Kroniki Wielkiego Tygodnia

Chrystus na LODZI

Minął tydzień [9]

20.03.2016 Palmowa Niedziela
w Toronto mroźny słoneczny dzień
chrześcijanie spokojnie idą do kościoła
nie lękają się wybuchu samobójczej bomby
ani serii z kałasznikowa ścinającej przemykających
pod murem w tym samym czasie Chrystus siedzi na osiołku
i wkracza do Jerozolimy która dzisiaj jest wszędzie na Bliskim
Wschodzie Antypodach ulicach okupowanych europejskich miast
w poematach piosenkach i ofertach biur podróży Chystus zbliża sie do
nas głosić dobrą nowinę i oddać się w ręce oprawców zastraszone
tłumy nie wiwatują i ostrożnie ukrywają palmowe gałązki miłość
i wiarę lepiej zachować dla siebie a prawdę ukrywać w głębi
serca bo świadectwo może zostać brutalnie wymuszone
tłum dobrze zna sceny męki wie że nie trzeba Jezusa
stawiać przed sądem Piłata są w tłumie mężczyźni
z maczetami ostrymi nożami i kobiety opasane
samobójczym pasem ci którzy powiewają
palmowymi liśćmi ścielą przed stopami
Boga błękitne płaszcze zginą pierwsi
będą wyszydzeni ukamieniowani
z obciętymi głowami pójdą do
Najwyższego jeszcze przed
ukrzyżowanym Jezusem

21.03.2016 Wielki Poniedziałek
Chrystus płynie przez Morze Śródziemne
przeładowanym pontonem niewidoczny wśród
tysięcy migrantów wiosłujących w sąsiednich łodziach
wysiada na brzegu Italii kolebce cywilizacji która chrześcijan
rzucała lwom na pożarcie idzie na północ odwiedzając opuszczone
świątynie o których rozprawy wypełniają półki najpotężniejszych bibliotek
zagląda nawet do Santa Maria Maggiore ale Papież zbyt jest zajęty dialogiem
ekumenicznym idzie na północ przemykając się w blasku petard przed katedrą
kolońską przechodzi niezauważony obok tysięcy kościołów które są owocem
bezinteresownej pracy całych generacji na chwałę Boga nikt już o nim nie
pamięta bo wszyscy skupieni są na zapewnieniu wieczystego dobrobytu
i doczesnej pustki Jezus wraca do Europy jak do świątyni Jerozolimy
wołai: „czyż nie jest napisane: mój dom ma być domem modlitwy dla
wszystkich narodów, lecz wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców”
przewraca stoły przekupniów rozbija komputery w redakcjach i
popularnych stacjach telewizyjnych które dwadzieścia cztery
godziny na dobę szukają sposobu, jak by Go zgładzić nauki
Jezusa nikt nie słucha zagłusza ją pogłos detonacji bomb
terrorystycznych na całym świecie ludzie wychodzą
z pracy i pośpiesznie znikają we wrotach piekieł
prowadzących przez stacje miejskiego metra

22.03.2016 Wielki Wtorek
już wiemy że są wśród nas zdrajcy
a jeden z nich wyda Zbawiciela część apostołów
pakuje walizki i wzywa taksówki które pomkną na lotnisko
Zaventem pozostali wkładają drugie śniadania do teczek plecaków
idąc szybko na stację męki żegnają się z najbliższymi niektórzy
żegnają się w znaku modlitwy żeby ocaleć nie wystarczy już
wyprzeć się Jezusa Chystusa nawet rozpaczliwe wołanie
Allah Akbar może okazać się przedśmiertnym krzykiem
kilka dni wcześniej w dalekim Toronto Allah nakazał
młodemu mężczyźnie wtargnąć do biura rekrutacji
kanadyjskiej armii żołnierze wyszkoleni w walce
wręcz ocalili życie ale media milczą o odwadze
i bohaterstwie nieudolny atak w Toronto był
ostrzeżeniem przed zamachem w Brukseli
tragedią na lotnisku samobójczą bombą
zdetonowaną w samym sercu Europy
ranni uciekają po szkle rozrzuconym
przez eksplozje w takim zwierciadle
przegląda się nasza historia nasza
przez lata wywalczona wolność

23.03.2016 Wielka Środa
„Zaprawdę, powiadam wam:
jeden z was mnie zdradzi” nie
brakuje zdrajców są powszechnie
szanowani zajmują poważne stanowiska
a nawet stają na czele rządów nagradzani są
tytułami człowieka roku współcześni Judasze nie
przyznają się do winy rozdzierając szaty w obronie
demokracji bronią także praw człowieka zapominając
o prawach bożych i zwykłej przyzwoitości rozkładają ręce
i wyciągają ramiona otwierają granice w imię dobra i miłości
niosąc chaos śmierć i kłamstwo opanowali do perfekcji język
zdrady nazywając go językiem rozsądku i pełnej tolerancji
język wyrzeka się głosów sprzeciwu a każdą próbę buntu
ośmiesza na pierwszych stronach gazet Jezus nie ma
szans poza godzinami największej oglądalności jest
samotny wśród samotnych uczniów i maluczkich
których nagrodzi królestwem niebieskim to nie
oni zadecydują o naszej przyszłości na Ziemi
będą zdani na bierność większości prawa
spisane w księgach cyrografów relacje
szanowanych i dobrze opłacanych
reporterów pobożnych życzeń
staną za nimi adwokaci
diabła zdradzą Boga
oraz wolne narody
za trzydzieści
srebrników

24.03.2016 Wielki Czwartek
w tym roku Ostatnia Wieczerza
będzie podana przy okrągłych stołach
Parlamentu Europejskiego nikt nie zaprosi
Chrystusa bo rygorystycznie przestrzega się
rozdziału państwa od kościoła na chrześcijaństwie
nie buduje się już praw Europy postawiono na tolerancję
ze szczególnym uwielbieniem dla islamu który zanim przejmie
pełną kontrolę niszczy kulturę i morduje niewinnych ludzi świeccy
apostołowie parlamentarzyści cywilizacji bez Boga będą szli
na wieczerzę przedzierając się poprzez gruzy rozrzucone
przez ostatni wybuch w drodze będą obmywać stopy
przechodniów nie z kurzu pielgrzymki ale z krwi
po wczorajszej eksplozji o tej samej porze w
Rzymie Papież umyje stopy dwunastu
uchodźców bez pytania czy miłują
Boga naszego jedynego ciało
Chrystusa pozostanie w
prezbiteriach świątyń
bezpieczne gdyż
bomby odpala
się w tłumie

25.03.2016 Wielki Piątek
Ecce Homo i ukrzyżowany Bóg
Jezusie Chystusie ukrzyżowany za
nasze grzechy zmiłuj się nad nami Kyrie
Elejson Chryste Elejson zmiłuj się nad nami
zmiłuj się nad zamordowanymi chrześcijanami
odcięto im głowy nad brzegiem Morza Śródziemnego
zmiłuj się nad nimi zmiłuj się nad Twoimi braćmi siostrami
gwałconymi torturowanymi i pozbawianymi życia w imię wiary
która nie zna miłości ani miłosierdzia zmiłuj się nad tymi których
nie uchowałeś od nagłej i niespodziewanej śmierci którzy czytając
gazetę czekali na najbliższą stację metra zmiłuj się nad tymi
którzy zginęli zestrzeleni w samolocie marząc o dalekich
krajach zmiłuj się Boże nad tymi których nagły wybuch
zatrzymał w locie do Katynia gdzie mieli modlić się
i składać hołd zamordowanym kulą w tył głowy
zmiłuj się nad swoim cierpieniem zbawiło
ludzi ale nie nauczyło ich szacunku
wobec siebie Twój krzyż stoi na
Golgocie obok rośnie las
krzyży niewyobrażalna
męka i zwątpienie
Kyrie Elejson
Chryste

27.03.2016 Wielkanoc
porzucając tułacze plecaki
biegliśmy zobaczyć upewnić się
że grób jest pusty dotknąć opuszkami
palców poczuć pod dłonią szorstki mistyczny
splot całunu turyńskiego zobaczyć arcydzieło Twojej
męki i cierpienia ślad pulsującej życiem obecności i dowód
na istnienie królestwa niebieskiego grób był pusty ale jak zawsze
znaleźli się wygadani moderniści uznający że niczego to nie dowodzi
grób jest pusty Boga nie ma a my jesteśmy wreszcie wolni wolni od
codziennego lęku wolni od prób wiązania końca z końcem wolni
od strachu przed kolejnym wybuchem konieczności ocalenia
naszych głów które triumfujący barbarzyńcy usiłują zatknąć
na żerdziach zmieszać nasze kruche ciała z aluminium
gruzem i szkłem rozpryśnietym po wybuchu bomby
otworzyć przed nami grobową pustkę której nie
ma bo przecież grób jest pusty z pulsujacym
jeszcze całunem to nie życie pozostanie
najważniejsze lecz objawienie które
wyzwala Chrystus zmartwychwstał
i jako pierwszy prowadzi nas
świetlistą ścieżką prawdy
i ocalonej miłości

.

Aleksander Rybczyński

Kroniki poetyckie [5]

POETYCKIE 5

Minął tydzień [5]

17.01.2016
kanadyjskie media CBC
relacjonują mord w Burkina Faso
zginęło tam sześciu Kanadyjczyków
z Quebec poprawni politycznie dziennikarze
żałośnie lawirują nazywając misjonarzy Matki Bożej
Nieustającej Pomocy „kongregacją religijną” tylko po to
by nie napisać że islamscy terroryści wymordowali
katolików – w reportażu nie ma zdjęcia krzyża
ani czarnoskórych nowicjuszek w białych
habitach jest ujęcie premiera Kanady
pochylonego w chwili ciszy podczas
wizyty w odbudowanym meczecie
wspomniano także o nienawiści
zwyciężonej przez miłość ani
słowa o religii która winna
jest rzezi chrześcijan

18.01.2016
koalicjanci w wojnie
z państwem islamskim
zaczną debatę w Paryżu
ministrowie obrony Australii
Francji Stanów Zjednoczonych
Wielkiej Brytanii Włoch Holandii
i Niemiec będą próbować znaleźć
wyjście z sytuacji dotąd bez wyjścia
nie zaproszono Kanady więc trudno
to wytłumaczyć tym Kanadyjczykom
którzy byli dumni z udziału CF-18
w wojnie z ISIS wystarczyło parę
miesięcy by waleczną Kanadę
zmienić w niewiarygodnego
sojusznika uśmiechnięte
państwo bez zdania
i stanowczości
klonowy liść
kruuszony
na pył

19.01.2016
przyprowadzono
Polskę do Brukseli
zdrajcy liczyli że padnie
na kolana i powróci w worku
pokutnym ale Polacy są dziwni
jedni krzyczeli na galerii jak Rejtany
a skazana na kompromitację premier RP
mówiła do rzeczy trudno jej było zarzucić
autorytarny terror łamanie demokracji
i manipulowanie konstytucją media
kłamią na całym świecie ciężko
wyrazić zgodę na budzenie
prawdy we wschodniej
prowincji gdzie echo
zawsze zakwitało
a nie rodził się
wolny głos

20.01.2016
równają wieki z ziemią
klasztor świętego Eliasza
zbudowany w 590 roku trwał
ponad tysiąc czterysta lat zwany
Dair Mar Elia był celem pielgrzymek
chrześcijan oraz miejscem schronienia
w czasie wojen w zachowanych ruinach
podczas Wielkanocy modlili się żołnierze
amerykańskiej dywizji lotniczej chronili
historię w imię Chrystusa którego
inicjał wyryto u wrót klasztoru
nie pozostał kamień na
kamieniu obcinający
głowy barbarzyńcy
zniszczą każdy
znak miłości
i wszelkie
piękno

21.01.2016
ślad polonu 210
z czajniczka po herbacie
którą otruto Aleksandra Litwinienkę
prowadzi przez kontynent prosto do Moskwy
brytyjska komisja śledcza wskazała Putina jako
zleceniodawcę morderstwa i sprawcę męczarni byłego
agenta FSB to pierwszy oficjalny werdykt ogłoszony wobec
Rosji przez instytucję rządową i nie pierwsza tragedia
czekająca na wyjaśnienie o zamachu smoleńskim
zestrzeleniu malezyjskiego Boeinga 777 mówi
się szeptem z dala od mainstreamowych
mediów może prawdę o Litwinience
usłyszą obojętni oraz bezmyślni
którzy w samowarach śmierci
parzą swój święty spokój
usprawiedliwienie
każdej zbrodni

22.01.2016
po raz pierwszy
w Kanadzie doszło
do masowego morderstwa
na terenie szkoły media głównego
nurtu nie podają szczegółów czekając
na sygnał co można powiedzieć podobnie
policja ukrywa prawdę dla dobra śledztwa w toku
brytyjska witryna informuje że morderstw dokonano
na terenie rezerwatu zza oceanu głos zabrał premier
wiemy że sprawca jest w areszcie razem z bronią
chodzą słuchy że to nieletni można sprawdzić
kto zamieszkuje indiańską osadę La Loche
rzetelność śledztwa wymaga milczenia
i nie zadawania oczywistych pytań
będziemy czekać na prawdę
by bunt się nie narodził
byśmy nie odchodzili
sprzed telewizora
na ścieżkę
wojenną

23.01.2016
skąd przychodzimy
kim jesteśmy dokąd idziemy
zastanawia się mężczyzna przed
operacją wszczepienia zastawki serca
ma ominąć emocje i rozterki wieku podeszłego
chronić przed pulsowaniem wskrzeszanej młodości
ocalić życie wydłużyć czas na zadawanie pytań
żyjemy spokojnie z dnia na dzień do tchu
ostatniego nie tracąc ani chwili albo
przesiewając piasek przez palce
przewidzieliśmy wszystko
tylko po to by nadal
nie znać dnia
i godziny

.

Aleksander Rybczyński

.

 

Kroniki poetyckie [4]

poetyckie-4

Minął tydzień [4]

wydawało nam się
że dziennikarze dochodzą
prawdy sprzeciwiają się kłamstwu
i manipulacji ale etos przyzwoitego życia
zmienił się wystarczy wyprzedzać myśli i życzenia
możnych rysować obraz świata w kanonie politycznej
poprawności i według pobożnych życzeń przestrzegać
zasad demokracji dla wybranych nie zadawać pytań
niewygodnych nie nazywać rzeczy po imieniu
kiedyś za kłamstwo zbierało się po pysku
dzisiaj można liczyć na gratyfikację
szybki awans pewną synekurę
media powszechnego nurtu
wiedzą co jest najlepsze
dla nieoświeconych
obywateli oplotły
Ziemię wiedzą
jak ocalić
świat

10.01.2016
znowu przyjdzie poeta
i nazwie Polskę Mesjaszem
świata zostanie wyśmiany jak zawsze
nazwany ksenofobem dyktatorem faszystą
i nacjonalistą obelgi będą retoryczne na miarę
światowej opinii publicznej zaprawdę powiadam Wam
Mesjasz pojawi się tam gdzie prawda nie rozbudzi
powszechnego szyderstwa wstydu i świętego
oburzenia gdzie będzie można mówić
do rzeczy a zło nazywać złem
powoływać się na dobro
nie nadstawiając
stale drugiego
policzka

11.01.2016
Mozart pisał Requiem
na zamówienie pod dyktando
własnej śmierci siedziała na krześle
obok cierpliwie głodując – zdążyć przed
nią sporządzić testament zakończyć poemat
powiedzieć kocham. Czarna gwiazda
Davida Bowie rockowe requiem
nagrane w śmiertelnych
drgawkach na czas
gdy nie było
już czasu
żegnaj

12.01.2016
lecieć do Krakowa
wybrać wołanie serca
nad rutynę wytrwałej nadziei
przejść przez ulice młodości w biegu
wskoczyć do tranwaju omijać pierwsze strony
gazet zapomnieć o upadku wiernej Europy
uścisnąć dłonie powstańców nareszcie
obejmujących rządy przytulić dzieci
i wnuka pojechać do Poznania
miejsc gdzie zostały rodowe
skarby i płótna pamięci
malowane pędzlem
holenderskich
mistrzów

13.01.2016
katedrę w Kolonii
budowano siedem wieków
a jej historia sięga imperium Rzymu
mówiono że prędzej nastąpi koniec świata
niż konstrukcja zostanie zakończona Romantyczny
powrót do gotyku wzniósł wieże katedry wreszcie pod niebo
stanęła niezłomna a Bóg miał ją w opiece nie zniszczyły
jej bomby podczas nalotów drugiej wojny światowej
żarliwe modlitwy grzeszników były wysłuchiwane
w Sylwestra podczas uroczystej mszy świętej
ostrzelały ją fajerwerki petard i rakiety
wiwatujących barbarzyńców łuna
krwawych świateł huk eksplozji
wdarł się w głąb historii
gdzie chrześcijanie
w trwodze i ciszy
klęczeli w lęku
modląc się
do Boga

15.01.2016
wierzyliśmy w prawdę
i bezpieczne miejsca na Ziemi
sądziliśmy że wszyscy pełnią swoje
obowiązki lekarze leczą urzędnicy pomagają
a biurokraci stanowią sprawiedliwe prawa dla dobra
bogatych biednych i bezbronnych myśleliśmy że są miejsca
wolne od szaleństwa gdzie dla dobra obywateli
nie poświęca się ich wolności trzeba było
stale trwać w chłopięcej fascynacji
wielbić Robin Hooda strzec się
zdradzieckiej strzały walczyć
z szeryfem Nottingham

16.01.2016
eksplodują męczennicy
w Syrii Francji i Burkina Faso
wybierają się do nieba po nagrodę
w piekle na Ziemi ładują automatyczne
karabiny czule ściskają kałasznikowy strzelają
na oślep śmierć nie odrzuca nikogo odgłosy
kanonady odbijają się echem od ścian
wieżowców w Toronto karetki wiozą
rannych wybuchy w opuszczonych
sercach nie rysują murów miast
pomoc nigdy nie nadchodzi
i upadamy niezauważeni
w całunie milczenia

Aleksander Rybczyński

Photo by Luis Saenz, Oklahoma City

Kroniki wigilijne

SONY DSC

 

.

18.12.2015
z całego świata
przychodzimy do stołu
wigilijnego przylatujemy samolotami
zjeżdżamy się z bliska i z daleka przychodzimy
z sąsiedniej ulicy z drugiego końca miasta najbliżej
bliskich i blisko Boga narodzonego w stajence nie wszyscy
dotarli nie wszyscy przeprawili się na drugą stronę dnia
ofiary grudnia górnicy zamordowani przed kopalnią
Wujek zmasakrowani powstańcy wandejscy
w bitwie pod Savenay nie doczekali się
Zbawiciela a kolędy zaśpiewały im
chóry niebieskie i Aniołowie
radujący się poprzez łzy
cierpienia trudne do
zrozumienia
wyroki
losu

19.12.
najbardziej boli
kiedy talerz przeznaczony
dla przygodnego wędrowca przypomina
o najbliższych którzy nie zasiądą z nami przy stole
rozdzieleni oceanem odległości albo morzem
rodzinnych nieporozumień okaleczeni
rozłąką ran których czas nie zagoi
pielgrzymujemy od choinki
do choimki z opłatkiem
kruszącym się na
śnieżnobiałych
obrusach

20.12.
liberalny minister obrony
(cóż za przewrotna gra słów)
potwierdził podczas wizyty w Iraku
decyzję wycofania z Syrii kanadyjskich
myśliwców CF 18 zamiast akcji bojowych
i bombardowania pozycji terrorystów
premier Trudeau wybiera bliżej
nieokreślone akcje na ziemi

o pierwszym kroku kapitulacji
śpiewają już piaski pustyni
najpierw złożymy broń
potem wyburzymy
nasze kościoły
postawimy
meczety

21.12.
białe świerki
sosny jodły choinki
z Colorado i Syberii rosną
na zboczu i szachownicy szkółki
w Whitby taka tradycja Bożego Narodzenia
przyjeżdżamy przed samą Wigilia nie ma nawet
właściciela otwieramy kłódkę i szeroką bramę
deszcz pada jesiennie i koła samochodu
grzęzną w koleinach błota chodzimy
od choinki do choinki deszcz nam
spływa po policzkach ale ponad
marzeniami zawieja śniegu
wbija białe płatki w zieleń
gałązek pogłaskane
pachną miłością
dzieciństwem
radością
chwili

22.12.
dzieciątko
płacze zasypia
a potem budzi się
i śmieje dotykając brody
ojca jakby zobaczyło wszystkie
gwiazdy iskrzące się oraz obojętne
ta jedna przez wieki świetlne wypatrzyła cud
prowadząc do żłóbka trzech króli i kilku
pasterzy nieobecnych samotnych
cichych to ich objawienie jest
w nas jak ziarno wiary
źródło nadziei jak
miecz i tarcza
sens życia

24.12.
Polska śpiewa ci
kolędy mówi przyjaciel
przez ocean i telefon satelitarny
będziemy dzielić się wiadomościami
i opłatkiem owiniętym serwetką w kopercie
niektóre koperty pozostaną puste
opłatek milczenia najtrudniej
przełamać bo tylko słowa
wypowiedziane w porę
będą świadectwem
naszej miłości

.

Aleksander Rybczyński

KRONIKI POETYCKIE (2)

Screenshot-2015-12-16-23.43.07

MINĄŁ TYDZIEŃ [2]

Odeszli piękni kronikarze
raportujący z oblężonego miasta
pozostał świat zjednoczonych królestw
bez króla bez Boga i bez granic chłonący zło
bez zaglądania do paszportów pozostały stacje TV
w chwilach wolnych od reklam cierpienia i śmierci
serwujące wiadomość za wiadomością gdzieś
pomiędzy newsami ukrywa się prawda
w barwnym spectrum fałszu
w mgle niedomówień
stłumiono pieśń
poety

.

09.12.2015
kto rządzi światem
skoro dla liberałów i kat
i ofiara mają swoje argumenty
chór potępienia mówiących wprost
wbrew obowiązującej relatywizacji zła
zbyt jest zgodny zbyt hałaśliwy by szept prawdy
nie okazał się głosem sumienia skazanym
na kpinę szyderstwo hańbę i obelgi
jest ostatnią barykadą wolności
mówi ciszą pełnym głosem
ostatnim krzykiem
rozpaczy

.

10.12.
premier Kanady powitał
pierwszych migrantów z Syrii
przybyli na odnowione lotnisko w Toronto
wbrew wcześniejszym planom zakwaterowania
w bazach wojskowych każdy z przybyszy po krótkich
wywiadach w obozach uchodźców otrzymał wizę pobytową
zakwaterowanie w hotelu i kredyt zaufania nikt nie wie
czy wśród dwudziestu pięciu tysięcy migrantów
ukryją się terroryści państwa islamskiego
nikt też nie pyta dlaczego imigranci
nie składający podania na
pierwszej stronie gazet
czekają na prawo
stałego pobytu
i przywileje
kilka lat

.

11.12.
marsze powstańców
od listopadowej nocy po
styczniowy mróz buty stwardniałe
w mrozie i serce gorejące przelaną krwią
marsze powstańców marsze smoleńskie marsze
niepodległości marsze nadziei marsze protestu marsze
dla Polski ten najważniejszy najbliższy który ma
przynieść niepodległość i będzie próbą
wytrwałości siły charakteru prawdą
o naszym życiu i oczekiwaniu
na właściwy moment
sumienia historii
żywej pamięci

.

12.12.
wydawca Muslim Magazine
i naukowiec Uniwersytetu w Calgary
naucza o szkodliwości sonaty księżycowej
muzyka wypełnia pustkę gdzie jest miejsce Allaha
powinna być zabroniona jako instrument diabła
nie grzeszcie bracia i siostry słabością
wobec geniuszu anielskich chórów
piękno miłość będą zabronione
i spadną głowy zachwytu
a śmiertelna cisza
będzie tulić się
do fal oceanu

.

13.12.
w Kanadzie wybrano
zmianę dla zmiany w Polsce
zmiana jest prawdziwa i Targowica
wstaje uparcie z grobu historii jesteśmy
na przeciwnych brzegach Atlantyku
coraz bliżej nieba piętrzą się dni
naszej nadziei i lata naszego
życia którym staraliśmy się
świadczyć prawdzie
wolności i miłości

.

14.12
zapisujemy słowo po słowie
dla pokrzepienia serc przywalonych
potokiem kłamstw i kneblem łagodnej nicości
brzmią jak hasło wypowiadane w napięciu na linii frontu
może być przepustką na barykadę albo biletem
ucieczki na tyły gdzie wolno nadal żyć
jakby się umarło gdzie łatwo
zatrzasnąc drzwi do małej
stabilizacji szczęścia
bez porywu serca
i pieśni poety
sumienia

Aleksander Rybczyński

 

 

KRONIKI POETYCKIE

kruk

MINĄŁ TYDZIEŃ

Minął kolejny tydzień
nie było czasu na poezję
a każdy dzień miałem ich siedem
nie był lepszy od minut od sekund
ani od lat stojących w jednym szeregu
z każdą chwilą robiliśmy co do nas należy
ale świat był w rękach zbrodniarzy szaleńców
i polityków bez charakteru którzy utracili
nawet umiejętność przemawiania
do rzeczy i do serc

wygrywali banałem
trwonili dorobek cywilizacji
dochodziły do nas wiadomości
fotografie i materiały video na których
wyznawcy islamu rozbijali młotami mury
stuleci i skamieniałe z bólu krzyże
nad brzegiem morza ucinali
głowy naszych braci
tak by rosła
fala krwi

29.11.2015
podrzynają nam gardła
a my organizujemy konferencję
o ograniczeniu emisji dwutlenku węgla
setki aktywistów demonstrują pod Parlamentem
a premier Kanady wznosi toasty na lunchu z prezydentem Francji
myśliwce jeszcze raz podniosą skrzydła w bojowejj misji
ale biała flaga została wywieszona i podejmiemy
z ludobójcami negocjacje oni też mają rację

30.11
Zachód zawsze chętnie rozmawiał z Rosją
nawet jeżeli miała twarz Katarzyny i maskę Putina
język miękkiej dyplomacji unika prawdy i ściska dłoń
ociekającą krwią niepokornych pasażerów Tupolewa 154M
i krwią niewinnych turystów zestrzelonych znad nieba nad Ukrainą
sojusze z tyranami zawsze kończą się Jałtą i zdradą narodów
zbyt małych by powstrzymać okrutny strumień historii

01.12
Quebec żyje pełnią życia potrafi bawić się i śmiać
w przeciwieństwie do innych prowincji Kanady
wkrótce będzie też umierać pełnią śmierci
wybrane szpitale uśmiercą na życzenie
cierpiących nieuleczalnie chorych
ciekawe jak długo potrwa
przygotowanie końca
sztylet kroplówki
czy morfina
w głębię
lęku
?

02.12
gdzie były wszystkie diabły
dzwoniące ogonem w polskim Sejmie
kiedy zgodnie uświęcano kłamstwo smoleńskie
podnoszono dłonie zdrady nie spuszczając nawet oczu
wczoraj pozbawieni wstydu dzisiaj krzyczą o honorze
i wymachują cyrografem w okładce konstytucji
bezradnie drepczą wokół trybuny jak
dziecko pozbawione zabawki
treser pejcza i kiełbasy

03.12
światowe kłamstwo
ma twarz znanych dziennikarzy
posługują się półprawdą i przemilczeniem
usypiają wyciągając politycznie poprawne wnioski
dbając o dobrze płatne posady i samozadowolenie elit
kłamstwo idzie w świat wyposażone w wartką fabułę
ma się dobrze razem ze społeczeństwem
które ocaleje w obłożonych hipoteką
domach i terenowych autach
prowadzone na rzeź
nie jak bohater
Różewicza

Aleksander Rybczyński

Brzegi oceanu (opowiadanie)

Screenshot 2015-11-01 22.08.03

Wychodząc z domu nie oglądał się za siebie. Nie potrafił jednak zapomnieć o postaci stojącej w oknie i machającej dłonią spoza rozłożystej paproci. Tak go zawsze żegnała matka, kiedy oddalał się po krótkiej, lub dłuższej wizycie. Stało się to rytuałem i okno bywało opuszczone tylko wtedy, gdy matka źle się czuła, albo miała o coś żal. Teraz nie było już żalu, a dolegliwości ustąpiły ostatecznie. Czasami wydawało mu się, że spoglądając przez ramię, mógłby nie tylko odtworzyć zanikający obraz, ale także spojrzeć w głąb czasu i zobaczyć dokładnie to, czemu nigdy nie przyjrzał się z należytą czułością.

Pamięć jednak była bezwzględna, odsłaniając raz po raz sceny męki, jakby wcześniej nic się nie wydarzyło, nie było narodzin, nadziei i radości. Wielokrotnie więc schodził po stopniach, krok po kroku, prowadząc matkę do samochodu, by potem zawieźć ją do parku, posadzić na ławce przed otwartą przestrzenią, wyznaczoną przez połacie boisk i wzgórza, prowadzące w cień drzew.

Matka unosiła głowę, jej twarz się rozjaśniała i z przymkniętymi oczami głęboko wdychała powietrze, powiew wiatru, niosący białe cumulusy znad wielkich jezior i oceanu. Żyła tą chwilą, bo było w niej całe piękno życia i nic już nie było poza chwilą. Zrobił wtedy kilka zdjęć. Była wczesna wiosna i drzewa jeszcze się nie zazieleniły. Nie wypuściły nawet pąków liści. Niewyraźny tors z głową z rozwianymi włosami i opuszczonymi powiekami kontrastował z nagą koroną drzew zasłaniającą siatką całe niebo. Splątane, wyostrzone linie wrastały, jak korzenie w nieobecną jasność. To matka była jednak prawdziwie nieobecna i dopiero odbitka czarno – białej fotografii pokazywała, w jakiej harmonii znajduje się z innym światem, niedostrzeganym przez soczewkę obiektywu i powierzchowne, ludzkie oko.

Wracali później do domu; było to jedyne miejsce, gdzie mogli powrócić. Niemożliwe było wychodzenie do bibliotek, na zakupy, ani wycieczki w nieznane miejsca, oferujące przestrzeń i widoki. Jednym z takich miejsc była wieża CN Tower. Nie wiadomo dlaczego, matka zawsze marzyła, by wyjechać na jej szczyt. Domyślał się, że chciała spojrzeć na swoje życie z lotu ptaka, zobaczyć, jak trudno zauważalne są dręczące nieustannie szczegóły i jak wielka przestrzeń roztacza się dokoła i z jakim wdziękiem przechodzi od zmierzchu w rozjarzoną światłami molocha noc. Przesuwał ten wyjazd na szczyt z przesądnością marynarza, naiwnie wierząc, że odkładając ostatnie marzenie na później ofiarowuje nieśmiertelność. Potem było już za późno. Stało się oczywiste, że jedynym sposobem zatrzymania czasu jest trwanie w bezruchu. Trwał więc z dnia na dzień, przykrywając kocem nocnego czuwania szarpane rany własnej duszy. Leżał w ciemności na materacu, próbując zasnąć. Kobieta, syn i śmierć. Spod zamkniętych drzwi sąsiedniego pokoju wymykało się światło. Matka nocami porządkowała rzeczy, przeglądała papiery. Zazwyczaj nie pozwalała sobie przeszkadzać. Nie miała czasu i ten argument przetaczał przez serce całe noce bezsenności.. Światło zatrzymywało się na podłodze w kuchni i wpadało w ciemność, która wydawała się nieprzenikniona i ostateczna. W tej ciemności próbował zapisywać swoje myśli, nie pozwalające ani na wypoczynek, ani na marzenia. Miał przygotowane kartki i pisał po omacku, mając nadzieję, że w świetle dnia niewidoczne znaki nabiorą sensu i ułożą się w kaligrafię znaczeń.

Matka nigdy nie lubiła się fotografować. Uważała, że uwieczniać powinno się tylko piękno młodości. Nie była zwolennikiem teorii prawdy, zawartej w zmarszczkach i głębi przeżyć odbijających się w siwych włosach. Do zdjęć pozowała z daleka, tak, by ślady czasu nie były zbyt oczywiste. Tym większe było jego zdumienie, kiedy niespodziewanie przystała na propozycję zrobienia portretu. Nie tylko zgodziła się, ale wręcz nalegała, by zrobić taką sesję. Pożyczył sprzęt od znajomego fotografa, właściciela studia portretowego. Po konsultacjach dysponował przenośnym zestawem przyzwoitego zakładu. Miał statyw, lampy, parasole i zestaw obiektywów. Wykonał kilka rolek filmu, w błogosławionej nieświadomości prawdziwej sztuki, nie znającej rezultatów do wywołania negatywów i zrobienia kontaktowych odbitek. Mógł rozkoszować się niepewnością i boskim tchnieniem, nieobecnym w fotografii cyfrowej. Zawodowy fotograf pobłażliwie rzucił okiem na odbitki. „No cóż, nie udało się” Niedoskonałość zdjęć wynikała z braku umiejętności właściwego ustawienia światła. Fotografie wydaja się być słabo doświetlone, mroczne, kontrast także pozostawia wiele do życzenia. Dzisiaj jednak patrzy na małe, próbne odbitki i widzi, że nie ma lepszego świadectwa odchodzenia i zanikania. Światło pada na twarz nieregularnie, brakuje jasności, kontury zapadają się w cienie. Matka niepewnie się uśmiecha, można mieć wrażenie, że tylko częściowo jest obecna, tak, jakby soczewka obiektywu ustawiona była na granicy dwóch światów, ulegając niewiadomej, nieopanowanej  i niszczycielskiej mocy. Podobną siłę mają fotografie wykonane po katastrofie jądrowej w Czarnobylu. Radioaktywne promieniowanie było silniejsze od światła, zniekształcając kliszę i obraz. Odkształcenie portretów matki ma jednak źródło mistyczne i niemożliwe byłoby świadome uzyskanie podobnego rezultatu.

Powoli świat zamykał się w czterech ścianach, z trudem podnosił z łóżka, nie wyglądał nawet przez okna, najczęściej przysłonięte, by lepiej oswoić wieczność. Kiedyś przyszedł do domu i na podłodze w kuchni zobaczył ciało, wciśnięte między kuchenkę, a szafkę na naczynia. Matka miała przerażoną, wykrzywioną w bólu twarz, z jej spuchniętych nóg i czoła sączyła się krew. Bezradnie próbowała się podnieść, spazmatycznie szlochając. Podniósł ją i zaprowadził do sypialni, siadając przy niej na łóżku. Powoli uspokoił chorą, opatrzył rany, położył i przykrył kocem. Spojrzał na wiszący na ścianie szesnastowieczny miedzioryt Gerharda de Jode, przedstawiający miłosiernego Samarytanina. Napadnięty przez zbójców leży przy drodze nieprzytomny, pół nagi; pochyla się nad nim podróżny, opatrując rany oliwą i winem. Przy drzewie, odwracając łeb do tyłu, stoi potężny rumak, na którym Samarytanin odwiezie rannego do gospody. Dlaczego właśnie ta grafika znalazła się w jego pokoju, ilustrując scenę opatrywania cierpiącej? Natrafił na nią przecież przypadkiem, wybrał tę spośród wielu innych, nie przewidując, że sam będzie powtarzał odwieczny akt miłosierdzia. Znalazł matkę w tej samej pozycji, utrwalonej w wizji flamandzkiego artysty. Była równie bezradna, ale nie mogła już liczyć na przypadkowego wybawcę, ani na cud. Od tego momentu wiedział, że weszli na ostateczną drogę. Lekarze już od dłuższego czasu sugerowali szpital, hospicjum. Nie chciał się na to zgodzić, gdyż dom był miejscem bardziej bezpiecznym, co ważniejsze czas nie miał do niego dostępu. Nie było limitu cierpienia, można było przeciągać je w nieskończoność. Szpital kierował się nieubłagana logiką. Dni bywały policzone i bardzo precyzyjnie przewidywano tu przyszłość. Umęczone ciała poddawano wszelkim możliwym badaniom i nie kryły już żadnych tajemnic, tylko boskie. Było wiadomo, kiedy serce nie wytrzyma obciążenia i przestanie bić. Kiedy inne organy odmówią posłuszeństwa. Lekarze byli bardzo dokładni. Dwanaście miesięcy, pół roku, może trochę dłużej; rzadko się mylili. Istniały warianty, niuanse, nieoczekiwane, krótkie odrodzenia; szkic historii choroby był jednak gotowy i szpital był miejscem, gdzie powstawała ostateczna redakcja przeznaczenia. Czas, wyznaczony kiedyś przez elektromagnetyczny rezonans i statystyczne tabele kurczył się gwałtownie i nie było warto zastanawiać się, ile ziarenek piasku pozostało w klepsydrze. Zaproponowano kilka miejsc. Nie chciał decydować bez dokładnego rozeznania, wiedział bowiem, czego matka nie znosiła i chciał wyszukać miejsce najbardziej dyskretne. Ważny był widok i otwarta przestrzeń, miejsce nie ograniczone ślepą ścianą, ani skrzydłem sąsiedniego budynku. Czy wszyscy umierający poszukują takiego komfortu? Może niektórzy wolą odwrócić się do ściany, schować głowę w poduszkę. Wiedział jednak, że rozważania takie wcale nie mają najmniejszego znaczenia. Silne narkotyki, maligna stworzą i tak wersje nierealną, nieprawdziwą, balansująca na granicy rzeczywistości, kpiącą sobie z dni i nocy. Minuty będą w niej ciążyć, jak wieczność, a godziny, dni i tygodnie staną się przeźroczyste i lekkie. Znalazł wreszcie szpital, wyglądający raczej jak sanatorium, albo hotel dla pasażerów, czekających na połączenia lotnicze. Liczył na nisko przelatujące samoloty, szczęk otwierających i zamykających się podwozi, wycie silników i szum powietrza w skrzydłach i sterownikach. Godzić się musiał na ciche, wypolerowane sale, odbijające ostatnie promienie słońca.

Tego dnia matka cichutko leżała w swoim pokoju. Nie paliła światła, nie wołała, nie płakała. Było tak, jakby jej nie było i miał przedsmak prawdziwej nieobecności, ciszy rzeczy martwych, zakłócanej jedynie śpiewaniem rur w ścianach i trudnym do wytłumaczenia skrzypieniem podłogi. Obudził matkę, a ona płacząc tłumaczyła się złym samopoczuciem, niedyspozycją. Prosiła, by przełożyć wyjazd do szpitala na następny dzień; nie mógł się zgodzić, niemalże wszak wybłagał, by znalazło się dla niej łóżko na ostatnim piętrze. Jechali taksówką i ostateczność tego kursu była powiększona przez sekwencję scen, przewijających się, jak w zwolnionym filmie. Światła zmieniały się z czerwonych na zielone, brali zakręty i nieodwracalnie zostawiali za sobą przydrożne drzewa i zieleń trawników przed domami. Zbliżała się godzina szczytu, ludzie pospiesznie wsiadali do samochodów, cierpliwie i sennie czekali na przystankach autobusowych. Matka dostała samodzielny pokój z luksusowym, automatycznie zmieniającym pozycję łóżkiem i dyskretna zasłonką. Warunki, o których kiedy w Polsce nie można było nawet marzyć. Izolatka była wtedy darem dla wybranych, gwarancją i warunkiem lepszego traktowania, szansą na szybkie uzdrowienie i powrót do życia. Tutaj była tylko rutynowym potwierdzeniem prawa do ludzkiej godności, którym skwapliwie afiszowały sie rządowe instytucje. Lekarz, patrząc prosto w oczy powiedział: „Podjął pan decyzję w odpowiednim momencie” Nie pytał o szczegóły, nie chciał wiedzieć, jakim kalendarzem posługuje się oddział chorych na raka.

Dwa dni później matka zbuntowała się. Podjęła decyzję ucieczki. Miał doprowadzić do szpitala samochód, sprowadzić ją na dół i odjechać. Próbował oponować błahym, racjonalnym wytłumaczeniem. „Mamo, nie mogę, wiesz przecież, że jutro muszę iść do pracy”

„Ależ ty jesteś głupi” odparła. Sam wiedział, że jego argumentacja jest absurdalna, ale przecież równie absurdalny był cały pomysł ewakuacji; rozniecony przez ból, rozmaite lekarstwa i narkotyki, łączący odmienne światy w jedną logiczną nierzeczywistość. Zignorował nalegania matki, ale kiedy te powtarzały się codziennie z rosnącą natarczywością, zrezygnował. „Ależ gdzie pojedziemy?” „Jak to gdzie? W świat!”

Plan był prosty. W głębi jeziora Ontario stał zakotwiczony żaglowiec „Pogoria” pod dowództwem kapitana Zdzisława Pieńkawy. Pod osłona nocy mieli dotrzeć do niego, zamustrować, po czym wydostać się na szeroki ocean.

Podjechał samochodem pod awaryjne, przeciwpożarowe wyjście. Był już wieczór, pielęgniarki rozdzieliły lekarstwa, zrobiły wszystkie rutynowe badania. Wygaszono światła. Zabrał spod recepcji wózek inwalidzki, ułatwiający przewożenie chorych. Bezszelestnie przemknęli do towarowej windy i zjechali na dół. Matka była bardzo słaba, prawie zasypiała i zamykały się jej oczy. Przeniósł ją z wózka na przednie siedzenie samochodu i przykrył szczelnie kocem. Wózek złożył i wrzucił do bagażnika. Jechali powoli przez miasto, poruszające się o tej porze w zwolnionym rytmie, tak jakby miało zasnąć i więcej się nie obudzić. Matka chciała dojechać do parku nad jeziorem, przy Lakeshore Boulvard. Miał być tam ukryty na brzegu bączek, którym mieli dotrzeć do żaglowca. Dobrze znał wyznaczone miejsce. Był w nim pierwszego dnia, po wylądowaniu w Toronto. Kiedyś ze znajomymi palili tam ogniska i pili wino nad samą wodą. Długie fale jeziora Ontario uderzały o brzeg, przypominając polski Bałtyk. „Synku, gdzie jestem, co się ze mną dzieje?” wyszeptała matka, kiedy dojechali na miejsce i przeniósł ja ponownie na wózek. „Jesteś mamusiu bardzo chora” odpowiedział, by nie ujawnić całej prawdy. Zrozpaczony pchał wózek, nie w pełni nawet zdając sobie sprawę z absurdu przedsięwzięcia, inspirowanego halucynacjami i cierpieniem, którego nie mogła już ukoić najmniejsza nadzieja.

Dotarł nad jezioro, dostrzegając na kamienistym brzegu małego bączka z wiosłem w środku. Nie zastanawiał się, co robi. Wykonywał czynności prawie mechanicznie. Z czułością pochylał się nad ciałem matki, coraz bardziej wiotkim i nierzeczywistym. Przeniósł ją blisko dziobu i odepchnął łódkę w głąb jeziora. Twarz umierającej, dotąd skurczona w bolesnym grymasie, rozjaśniła się nagle i nabrała naprężonej gładkości, jakby dostąpiła szlachetności pieczołowicie cyzelowanych głów galionów, zdobiących siedemnastowieczne żaglowce.  Wydało mu się, że po raz pierwszy od wielu miesięcy mama nabrała pełna piersią powietrza, chłonąc zapach i wilgoć rozbijających się fal. Włożył wiosło do półotworu w pawęży i zaczął „śróbkować” Była to technika, której matka uczyła go kiedyś na obozach żeglarskich. Ona sama była mistrzem takiego wiosłowania. Kręciło się szybko ósemki, uważając, by wiosło nie wypadło z dulki. Łódka tak napędzana posuwała się szybko do przodu i łatwo można było nią sterować. Starał się nie rozglądać. Ucichły odgłosy uderzania fal o burtę. Miał wrażenie, że zanurzyli się w mrocznym, gładkim, jak czarny marmur nurcie i łódka przemyka się lekko i bezszelestnie. Matka cały czas spokojnie oddychała, leżąc bez ruchu na dziobie. Był odwrócony tyłem, skupiony na śróbkowaniu. Kiedy wypłynęli w głąb jeziora, odwrócił się. Na środku akwenu stał oświetlony żaglowiec. Na rejach dostrzegł marynarzy, gotowych do rozwinięcia żagli. Wszystko stało się oczywiste, choć nadal nie wiedział pomiędzy jakimi brzegami się porusza i czy naprawdę jest jeszcze po tej stronie.

Dopłynął do burty. Zobaczył nad sobą wychylone przez  reling twarze. Odwrócił się jeszcze raz. Dinghy była pusta.

.

Aleksander Rybczyński

.