrzasnęły się, uderzył w nie parę razy pięścią, zanim odwrócił się na pięcie i wypadł na ulicę.

Pobiegł do Marka, ale przyjaciel przyjął go sceptycznie. „Daj spokój, antykwariat zbankrutował, Anna pewnie gdzieś wyjechała. Słyszałem, że ktoś jej zaproponował pracę w stadninie koni na Mazurach. Jak bardzo ci zależy, mogę się dowiedzieć…” Inni byli nawet mniej wyrozumiali. Nikt już nie wierzył w jego historię, istnienie Anny, antykwariat i rudego kota. Poszedł nawet na policję, ale uprzejmy na wstępie policjant szybko się zniecierpliwił. „Urodzona pięćdziesiąt lat temu? Młoda dziewczyna? Co mi pan tu pieprzy?!”

Do powrotnego odlotu pozostało kilka dni. Wstawał wcześnie, wychodził z domu, wsiadał do tramwaju, jechał do serca miasta i wracał do pustelni, bliskiej jak młodość, jak każdy utracony dzień. Był samotny samotnością mieszkańca; anonimowy i nieistotny bezosobowością zameldowanego na stałe. Wieczorami kupował butelkę wina i wracał do garsoniery. Włączał radio i skakał po stacjach, szukając muzyki, która by go uspokoiła, lub pomogła otworzyć nową przestrzeń. Wrzucił z powrotem do walizki rzeczy, które z niej zdążył wyjąć. Większość pozostała nieruszona: upominki, reszta odzieży, parę książek. W noc przed odlotem samolotu zamówił na rano taksówkę i położył się spać. Obudził go telefon. „Pan Aureliusz? Zamówił pan taksówkę na piątą piętnaście! Czeka pod domem.” „Przepraszam, ale nie czuję się dobrze, muszę zostać w łóżku.” Odłożył słuchawkę i odwrócił się w stronę ściany.

Mordellus Press, Berlin, Toronto, styczeń-luty, 2010

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s